Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie, którzy chcą ratować
swoje sakramentalne małżeństwa, także po rozwodzie i gdy ich współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki
Portal  RSSRSS  BłogosławieństwaBłogosławieństwa  RekolekcjeRekolekcje  Ruch Wiernych SercRuch Wiernych Serc  12 kroków12 kroków  StowarzyszenieStowarzyszenie  KronikaKronika
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  NagraniaNagrania  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki

Poprzedni temat «» Następny temat
temat Nini, Gosi...
Autor Wiadomość
zaleś
[Usunięty]

Wysłany: 2014-05-07, 15:10   

złamana napisał/a:


Zaleś, widzisz jak dobrze zrobiłeś zakładając swój wątek. Dodatkowo masz przykład kobiet, które ufają ojcom na tyle, że są w stanie zostawić z nimi dzieci.

Tak,tak-szkoda,że ich tak mało i że trafiłem na inną :cry:
 
     
Nini
[Usunięty]

Wysłany: 2014-05-07, 16:00   

Gosiu, trochę mi się przykro zrobiło, jak mnie tak zjechałaś, ale zaraz mi przeszło, bo widzę, że faktycznie zareagowałaś tak ostro z powodu własnych przeżyć i własnych decyzji.

Nie mam wyrzutów sumienia, że odeszłam. Mam wyrzuty, że kiedyś, wcześniej, tyle razy nie reagowałam! Nie tylko mąż udawał - ja też udawałam, że nie jest tak źle, robiłam dobrą minę do złej gry... Może nie byłoby kolejnych zdrad, gdybym odeszła przy pierwszej - a pierwszy flirt w mojej obecności był jeszcze przed ślubem :-( . Może byśmy się nie pobrali, a może tak, ale nasze małżeństwo od początku byłoby inne?

Nie chcę więcej takiego "życia rodzinnego"! Samotność przy mężu jest inna niż samotność na odległość, ta pierwsza wydaje mi się dużo gorsza. Teraz myślę o mężu, śni mi się, czekam na niego, bywa, że jest mi strasznie smutno. Tę pustkę wypełniam kontaktem z Bogiem. A kiedy mieszkaliśmy razem, patrzyłam na męża i słuchałam tych bzdur, które mówił, i wyobrażałam sobie, co myśli, co czuje i co po kryjomu robi, ból był dużo większy i stawałam się jakaś taka przybita i zgaszona. Generalnie - powiem Ci, Gosiu, że od kiedy odeszłam, czuję się lepiej niż kiedykolwiek przez ostatnie lata!

I wolę być z dziećmi krócej, ale szczęśliwsza, zdrowsza, niż snuć się po domu zgaszona. Nie chcę też, żeby myślały, że tak wygląda normalna rodzina! Jest jakiś trup w szafie, tata wrzeszczy na mamę, na siebie i grozi, że się zabije, mama jest ciągle smutna... Jedna ze starszych córek powiedziała mi, że moja decyzja ją ucieszyła, bo zawsze czuła, że nasza rodzina jest jakaś dziwna, a nasi znajomi mówili, że u nas jest super. Nie wiedziała, co myśleć, czemu wierzyć. Teraz jej się poukładało.

Skąd pomysł, ze mój kontakt z dziećmi jest tylko formalny? Jeśli chodzi o starsze, nic się nie zmieniło, poza tym, że przez miesiąc, od kiedy się dowiedziałam o nowej fascynacji męża, byłam dla nich mało dostępna: płakałam, zastanawiałam się, co robić, wszystko leciało mi z rąk itd. Wiedziały, że mamy kryzys małżeński, że się wyprowadziłam i i że mocno to wszystko przeżywam. Teraz jest już normalnie. Jeśli chodzi o najmłodszą, przez ten miesiąc spotykałam się z nią w mieście, chodziłam na wizyty lekarskie, do szkoły itd. Codziennie rozmawiałyśmy przez telefon. Teraz przyjeżdżam na pół tygodnia i wtedy ja się nią zajmuję od rana do wieczora.
 
     
Gosia51
[Usunięty]

Wysłany: 2014-05-07, 20:53   

Nini, ja na Ciebie nie napadłam. JA CIE PODZIWIAM ZA ODWAGĘ,której mnie brakowało. JA CI ZAZDROSZCZĘ.Odejśc od męża- krzywdziciela to jedno.Zostawic z nim 10 letnią córkę to drugie.Mimo wszystko wolałabym ja mieć przy sobie.
Nie rozumiem kierowanych do mnie słów,że męża nie zostawisz/ nie olejesz i czekasz na cud.
ŻYCZĘ CI,BYS WYTRWAŁA W SWYM ZAMYSLE I OSIĄGNĘŁA CEL.
A może mieszkac w oddaleniu,ale często rozmawiać np. przez telefon, w celu uzyskania konsensusu, by nie utracic więzi z mężęm.
Pozdrawiam
 
     
Nini
[Usunięty]

Wysłany: 2014-05-07, 21:41   

Gosiu, poczułam się najechana, jak przeczytałam, że masz do mnie żal, że zrobiłam tak a nie inaczej, i że "negujesz moje zachowanie".

Nie wolałabym mieć dziecka przy sobie ani nie chciałabym, żeby było tylko z mężem. Ono potrzebuje nas obojga!

Nie zostawiam męża, bo nękam go modlitwą :-) O tym, jak mógłby wyglądać ten cud, o który proszę, napisałam w innym wątku (jest wątek o modlitwie o cud). Poza tym nie zamierzam wiązać się z nikim innym ani nawet rewanżować się mężowi przelotną zdradą itd.

Dzięki za życzenia! Faktycznie, czas pokaże, czy wytrwałam. A cel czy osiągnę, to zależy bardziej od tego, jak Pan Bóg widzi to wszystko, co się dzieje w moim małżeństwie. Chciałabym być jeszcze kiedyś z moim mężem w jakiś nowy, zdrowy sposób, ale po ludzku patrząc jest to mało realne. Po tylu latach?! Czuję też mocno, że w tej całej historii chodzi bardziej o sprawy duchowe i o zbawienie niż o nasze "tu i teraz". Mąż nie spowiada się od kilku lat i chodzi na pasku złego ducha, ja czciłam bożka w postaci męża - złego bożka, który mnie krzywdził, a ja na to pozwalałam. Może chodzi o to, żebyśmy się ponawracali?

W pewnym sensie osiągnęłam cel już teraz - jestem bliżej Pana Boga niż kiedykolwiek dotąd, wyrwałam się z uzależnienia emocjonalnego od męża, bo jestem bez niego i nie tylko okazało się, że jakoś żyję, ale nawet jest mi z tym lepiej, a nie gorzej. Zaprotestowałam czynem, a nie bezsilnym płakaniem w poduszkę, więc odzyskuję godność.

Częste telefony nie wydają mi się dobrym rozwiązaniem, przynajmniej w tym momencie. Gosiu, to on zepsuł więź przez zdradę i oszustwa, o czym ja mam z nim w tym momencie rozmawiać? On jest w takim stanie, że chętnie opowiadałby, jaki jest nieszczęśliwy, bo żona okropna, a nowa fascynacja - chwilowo nieosiągalna... Przeczytałby mi może nowy wiersz ku czci ukochanej, mówiłby, że nie może spać po nocach, że marzy o niej... I że gdybym ja była inna, pewnie by do tego nie doszło. Miałabym tego słuchać? Nie, dziękuję. Owszem, kontaktujemy się przez telefon, żeby uzgodnić sprawy związane z dzieckiem, z finansami itd. Wcześniej prowadziliśmy też takie właśnie rozmowy "o nas" i po kilku takich próbach oboje mieliśmy serdecznie dosyć. Nie ten czas.
 
     
Gosia51
[Usunięty]

Wysłany: 2014-05-07, 23:07   

Nini! Trwaj!Znajdz spokój w tym, co robisz.Mnie sie nie udało, choc myslałam podobnie. BYŁAM /JESTEM MATKA-POLKA ,mająca na względzie dobro dzieci,znoszącą w ich imie upokorzenia,zdrady,klamstwa,nałogi i ich pochodne
Dzis , wieku 65 lat, za pózno. Nie raz cierpię z braku bliskości osoby,której ślubowałam- choc jest pod tym samym dachem.Ale juz bez emocji odbieram negatywne zachowania męża,wypływające z uzaleznień /z suchych obecnie ,ale spustoszenie w mózgu zrobiły/. Nauczyłam sie spokoju i pokory. Pan Bóg nierychliwy,ale sprawiedliwy'. Pewnie miał cel stawiając jego na mojej zyciowej drodze.
Nic przecież nie jest dziełem przypadku.
POZDRAWIAM Cie ciepło.
 
     
Nini
[Usunięty]

Wysłany: 2014-05-08, 07:54   

Dzięki, Gosiu :-)
Złamana, czy można gdzieś na Forum przeczytać o tym, dlaczego odeszłaś?
 
     
złamana
[Usunięty]

Wysłany: 2014-05-09, 13:43   

Nini, pisałam to co wyżej. Przyczyna chyba generalnie zawsze jest jedna, dochodzi się do ściany i nie ma innego wyjścia, życie pod jednym dachem staje się nie do zniesienia, a małżonek nie chce nic z tym zrobić. To nie nagły impuls przecież zmusza do tak trudnej decyzji. Trudnej już choćby logistycznie (przeniesienie rzeczy osobistych swoich i czwórki dzieci, wyposażenie nowego, pustego mieszkania w podstawowe sprzęty). Trudnej emocjonalnie (zaczynasz zupełnie od nowa z dziećmi, które pytają, ale dlaczego my a nie tata, jemu samemu byłoby łatwiej?, opuszczasz wygodny, przestronny dom, który latami urządzałaś). I te wszystkie problemy, bo nowe instalacje, które trzeba poznać, bo ciepła woda nie leci, bo ciasno, bo koszty wynajmu wyższe niż rachunki za dom i dodatkowej pracy trzeba szukać. Do tego małe dzieci tęsknią za tatą, a duże nie chcą go widzieć. Moje relacje z mężem zeszły na drugi plan. Liczyłam się ze wszystkimi możliwościami. Nie odeszłam, żeby zafundować terapię szokową mężowi, zbyt wielkie były koszty dla dzieci i dla mnie, żeby to był powód. Poza tym nie miałam żadnego wpływu na to co w takiej sytuacji zrobi mąż. Nie wiedziałam nawet jak sama sobie poukładam dalszy ciąg, czy będę w stanie wrócić. Miałam jeden cel: zmiana destrukcyjnej sytuacji, odzyskanie spokoju i stabilizacji. Przed wyprowadzką miałam wrażenie, że utraciłam podstawowe poczucie bezpieczeństwa. I uzyskałam korzyści osobiste, bo one były priorytetowe. Moje zachowania miały przecież bezpośredni wpływ na dzieci. Dużo zyskałam dzięki czytaniu wpisów na tym forum, znalazłam sobie terapeutkę, która bardzo mi pomogła i nadal pomaga, poukładałam sobie większość puzzli, znalazłam sens i cel, kierunek zmian i swoje szczęście. Mogłabym wiele pisać. Wiele się zadziało różnych nieprzewidywalnych spraw. Na dziś, wróciłam z dziećmi do domu. A tak się złożyło, że wynajmujący zaproponował mi dość korzystny zakup mieszkania. Mieszkamy z mężem i jest zasadniczo dobrze. To na co zupełnie nie miałam wpływu, to mąż i jego postawa. Okazało się, że on jednak woli z nami niż bez nas. I się stara i ja się staram, słuchamy siebie, jestem uważniejsza na wszystko, bardzo spokojna. Upadki się zdarzają, po kryzysie mają inny wymiar, ale przyjmuję je jako element życia. Oswoiłam je, jestem przygotowana, że będą i tak nie bolą. Dylematami i upadkami obciążam tylko moją terepeutkę. Dystans, który uzyskałam mieszkając sama z dziećmi i wpisy osób na tym forum nauczyły mnie pokory do życia, siebie, ludzi, nie oczekuję za wiele. Poznałam swoje braki, ułomności i to, że nikt mi braków zapełnić nie może, jeżeli sama się z nimi nie uporam. Wiem, że mogę polegać na sobie, a to naprawdę dużo. Emocje o których piszą osoby na forum nie są mi obce, różnego rodzaju lęki, strachy, poznałam, oswoiłam, rozpacz - czasami jej pozwalam troszkę pobuszować w głowie, ale tak, żeby się poużalać trochę i wstać, samotność - pojawia się i znika, też polubiłam, bo jest moja. Nie piszę scenariuszy, bo i tak nie mam wpływu na zdarzenia nagłe, jakie przynosi życie, na zachowania innych. A dzieci patrzą, zadają pytania, nie ze wszystkim się zgadzają, wyrażają własne zdanie, rosną, starsze tworzą swój świat, wszystko to jest naturalne w procesie wychowania. Naprawę relacji starszych dzieci z tatą zostawiłam im. Pilnuje tylko, żeby nie hulały z krytyką, sama nie użalam się przed dziećmi, w końcu nie kto inny jak ja sama takiego tatę im wybrałam. Uważna jestem, żeby nawet nieświadomie nie zepsuć im obrazu taty. Mąż też dba, by nie psuć dzieciom obrazu mamy. Staramy się hamować przykre słowa, przy dzieciach nie ma żadnych kłótni ani przepychanek słownych. Dużo takich drobiazgów, czasami trochę na siłę, a czasami zupełnie prosto.

[ Dodano: 2014-05-09, 13:55 ]
A i jeszcze jedno, chyba istotne. Nie żałuję, że się wyprowadziłam i nie żałuję, że wróciłam, bo to były moje przemyślane decyzje, podyktowane tym co czułam a nie tym co muszę, co trzeba, co wypada. Nie musiałam ani się wyprowadzać ani wracać, chciałam. Przy zmianach nie miałam na celu wpływanie na męża, bo on zawsze robił i robi to co chce i ma do tego prawo. Ważne dla mnie było co się zmieni dla mnie i we mnie, bo to tylko było i jest w zasięgu moich możliwości.
 
     
Nini
[Usunięty]

Wysłany: 2014-05-09, 15:54   

Szukałam Twojej historii na forum, ale nie udało mi się znaleźć. Czemu jesteś nadal "złamana" - żeby nie zmieniać "imienia"? Nie piszesz, co spowodowało, ze poczułaś ścianę, ale cokolwiek by to było... Faktycznie, u mnie to właśnie tak wygląda: doszłam do ściany i czuję, że więcej tak nie mogę. I też nie chodziło mi o terapię szokową dla męża (choć nie wykluczam, że przy okazji i on skorzysta), tylko o to, żeby nie pozwolić dalej się krzywdzić. Taki odroczony skutek 12 kroków...

W kwestii praktyczno-emocjonalnej: zabrałaś dzieci bez protestów ze strony męża? Bez uprzedzenia? Bez formalnej separacji?

Zaczynam przymierzać się do takiego kroku, bo mój pomysł z opieką naprzemienną okazuje się mało rozsądny. Nasz dom jest kilkadziesiąt kilometrów od Warszawy, najmłodszą dowozimy codziennie samochodem do stolicy do szkoły. Teraz dowozi ją mąż. Cztery lata temu spowodował poważny wypadek, w którym straciliśmy samochód, a mała miała złamaną rękę. Bo nie mógł znieść, że ktoś mu się wepchnął. Zaraz potem, jadąc nowym samochodem, w takich samych okolicznościach spowodował stłuczkę. Czyli - nie pomogło. Później ja się starałam siadać za kierownicą, a kiedy zdarzało się, że on prowadził, nie działo się nic szczególnego. Od kiedy się wyprowadziłam, mąż wozi córkę. Wczoraj jechaliśmy razem we trójkę, mąż prowadził i znowu walczył o swój honor, stwarzając niebezpieczną sytuację. Wniosek: nie mogę jednak zostawić z nim dziecka. Biorąc pod uwagę nasze realia, albo mieszkamy dalej razem (ja, ile się da, pod namiotem, potem wracam pod dach) i ja jestem kierowcą, albo on się wyprowadza (nie będzie chciał), albo ja się wyprowadzam z dzieckiem (też nie będzie chciał, ale to mogę chyba przeprowadzić wbrew niemu)...
 
     
złamana
[Usunięty]

Wysłany: 2014-05-09, 19:43   

Nini, teraz już, żeby nie zmieniać. Kiedyś, bo tak było jakby ktoś ołówek złamał na pół, wszystko się rozjechało.
Uprzedziłam, nawet prosiłam, żeby on to zrobił, nie chciał. Proponowałam sprzedać dom, powiedział spróbuj, ja się nie ruszę i nie zgodzę. No to nic innego nie zostało. Małe dzieci nie miały wyboru, szły ze mną, mąż się nimi w ogóle nie zajmował więc jakby również nie było opcji. Starsze dostały wybór z tatą albo ze mną. Powiedziałam, że chcę, żeby szły ze mną, mam dla nich miejsce, ciaśniej, gorzej ale mam ale mogą wybrać, uszanuję ich wybór. Nie wahały się i poszły ze mną. Mąż nie protestował, że zabrałam dzieci, chciał być sam. Jakoś tak zawsze było, że chciał dzieci, był z nich dumny, ale chyba ważniejszy dla niego był związek ze mną niż dzieci. Zresztą sama nie wiem, dziwne to jakoś było, a że nie mam w ogóle żadnego wzorca dobrego ojca to tak naprawdę nie wiem jaki powinien być. Coś tam sobie w tym względzie wyidealizowałam i pewnie wymagałam za dużo. Nie miałam formalnej separacji, zrobiłam tylko rozdzielność. O alimenty nie występowałam, bo się uniosłam durnym honorem. Tak już mam. Widzisz więc, że porównywać sytuację trudno. Jeżeli Twojemu mężowi zależy na dzieciach to dobrze dla dzieci, byle to nie była tylko chęć udowadniania czegoś i gra dziećmi. Moim dzieciom było przykro, że tata o nie nie zabiegał. Skomplikowane to wszystko i czasami trudne do ogarnięcia. Namiot bez sensu, jak jakaś osoba gorszej pozycji a tak nie powinno być. Może w domu wydzielisz swój kącik, taką swoją oazę spokoju. Masz córki, one uczą się od Ciebie jaka jest rola i pozycja kobiety w rodzinie i świadomie czy też nie, ale będą Ciebie naśladowały kiedyś tam. Sama łapię się na tym, że nawet zupełnie nieświadomie, raczej jakoś nawykowo podobnie działam jak moja mama. Skoro nie masz wpływu na wzorzec mężczyzny dla dzieci, mają jaki mają, poukładaj się jako żona i matka, jako kobieta.
Zaleś, mam nadzieję, że nie gniewasz się za wejście w Twój temat, może jakiś moderator wrzuci te nasze prywatne Niniowo - Gosiowe wypowiedzi gdzieś tam.
 
     
zaleś
[Usunięty]

Wysłany: 2014-05-09, 20:38   

złamana napisał/a:

Zaleś, mam nadzieję, że nie gniewasz się za wejście w Twój temat, może jakiś moderator wrzuci te nasze prywatne Niniowo - Gosiowe wypowiedzi gdzieś tam.

:roll: A co ja moge?
Przyzwyczaiłem się ,że rolują mnie kobiety i te najblizsze i te przyszłe ;-) .....a piszcie sobie.hey
 
     
Nini
[Usunięty]

Wysłany: 2014-05-09, 21:17   

Przepraszam, zaleś, nie wiedziałam, że weszłam w szkodę - nie znam tutejszych zwyczajów, sądziłam, że mieszczę się w temacie...
 
     
zaleś
[Usunięty]

Wysłany: 2014-05-09, 21:23   

Sam ich nie znam :lol: a piszcie sobie dziewczyny do woli.
 
     
Balka
[Usunięty]

Wysłany: 2014-05-10, 00:45   

Nini,

skoro Zaleś pozwolił, żeby mu baby właziły w szkodę, to i ja tu na chwilkę... Ja, Balka, ta od "diagnozowania przez internet", ale ponieważ Krasnobar pozwolił mi pisać o własnym doświadczeniu, więc tego będę się trzymać.

Nini, przeczytałam Twoje posty i... deja vu! Potrójne.

Najpierw ta przyjaźń Twojego męża z kobietą, taka mocna, że codziennie 5-6 godzin na telefonie. Pierwsza mania (typu mieszanego) mojego męża to była taka właśnie "przyjaźń", wieeeelka przyjaźń, kilka godzin dziennie na telefonie. Przy "przyjaciółce" był miły, pomocny, rozmowny, czarujący, czyli ta euforyczna część manii mieszanej. Przy mnie - no cóż, dopadała go dysforyczna część manii mieszanej (rzuć sobie do Google hasło: dysforia).

Drugie deja vu, to te wiersze. Nie, mój mąż wierszy nie pisał, nie ten typ umysłowości. Ale nasz wspólny przyjaciel z tym samym problemem, ale w łagodniejszej wersji nawracających hipomanii, "zakochiwał się" co kilka lat. W jednym takim "romansie" zajmował się w pracy wysyłaniem swojej lubej na maila wielkiej liczby wierszy...

I trzecie deja vu - swoiste otrzeźwienie Twojego męża, kiedy się wyprowadziłaś. Otóż kolejna żona (cywilna) naszego wyżej wspomnianego przyjaciela nie mogła znieść jego kolejnego urojonego zakochania (bo to są urojenia, Nini) i po prostu się wyprowadziła. To faceta otrzeźwiło i po jakimś czasie znów zamieszkali razem, z tym, że ona postawiła najpierw warunek: psycholog/psychiatra i terapia/leczenie.

Nini, napisałam to co powyżej może dość sarkastycznie, ale teraz piszę poważnie: Idź do psychiatry (psychiatry, nie psychologa) i dokładnie opowiedz o zachowaniach swojego męża. Dla mnie jest oczywiste, że jego "zakochania" to są urojenia, co nie znaczy, że nie są zdradą. Są i to w przypadku urojeń bardzo szybko można przejść od zdrady psychicznej do fizycznej.

Wykorzystaj ten czas, kiedy nie mieszkasz z mężem i masz do niego dystans i idź do dobrego psychiatry opowiedzieć o zachowaniach męża.

Wspieram Cię modlitwą.

Balka

ps. A o namiocie zapomnij! Za dużo naczytałaś się Muminków. Nie jesteś Włoczykijem, tylko żoną i matką, która się szanuje, a nie naraża na śmieszność.
 
     
renta11
[Usunięty]

Wysłany: 2014-05-10, 08:21   

Nini

Przeczytaj proszę książkę Pia Mellody "Toksyczna miłość i jak się z niej wyzwolić". Bardzo rozświetli Ci schematy. A sposób ozdrowienia już rozpoczęłaś właśnie tak, jak zaleca autorka. Trzymam za Ciebie kciuki. Ciekawe, czy cuda się zdarzają innym tylko? ;-)
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group












Dla tych, którzy kochają - propozycja wzoru odpowiedzi na pozew rozwodowy


W odpowiedzi na pozew wnoszę o oddalenie powództwa w całości i nie rozwiązywanie małżeństwa stron przez rozwód.

UZASADNIENIE

Pomimo trudności jakie nasz związek przechodził i przechodzi uważam, że nadal można go uratować. Małżeństwa nie zawiera się na chwilę i nie zrywa w momencie, gdy dzieje się coś niedobrego. Pragnę nadmienić, iż w przyszłości nie zamierzam się już z nikim innym wiązać. Podjąłem (podjęłam) bowiem decyzję, że będę z żoną (mężem) na zawsze i dołożę wszelkich starań, aby nasze małżeństwo przetrwało. Scalenie związku jest możliwe nawet wtedy, gdy tych dobrych uczuć w nas nie ma. Lecz we mnie takie uczucia nadal są i bardzo kocham swoją żonę (męża), pomimo, iż w chwili obecnej nie łączy nas więź fizyczna. Jednak wyrażam pragnienie ratowania Naszego małżeństwa i gotowy (gotowa) jestem podjąć trud jaki się z tym wiąże. Uważam, że przy odrobinie dobrej woli możemy odbudować dobrą relację miłości.

Dobro mojej żony (męża) jest dla mnie po Bogu najważniejsze. Przed Bogiem to bowiem ślubowałem (ślubowałam).

Moim zdaniem każdy związek ma swoje trudności, a nieporozumienia jakie wydarzyły się między nami nie są powodem, aby przekreślić nasze małżeństwo i rozbijać naszą rodzinę. Myślę, że każdy rozwód negatywnie wpływa nie tylko na współmałżonków, ale także na ich rodziny, dzieci i krzywdzi niepotrzebnie wiele bliskich sobie osób. Oddziaływuje również negatywnie na inne małżeństwa.

Z moją (moim) żoną (mężem) znaliśmy się długo przed zawarciem naszego małżeństwa i uważam, że był to wystarczający czas na wzajemne poznanie się. Po razem przeżytych "X" latach (jako para, narzeczeni i małżonkowie) żona (mąż) jest dla mnie zbyt ważną osobą, aby przekreślić większość wspólnie spędzonych lat. Według mnie w naszym związku nie wygasły więzi emocjonalne i duchowe. Podkreślam, iż nadal kocham żonę (męża) i pomimo, że oddaliliśmy się od siebie, chcę uratować nasze małżeństwo. Osobiście wyrażam wolę i chęć naprawy naszych małżeńskich relacji, gdyż mam przekonanie, że każdy związek małżeński dotknięty poważnym kryzysem jest do uratowania.

Orzeczenie rozwodu spowodowałoby, że ucierpiałoby dobro wspólnych małoletnich dzieci stron oraz byłoby sprzeczne z zasadami współżycia społecznego. Dzieci potrzebują stabilnego emocjonalnego kontaktu z obojgiem rodziców oraz podejmowania przez obie strony wszelkich starań, by zaspokoić potrzeby rodziny. Rozwód grozi osłabieniem lub zerwaniem więzi emocjonalnej dzieci z rodzicem zamieszkującym poza rodziną. Rozwód stron wpłynie także niekorzystnie na ich rozwój intelektualny, społeczny, psychiczny i duchowy, obniży ich status materialny i będzie usankcjonowaniem niepoważnego traktowania instytucji rodziny.

Jestem katolikiem (katoliczką), osobą wierzącą. Moje przekonania religijne nie pozwalają mi wyrazić zgody na rozwód, gdyż jak mówi w punkcie 2384 Katechizm Kościoła Katolickiego: "Rozwód znieważa przymierze zbawcze, którego znakiem jest małżeństwo sakramentalne", natomiast Kompendium Katechizmu Kościoła Katolickiego w punkcie 347 nazywa rozwód jednym z najcięższych grzechów, który godzi w sakrament małżeństwa.

Wysoki Sądzie, proszę o danie nam szansy na uratowanie naszego małżeństwa. Uważam, ze każda rodzina, w tym i nasza, na to zasługuje. Nie zmienię zdania w tej ważnej sprawie, bo wtedy będę niewiarygodny w każdej innej. Brak wyrażenia mojej zgody na rozwód nie wskazuje na to, iż kierują mną złe emocje tj. złość czy złośliwość. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nie zmuszę żony (męża) do miłości. Rozumiem, że moja odmowa komplikuje sytuację, ale tak czuję, takie są moje przekonania religijne i to dyktuje mi serce.

Bardzo kocham moją (mojego) żonę (męża) i w związku z powyższym wnoszę jak na wstępie.



List Episkopatu Polski na święto św. Rodziny

Warto jeszcze raz podkreślić, że u podstaw każdej rodziny stoi małżeństwo. Chrześcijańskie patrzenie na małżeństwo w pełni uwzględnia wyjątkową naturę tej wspólnoty osób. Małżeństwo to związek mężczyzny i niewiasty, zawierany na całe ich życie, i z tej racji pełniący także określone zadania społeczne. Chrystus podkreślił, że mężczyzna opuszcza nawet ojca i matkę, aby złączyć się ze swoją żoną i być z nią przez całe życie jako jedno ciało (por. Mt 19,6). To samo dotyczy niewiasty. Naszym zadaniem jest nieustanne przypominanie, iż tylko tak rozumianą wspólnotę mężczyzny i niewiasty wolno nazywać małżeństwem. Żaden inny związek osób nie może być nawet przyrównywany do małżeństwa. Chrześcijanie decyzję o zawarciu małżeństwa wypowiadają wobec Boga i wobec Kościoła. Tak zawierany związek Chrystus czyni sakramentem, czyli tajemnicą uświęcenia małżonków, znakiem swojej obecności we wszystkich ich sprawach, a jednocześnie źródłem specjalnej łaski dla nich. Głębia duchowości chrześcijańskich małżonków powstaje właśnie we współpracy z łaską sakramentu małżeństwa. więcej >>



Wszechświat na miarę człowieka

Wszechświat jest ogromny. Żeby sobie uzmysłowić rozmiary wszechświata, załóżmy, że odległość Ziemia - Słońce to jeden milimetr. Wtedy najbliższa gwiazda znajduje się mniej więcej w odległości 300 metrów od Słońca. Do Słońca mamy jeden milimetr, a do najbliższej gwiazdy około 300 metrów. Słońce razem z całym otoczeniem gwiezdnym tworzy ogromny system zwany Droga Mleczną (galaktykę w kształcie ogromnego dysku). W naszej umownej skali ten ogromny dysk ma średnicę około 6 tysięcy kilometrów, czyli mniej więcej tak, jak stąd do Stanów Zjednoczonych. Światło zużywa na przebycie od jednego końca tego dysku do drugiego - około 100 tysięcy lat. W tym dysku mieści się około 100 miliardów gwiazd. To jest ogromny dysk! Jeszcze mniej więcej sto lat temu uważano, że to jest cały wszechświat. Okazało się, że tak wcale nie jest. Wszechświat jest znacznie, znacznie większy! Jeżeli te 6 tysięcy kilometrów znowu przeskalujemy, tym razem do jednego centymetra, to cały wszechświat, który potrafimy zaobserwować (w tej skali) jest kulą o średnicy 3 kilometrów. I w tym właśnie obszarze, jest około 100 miliardów galaktyk (czyli takich dużych systemów gwiezdnych, oczywiście różnych kształtów, różnych wielkości). To właśnie jest cały wszechświat, który potrafimy badać metodami fizycznymi, wykorzystując techniki astronomiczne. (Wszechświat na miarę człowieka >>>)



Musicie zawsze powstawać!

Możecie rozerwać swoje fotografie
i zniszczyć prezenty.
Możecie podeptać swoje szczęśliwe wspomnienia
i próbować dzielić to, co było dla dwojga.
Możecie przeklinać Kościół i Boga.

Ale Jego potęga nie może nic uczynić
przeciw waszej wolności.
Bo jeżeli dobrowolnie prosiliście Go,
by zobowiązał się z wami...
On nie może was "rozwieść".

To zbyt trudne?
A kto powiedział, że łatwo być
człowiekiem wolnym i odpowiedzialnym.
Miłość się staje
Jest miłością w marszu, chlebem codziennym.

Nie jest umeblowana mieszkaniem,
ale domem do zbudowania i utrzymania,
a często do remontu.
Nie jest triumfalnym "TAK",
ale jest mnóstwem "tak",
które wypełniają życie, pośród mnóstwa "nie".

Człowiek jest słaby, ma prawo zbłądzić!
Ale musi zawsze powstawać i zawsze iść.
I nie wolno mu odebrać życia,
które ofiarował drugiemu; ono stało się nim.

Michel Quoist



Rozważania o wierze/Dynamizm wiary/Zwycięstwo przez wiarę

Klasycznym tekstem biblijnym ukazującym w świetle wiary wartość i sens środków ubogich jest scena walki z Amalekitami. W czasie przejścia przez pustynię, w drodze do Ziemi Obiecanej, dochodzi do walki pomiędzy Izraelitami a kontrolującymi szlaki pustyni Amalekitami (zob. Wj 17, 8-13). Mojżesz to Boży człowiek, który wie, w jaki sposób może zapewnić swoim wojskom zwycięstwo. Gdyby był strategiem myślącym jedynie po ludzku, stanąłby sam na czele walczących, tak jak to zwykle bywa w strategii. Przecież swoją postawą na pewno by ich pociągał, tak byli wpatrzeni w niego. On zaś zrobił coś, co z punktu widzenia strategii wojskowej było absurdalne - wycofał się, zostawił wojsko pod wodzą swego zastępcy Jozuego, a sam odszedł na wzgórze, by tam się modlić. Wiedział on, człowiek Boży, człowiek modlitwy, kto decyduje o losach świata i o losach jego narodu. Stąd te wyciągnięte na szczycie wzgórza w geście wiary ramiona Mojżesza. Między nim a doliną, gdzie toczy się walka, jest ścisła łączność. Kiedy ręce mu mdleją, to jego wojsko cofa się. On wie, co to znaczy - Bóg chce, aby on wciąż wysilał się, by stale wyciągał ręce do Pana. Gdy ręce zupełnie drętwiały, towarzyszący Mojżeszowi Aaron i Chur podtrzymywali je. Przez cały więc dzień ten gest wyciągniętych do Pana rąk towarzyszył walce Izraelitów, a kiedy przyszedł wieczór, zwycięstwo było po ich stronie. To jednak nie Jozue zwyciężył, nie jego wojsko walczące na dole odniosło zwycięstwo - to tam, na wzgórzu, zwyciężył Mojżesz, zwyciężyła jego wiara.

Gdyby ta scena miała powtórzyć się w naszych czasach, wówczas uwaga dziennikarzy, kamery telewizyjne, światła reflektorów skierowane byłyby tam, gdzie Jozue walczy. Wydawałoby się nam, że to tam się wszystko decyduje. Kto z nas próbowałby patrzeć na samotnego, modlącego się gdzieś człowieka? A to ten samotny człowiek zwycięża, ponieważ Bóg zwycięża przez jego wiarę.

Wyciągnięte do góry ręce Mojżesza są symbolem, one mówią, że to Bóg rozstrzyga o wszystkim. - Ty tam jesteś, który rządzisz, od Ciebie wszystko zależy. Ludzkiej szansy może być śmiesznie mało, ale dla Ciebie, Boże, nie ma rzeczy niemożliwych. Gest wyciągniętych dłoni, tych mdlejących rąk, to gest wiary, to ubogi środek wyrażający szaleństwo wiary w nieskończoną moc i nieskończoną miłość Pana.

ks. Tadeusz Dajczer "Rozważania o wierze"


Małżeństwo nierozerwalne?!... - wierność mimo wszystko

„Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że ciebie nie opuszczę aż do śmierci" - to tekst przysięgi małżeńskiej wypowiadany bez żadnych warunków uzupełniających. Początek drogi. Niezapisana karta z podpisem: „aż do śmierci". A co, gdy pojawią się trudności, kryzys, zdrada?...

„Wtedy przystąpili do Niego faryzeusze, chcąc Go wystawić na próbę, zadali Mu pyta-nie: «Czy wolno oddalić swoją żonę z jakiegokolwiek powodu?» On im odpowiedział: «czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ich mężczyzną i kobietą? Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i będą oboje jednym ciałem. A tak nie są już dwojgiem, lecz jednym ciałem. Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela»"(Mt 19, 3-5). Dwanaście lat temu nasilający się kryzys, którego skutkiem byt nowy związek mojego męża, separacja i rozwód, doprowadził do rozpadu moje małżeństwo. Porozumienie zostało zerwane. Zepchnięta na dalszy plan, wyeliminowana z życia, nigdy w swoim sercu nie przestałam być żoną mojego męża. Sytuacje, wobec których stawałam, zda-wały się przerastać moją wytrzymałość, odbierały nadzieję, niszczyły wszystko we mnie i wokół mnie. Widziałam, że w tych trudnych chwilach Bóg stawał przy mnie i mówił: „wystarczy ci mojej łaski", „Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata". Był Tym, który uczył mnie, jak nieść krzyż zerwanej jedności, rozbitej rodziny, zdrady, zaparcia, odrzucenia, szyderstwa, cynizmu, własnej słabości, popełnionych grzechów i błędów. Podnosił, nawracał, przebaczał, uczyt przebaczać. Kochał. Akceptował. Prowadził. Nadawał swój sens wydarzeniom, które po ludzku zdawały się nie mieć sensu. Byt wierny przymierzu, które zawarł z nami przed laty przez sakrament małżeństwa. Teraz wiem, że małżeństwo chrześcijańskie jest czym innym niż małżeństwo naturalne. Jest wielką łaską, jest historią świętą, w którą angażuje się Pan Bóg. Jest wydarzeniem, które sprawia, „że mąż i żona połączeni przez sakrament to nie przypadkowe osoby, które się dobrały lub nie, lecz te, którym Bóg powiedział «tak», by się stały jednym ciałem, w drodze do zbawienia".

Ja tę nadzwyczajność małżeństwa sakramentalnego zaczęłam widzieć niestety późno, bo w momencie, gdy wszystko zaczęto się rozpadać. W naszym małżeństwie byliśmy najpierw my: mój mąż, dzieci, ja i wszystko inne. Potem Pan Bóg, taki na zasadzie pomóż, daj, zrób. Nie Ten, ku któremu zmierza wszystko. Nie Bóg, lecz bożek, który zapewnia pomyślność planom, spełnia oczekiwania, daje zdrowie, zabiera trudności... Bankructwo moich wyobrażeń o małżeństwie i rodzinie stało się dla mnie źródłem łaski, poprzez którą Bóg otwierał mi oczy. Pokazywał tę miłość, z którą On przyszedł na świat. Stawał przy mnie wyszydzony, opluty, odepchnięty, fałszywie osądzony, opuszczony, na drodze, której jedyną perspektywą była haniebna śmierć, I mówił: to jest droga łaski, przez którą przychodzi zbawienie i nowe życie, czy chcesz tak kochać? Swoją łaską Pan Bóg nigdy nie pozwolił mi zrezygnować z modlitwy za mojego męża i o jedność mojej rodziny, budowania w sobie postawy przebaczenia, pojednania i porozumienia, nigdy nie dał wyrazić zgody na rozwód i rozmyślne występowanie przeciwko mężowi. Zalegalizowanie nowego związku mojego męża postrzegam jako zalegalizowanie cudzołóstwa („A powiadam wam: Kto oddala swoją żonę (...) a bierze inną popełnia cudzołóstwo, I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo" (Mt,19.9)). I jako zaproszenie do gorliwszej modlitwy i głębszego zawierzenia. Nasza historia jest ciągle otwarta, ale wiem, że Pan Bóg nie powiedział w niej ostatniego Słowa. Jakie ono będzie i kiedy je wypowie, nie wiem, ale wierzę, że zostanie wypowiedziane dla mnie, mojego męża, naszych dzieci i wszystkich, których nasza historia dotknęła. Będzie ono Dobrą Nowiną dla każdego nas. Bo małżeństwo sakramentalne jest historią świętą, przymierzem, któremu Pan Bóg pozostaje wierny do końca.

Maria

Forum Pomocy "Świadectwa"


Slowo.pl - Małżeństwo o jakim marzymy. Jednym z elementów budowania silnej relacji małżeńskiej jest atrakcyjność współmałżonków dla siebie nawzajem. Może nie brzmi to zbyt duchowo, ale jest to biblijna zasada. Osobą, dla której mam być atrakcyjną kobietą, jest przede wszystkim mój mąż. W wielu związkach dbałość o wzajemną atrakcyjność stopniowo zanika wraz ze stażem małżeńskim, a często zaraz po ślubie. Dbamy o siebie w okresie narzeczeństwa, żeby zdobyć wybraną osobę, lecz gdy małżeństwo staje się faktem, przestajemy zwracać uwagę na swój wygląd. Na przykład żona dba o siebie tylko wtedy, kiedy wychodzi do pracy lub na spotkanie ze znajomymi. Natomiast w domu wita powracającego męża w poplamionym fartuchu, komunikując mu w ten sposób: "Jesteś dla mnie mniej ważny niż mój szef i koledzy w pracy. Dla ciebie nie muszę się już starać". Tego typu postawy szybko zauważają małe dzieci. Pamiętam, jak pewnego dnia ubrałam się w domu bardziej elegancko niż zwykle, a moje dzieci natychmiast zapytały: "Mamusiu, czy będą u nas dzisiaj goście?". Taką sytuację można wykorzystać, by powiedzieć im: "Dbam o siebie dla was, bo to wy jesteście dla mnie najważniejszymi osobami, dla których chcę być atrakcyjną osobą". Nie oznacza to wcale potrzeby kupowania najdroższych ubrań czy kosmetyków. Dbałość o wygląd jest sposobem wyrażenia współmałżonkowi, jak ważną jest dla nas osobą: "To Bóg mi ciebie darował. Poprzez troskę o higienę i wygląd chcę ci wyrazić, jak bardzo mocno cię kocham". Ta zasada dotyczy zarówno kobiet jak i mężczyzn.



"Wszystko możliwe jest dla tego, kto wierzy" (Mk 9,23)
"Nie bój się, wierz tylko!" (Mk 5,36)


Słowa Jezusa nie pozostawiają żadnych wątpliwości: "Jeżeli nie będziecie spożywali Ciała Syna Człowieczego i nie będziecie pili Krwi Jego, nie będziecie mieli życia w sobie" (J 6, 53). Ile tego życia będziemy mieli w sobie tu na ziemi, tyle i tylko tyle zabierzemy w świat wieczności. I na bardzo długo możemy znaleźć się w czyśćcu, aby dojść do pełni życia, do miary nieba.
Pamiętajmy jednak, że w Kościele nic nie jest magią. Jezus podczas swojego ziemskiego nauczania mówił:
- do kobiety kananejskiej:
«O niewiasto wielka jest twoja wiara; niech ci się stanie, jak chcesz!» (Mt 15,28)
- do kobiety, która prowadziła w mieście życie grzeszne:
«Twoja wiara cię ocaliła, idź w pokoju!» (Łk 7,37.50)
- do oczyszczonego z trądu Samarytanina:
«Wstań, idź, twoja wiara cię uzdrowiła» (Łk 17,19)
- do kobiety cierpiącej na krwotok:
«Ufaj, córko! Twoja wiara cię ocaliła» (Mt 9,22)
- do niewidomego Bartymeusza:
«Idź, twoja wiara cię uzdrowiła» (Mk 10,52)


Modlitwa o odrodzenie małżeństwa

Panie, przedstawiam Ci nasze małżeństwo – mojego męża (moją żonę) i mnie. Dziękuję, że nas połączyłeś, że podarowałeś nas sobie nawzajem i umocniłeś nasz związek swoim sakramentem. Panie, w tej chwili nasze małżeństwo nie jest takie, jakim Ty chciałbyś je widzieć. Potrzebuje uzdrowienia. Jednak dla Ciebie, który kochasz nas oboje, nie ma rzeczy niemożliwych. Dlatego proszę Cię:

- o dar szczerej rozmowy,
- o „przemycie oczu”, abyśmy spojrzeli na siebie oczami Twojej miłości, która „nie pamięta złego” i „we wszystkim pokłada nadzieję”,
- o odkrycie – pośród mnóstwa różnic – tego dobra, które nas łączy, wokół którego można coś zbudować (zgodnie z radą Apostoła: zło dobrem zwyciężaj),
- o wyjaśnienie i wybaczenie dawnych urazów, o uzdrowienie ran i wszystkiego, co chore, o uwolnienie od nałogów i złych nawyków.

Niech w naszym małżeństwie wypełni się wola Twoja.
Niech nasza relacja odrodzi się i ożywi, przynosząc owoce nam samym oraz wszystkim wokół. Ufam Tobie, Jezu, i już teraz dziękuję Ci za wszystko, co dla nas uczynisz. Uwielbiam Cię w sercu i błogosławię w całym moim życiu. Amen..

Święty Józefie, sprawiedliwy mężu i ojcze, który z takim oddaniem opiekowałeś się Jezusem i Maryją – wstaw się za nami. Zaopiekuj się naszym małżeństwem. Powierzam Ci również inne małżeństwa, szczególnie te, które przeżywają jakieś trudności. Proszę – módl się za nami wszystkimi! Amen!


Modlitwa o siedem Darów Ducha Świętego

Duchu Święty, Ty nas uświęcasz, wspomagając w pracy nad sobą. Ty nas pocieszasz wspierając, gdy jesteśmy słabi i bezradni. Proszę Cię o Twoje dary:

1. Proszę o dar mądrości, bym poznał i umiłował Prawdę wiekuistą, ktorą jesteś Ty, moj Boże.
2. Proszę o dar rozumu, abym na ile mój umysł może pojąć, zrozumiał prawdy wiary.
3. Proszę o dar umiejętności, abym patrząc na świat, dostrzegał w nim dzieło Twojej dobroci i mądrości i abym nie łudził się, że rzeczy stworzone mogą zaspokoić wszystkie moje pragnienia.
4. Proszę o dar rady na chwile trudne, gdy nie będę wiedział jak postąpić.
5. Proszę o dar męstwa na czas szczególnych trudności i pokus.
6. Proszę o dar pobożności, abym chętnie obcował z Tobą w modlitwie, abym patrzył na ludzi jako na braci, a na Kościół jako miejsce Twojego działania.
7. Na koniec proszę o dar bojaźni Bożej, bym lękał się grzechu, który obraża Ciebie, Boga po trzykroć Świętego. Amen.


Akt poświęcenia się Niepokalanemu Sercu Maryi

Obieram Cię dziś, Maryjo, w obliczu całego dworu niebieskiego, na moją Matkę i Panią. Z całym oddaniem i miłością powierzam i poświęcam Tobie moje ciało i moją duszę, wszystkie moje dobra wewnętrzne i zewnętrzne, a także zasługi moich dobrych uczynków przeszłych, teraźniejszych i przyszłych. Tobie zostawiam całkowite i pełne prawo dysponowania mną jak niewolnikiem oraz wszystkim, co do mnie należy, bez zastrzeżeń, według Twojego upodobania, na większą chwałę Bożą teraz i na wieki. Amen.

św. Ludwik de Montfort

Pełnia modlitwy



We czci niech będzie małżeństwo pod każdym względem i łoże nieskalane... (Hbr 13,4a) - konferencja dr Mieczysława Guzewicza (www.mojemalzenstwo.pl), małżonka, ojca trojga dzieci, doktora teologii biblijnej, członka Rady Episkopatu Polski ds. Rodziny - Górka Klasztorna 2007.04.20-22 - część 1We czci niech będzie małżeństwo pod każdym względem i łoże nieskalane... (Hbr 13,4a) - konferencja dr Mieczysława Guzewicza (www.mojemalzenstwo.pl), małżonka, ojca trojga dzieci, doktora teologii biblijnej, członka Rady Episkopatu Polski ds. Rodziny - Górka Klasztorna 2007.04.20-22 - część 2Kto powinien rządzić w małżeństwie? - ks. Piotr PawlukiewiczKapitanie, dokąd płyniecie? - ks. Piotr PawlukiewiczJakie są nasze rzeczywiste wielkie pragnienia? - ks. Piotr PawlukiewiczOdpowiedzialność za miłość - dr Wanda Półtawska - psychiatra Bitwa toczy się o nasze serca - ks. Piotr PawlukiewiczKto się Mnie dotknął? - ks. Piotr Pawlukiewicz Miłość jest trudna - ks. Piotr Pawlukiewicz
Przebaczenie i cierpienie w małżeństwie - dr M. Guzewicz, teolog-biblistaZ każdej trudnej sytuacji jest dobre wyjście - ks. Piotr PawlukiewiczMłodzież - ks. Piotr PawlukiewiczSex, poezja czy rzemiosloWalentynki - ks. Piotr Pawlukiewicz Mężczyźni - ks. Piotr PawlukiewiczFałszywe miłosierdzie - ks. Piotr PawlukiewiczSakrament małżeństwa a dobro dziecka - ks. Piotr Pawlukiewicz
W 2002 roku Jan Paweł II potępiając w ostrych słowach rozwody powiedział, że adwokaci jako ludzie wolnego zawodu, muszą
zawsze odmawiać użycia swoich umiejętności zawodowych do sprzecznego ze sprawiedliwością celu, jakim jest rozwód.
KAI
Ks. dr Marek Dziewiecki - Miłość nigdy nie pomaga w złym. Właśnie dlatego doradca katolicki w żadnej sytuacji nie proponuje krzywdzonemu małżonkowi rozwodu, gdyż nie wolno nikomu proponować łamania przysięgi złożonej wobec Boga i człowieka.

Bitwa toczy się o nasze serce - ks. Piotr Pawlukiewicz


Kto powinien rządzić w małżeństwie? - ks. Piotr Pawlukiewicz


Kiedy rodzi się dziecko, mąż idzie na bok - ks. Piotr Pawlukiewicz


Do kobiety trzeba iść już z siłą ducha nie po to, by tę siłę zyskać - ks. Piotr Pawlukiewicz


Czy kochasz swojego męża tak, aby dać z siebie wszystko i go uratować? - ks. Piotr Pawlukiewicz


Jakie są nasze rzeczywiste wielkie pragnienia? Czy takie jak Bartymeusza? - ks. Piotr Pawlukiewicz


Miłość jest trudna: Kryzys nigdy nie jest końcem - "Katechizm Poręczny" ks. Piotra Pawlukiewicza


Ze względu na "dobro dziecka" małżonkowie sakramentalni mają żyć osobno? - ks. Piotr Pawlukiewicz


Cierpienie i przebaczenie w małżeństwie - konferencja dr Mieczysława Guzewicza, teologa-biblisty


Co to znaczy "moja była żona"? - dr Wanda Półtawska - psychiatra, członek Papieskiej Rady ds. Rodziny


"We czci niech będzie małżeństwo pod każdym względem i łoże nieskalane" (Hbr 13,4a) - dr M. Guzewicz


Nic nie usprawiedliwia rozwodu, gdyż od 1999 r. obowiązuje w Polsce ustawa o separacji :: Każdy rozwód jest wyjątkowy

protest1
Protest w obronie dzieci >>




Książki warte Twojego czasu ---> książki gratis w zakładce *biuletyn*
Strona wygenerowana w 0,06 sekundy. Zapytań do SQL: 8