Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie, którzy chcą ratować
swoje sakramentalne małżeństwa, także po rozwodzie i gdy ich współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki
Portal  RSSRSS  BłogosławieństwaBłogosławieństwa  RekolekcjeRekolekcje  Ruch Wiernych SercRuch Wiernych Serc  12 kroków12 kroków  StowarzyszenieStowarzyszenie  KronikaKronika
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  NagraniaNagrania  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki

Poprzedni temat «» Następny temat
Kryzys - wiem, i co dalej?
Autor Wiadomość
Piotr41
[Usunięty]

Wysłany: 2017-01-29, 17:02   

@tiliana - wszystko wydaje się oczywiste w teorii.
W praktyce mam z tym problem.
Po pierwsze jestem mało asertywny, jeśli w przypadku własnej rodziny można tak powiedzieć. Właściwie ten temat mojego wycofania i problemu w sytuacji podbramkowej jest motywem moich zajęć na terapii. Dowiaduję się dlaczego tak nie umiem stawić oporu kiedy ktos przekracza moja granicę. Nawet ktos tak bliski jak moja żona. Inna sprawa że te granice nie istniały u nas. Nie rozumieliśmy konieczności ich obecności i przestrzegania.

Po drugie oddzielić - no właśnie jak? Toż to w końcu żona z którą przychodzi mi dzielić codzienność, obowiązki i życie. Tak, moge powiedzieć i zwrócić uwagę że niesłusznie od wejścia szoruje po mnie że coś zrobiłem nie tak, ale to jest całkowicie bez skutku. Jak by do ściany mówić.

No i tak - po trzecie - to wiem że to nie zależy odemnie. Zmienić mogę tylko swoje zachowanie. Ale i tak boli mnie kiedy słyszę jaki ze mnie niedojda i jak bezmyślnie i źle robię tyle rzeczy, i że lepiej było by gdybym była sama.

Martwi mnie też to, że moja żona chce to "jakoś" przeżyć i zamknąć temat, ale nie posprzątać. Dla niej to dzielenie włosa na czworo i rozdrapywanie. No i cała ta psychologia to jakaś bzdura, dla kogoś kto ma za dużo czau zajmować się sobą. I ja w ten sposób, pod ten paragraf podchodzę.

Wiem że tu się dzieją prawdziwe dramaty i nasz kryzys to czasem pikuś w porównaniu do innych, ale wiem że nie zagojony i nie uporządkowany będzie miał dla nas konsekwencje w przyszłości także.
 
 
Pavel
[Usunięty]

Wysłany: 2017-01-29, 19:44   

Piotrze, czytałeś może "Porozumienie bez przemocy. O języku serca" Rosenberga?
Myślę, że umiejętne stawianie granic w połączeniu ze stosowaniem rad zawartych w tej książce może coś zmienią.
 
 
tiliana
[Usunięty]

Wysłany: 2017-01-30, 11:52   

Piotr41 napisał/a:
@tiliana - wszystko wydaje się oczywiste w teorii.
W praktyce mam z tym problem.
Po pierwsze jestem mało asertywny, jeśli w przypadku własnej rodziny można tak powiedzieć.

Asertywności trzeba się nauczyć. Niektórzy wynoszą to z domu, ale większosć chyba jednak nie - uczy się tego w którymś momencie życia, na przykład w czasie tzw. "buntu nastolatka". Ale nie martw się, można się tego nauczyć w każdym wieku.

Cytat:
Właściwie ten temat mojego wycofania i problemu w sytuacji podbramkowej jest motywem moich zajęć na terapii. Dowiaduję się dlaczego tak nie umiem stawić oporu kiedy ktos przekracza moja granicę. Nawet ktos tak bliski jak moja żona. Inna sprawa że te granice nie istniały u nas. Nie rozumieliśmy konieczności ich obecności i przestrzegania.
Fakt, najprawdopodobniej też wyniosłeś to z domju, a potem małżeństwo jeszcze to wzmocniło. Tak bywa. Sama przez to przeszłam.
Paradoksalnie, wobec osób najbliższych najtrudniej jest być asertywnym. Także tu się nie przejmuj - przyjdzie z praktyką ;) Możesz ćwiczyć na obcych albo i na rodzinie ale w bardzo drobnych sprawach. W końcu poczujesz się na tyle pewnie, że będziesz potrafił postawić granicę żonie i teściowej również w ważnych sprawach.
Cytat:

Po drugie oddzielić - no właśnie jak? Toż to w końcu żona z którą przychodzi mi dzielić codzienność, obowiązki i życie. Tak, moge powiedzieć i zwrócić uwagę że niesłusznie od wejścia szoruje po mnie że coś zrobiłem nie tak, ale to jest całkowicie bez skutku. Jak by do ściany mówić.
NIGDY nie powinieneś w takiej sytuacji dyskutować na temat merytoryczności zarzutów, które stawia żona. Do merytorycznej dyskusji muszą być odpowiednie warunki, a i żona nie ma zamiaru wcale merytorycznie w takich sytuacjach z tobą rozmawiać. Granicę stawia się krótko, jasno, bez wchodzenia w szczegóły: "Nie życzę sobie, żebyś mówiła do mnie w taki sposób", "Nie będę rozmawiał w ten sposób/na ten temat", Albo nawet "Porozmawiamy PÓŹNIEJ".
Cytat:

No i tak - po trzecie - to wiem że to nie zależy odemnie. Zmienić mogę tylko swoje zachowanie. Ale i tak boli mnie kiedy słyszę jaki ze mnie niedojda i jak bezmyślnie i źle robię tyle rzeczy, i że lepiej było by gdybym była sama.
Tak, to boli. Ale w twoich rękach jest to, żeby ten ból zmniejszyć. Jeżeli ten ból cię paraliżuje i nie pozwala działać racjonalnie, to należy go zmniejszyć. Ten ból to dla ciebie ważna informacja. Zaprzyjaźnij się z nim trochę, przyjrzyj mu się....
Cytat:

Martwi mnie też to, że moja żona chce to "jakoś" przeżyć i zamknąć temat, ale nie posprzątać. Dla niej to dzielenie włosa na czworo i rozdrapywanie. No i cała ta psychologia to jakaś bzdura, dla kogoś kto ma za dużo czau zajmować się sobą. I ja w ten sposób, pod ten paragraf podchodzę.
Na to też nie masz wpływu. Zostaw to, powierz Bogu, nie zastanawiaj sie nad tym, nie przejmuj tym. Może jej to minie, a może, w wyniku TWOJEJ pracy nad sobą, zupełnie nie będzie potrzebne, żeby żona sięgała po pomoc specjalistów. Daj sobie (i jej) trochę czasu.
Cytat:

Wiem że tu się dzieją prawdziwe dramaty i nasz kryzys to czasem pikuś w porównaniu do innych, ale wiem że nie zagojony i nie uporządkowany będzie miał dla nas konsekwencje w przyszłości także.
To, co się u was dzieje, jest nie mniej ważne i nie mniej dramatyczne, niż inne dramaty tutaj. I w efekcie może być równie katastrofalne. Punkt dla ciebie, że reagujesz już teraz, w takiej sytuacji, i nie czekasz, aż będzie gorzej.[/quote]
 
 
Piotr41
[Usunięty]

Wysłany: 2017-02-05, 18:31   

@ tiliana - dzięki za mądre słowa. Podbudowują mnie.

Ale dzis i tak stało się coś złego. Od dłuższego czasu było cicho i ta cisz była złowroga.
Zapowiadała burzę w trakcie której dowiedziałem się że żona nie widzi juz żadnej możlwiosci porozumienia się ze mną. Uważa że robiła wszystko co chciała żeby było lepiej. Na moją propozycję ponowienia rozmów , terapii kategorycznie odpowiada nie.
To jest tak, jakby to co uważała za słuszne nie przyniowsło efektu a inne formy pomocy wyklucza.

Teraz wyjaśnię, chyba nie posunie się do pozwu o rozwód, chociaż takim już mnie niejednokrotnie straszyła. A z drugiej strony działa tak żeby nie było i nie mogło być lepiej.
Wtedy czuję się, jakbym stał pod murem i nie miał wyjścia.
Zresztą niejednokrotnie tak między nami jest.

Słyszałem że są ludzie co tylko na takim "paliwie jadą", ale trudno mi uwierzyć żeby to była moja zona.

W dodatku w sytuacjach napięcia może "dostać rykoszetem" każdy kto sie nawinie, a najczęściej starsza córka, zwłaszcza za jej "podobieństwa do mnie". To mnie martwi, dlatego też że nie umiem jej pomóc. Widzę że potrafi jej wtedy zrobić awanturę o byle co a mnie trudno jej jawnie bronić. Chyba rozumiecie.

Wiedziałem że jest źle, ale nie że aż tak bardzo.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,03 sekundy. Zapytań do SQL: 8