Gloria in excelsis Deo!

Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie, którzy chcą ratować
swoje sakramentalne małżeństwa, także po rozwodzie i gdy ich współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki
Portal  KanałyKanały  BłogosławieństwaBłogosławieństwa  RekolekcjeRekolekcje  Ruch Wiernych SercRuch Wiernych Serc  12 kroków12 kroków  StowarzyszenieStowarzyszenie  NewsNews
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  NagraniaNagrania  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
 Ogłoszenie 

12 kroków do wolności Uczta - Za Stołem Słowa - ks. Michał Muszyński | Słowo Boże na dziś | Ciężki krzyż | Róże różańcowe
"Ja ... biorę Ciebie ... za żonę/męża i ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci."
Ogniska Wiernej Miłości Małżeńskiej SYCHAR:
Warszawa | Poznań | Żory | Zielona Góra | Bonn | Opole | Gorzów Wlkp | Kraków | Trójmiasto | Rzeszów | Chicago | Szczecin | Bydgoszcz | Lublin | Wrocław

ZAPRASZAMY do zgłaszania modlitewnych intencji za małżonków Siostrom Matki Bożej Miłosierdzia
Rekolekcje - Łagiewniki 2010: Uzdrowić zranione życie | Zamienić ranę w perłę | Zobacz kim jesteś - cz. 1 | cz. 2 | O przebaczeniu
Błogosławieństwo Księdza Biskupa Andrzeja Czai - ordynariusza diecezji opolskiej dla naszej Wspólnoty >>

Błogosławieństwa Bożego, aby narodzony tej świętej nocy Zbawiciel świata, obecny w naszym życiu, zawsze napełniał nas radością i nadzieją, a Jego światłość zwyciężała w nas to, co od Boga oddala - życzy administrator

Poprzedni temat «» Następny temat
Między zdradą a nawróceniem
Autor Wiadomość
miriam
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-02, 19:56   Między zdradą a nawróceniem

Między zdradą a nawróceniem

Świadectwo Anny...


Zawsze śmieszyły mnie zawarte w wielu kobiecych pismach pseudostatystyki, z których wynikało, że prawie każdy mężczyzna zdradza przynajmniej raz swoją żonę, a co czwarta mężatka szuka pociechy w ramionach kochanka. Czy mogłam wtedy przypuszczać, że także mnie przyjdzie zweryfikować te tezy?


Pamiętam ten dzień dokładnie i choć minęło już tyle lat, nadał mam wrażenie, że potrafię przypomnieć sobie wszystkie emocje, jakie mnie wtedy wypełniły. Był słotny listopadowy wtorek pod koniec lat 90. Rano zadzwoniłam do pracy z prośbą o dzień urlopu. Sześcioletni syn czuł się źle już poprzedniego dnia, a teraz leżał w łóżku z wysypką i gorączką. To mój kolejny nagły urlop w ciągu ostatnich tygodni. Zaczynałam się bać o pracę. - Nic się nie martw, na pewno zrozumieją, w końcu jesteś matką - rzucił w drzwiach Marek, mój mąż, jak co dzień w pośpiechu wybiegający do pracy.

Szara codzienność

Małżeństwem byliśmy już od 10 lat. Dwójka dzieci, dwa etaty, mało czasu dla siebie, ale czułam, że się bardzo kochamy. Nie było wprawdzie tyle czasu co kiedyś na bliskość, rozmowy, wspólne wyjazdy, co w pierwszych łatach małżeństwa.

Mąż od pewnego czasu miał nową pracę, znakomicie płatną, zgodną z jego aspiracjami i prawniczym wykształceniem. Nasza stopa życiowa znacznie się podniosła - oboje mieliśmy samochody, młodsza córka chodziła do prywatnego przedszkola, wprowadziliśmy się z domu moich rodziców do dużego mieszkania, a w planie mieliśmy budowę domu „na stare lata".

Powodziło nam się dobrze. Ale Marek spędzał znacznie więcej czasu w pracy, nieraz wracał do domu dopiero po godzinie 21, kiedy kładłam już dzieci spać. Nawet wspólne, rodzinne weekendy zdarzały się już coraz rzadziej, bo nowa praca męża wymagała wyjazdów w delegację. Tak stopniowo zaczęliśmy mijać się w naszym niby wspólnym życiu...

Mam dla pani list!

- Ale dzień się zapowiada! - pomyślałam, zamykając drzwi za mężem. Trzeba zawieźć pięcioletnią Kasię do mojej niepracującej siostry, a później z małym Dawidem pojechać do lekarza. W drodze powrotnej zakupy, pewnie wizyta w aptece, wykańczanie w domu projektu, który miałam tego dnia szkicować w pracy, gotowanie obiadu, wyczekiwanie na męża. Żeby tylko znów nie wrócił tak późno, zmęczony po jakiejś naradzie!

Na klatce schodowej minęłam naszego listonosza. - O, mam dla Państwa kilka listów. Dać Pani czy wrzucić do skrzynki? - Mogę zabrać, albo niech mi pan wrzuci do torby, bo mam ręce zajęte - odpowiedziałam, ciągnąc za sobą zaspane dzieci. Dawid miał niestety różyczkę. Lekarz powiedział, że ma się wyleżeć w domu. Kasię zdążyłam zawieźć do siostry. Przyjechałam do domu, położyłam syna, rozpakowałam zakupy i na dnie siatki znalazłam poranną pocztę. Kilka rachunków i list zaadresowany do mnie. Może to od Darka, brata będącego na stażu naukowym w USA? Ale nie, list był miejscowy. Otworzyłam i przeżyłam wstrząs: „Szanowna Pani, piszę do Pani w chwili, kiedy Pani mąż (tu padło pełne imię i nazwisko) w sąsiednim pokoju romansuje ze swoją podwładną (tu znów pełne dane). Pewnie po pracy, jak zwykłe pojadą razem na obiad, a później zapewne do pokoju w hotelu...". Dalej pojawił się cały wykaz dat romansowych spotkań mojego męża i opis jego zdrady. „Cala firma już o tym mówi, więc w odruchu kobiecej solidarności postanowiłam napisać o tym do Pani - osoby najbardziej przecież zainteresowanej, sama będąc kobietą zdradzoną i zranioną" - głosiło zakończenie przerażającego listu.

Co robić?

„Życzliwy" donos był dla mnie wstrząsający. W jednej chwili osunął mi się grunt pod nogami i to nieomal dosłownie; mam wrażenie, że na chwilę nawet zasłabłam. Pamiętam całą gamę uczuć, jakie mnie wtedy wypełniły. List był napisany tak sugestywnie, że właściwie od razu w niego uwierzyłam, dopasowałam do jego treści wszystkie obrazy z naszego małżeńskiego życia - rozluźnienie relacji, ciągły brak czasu męża, jego rzekome zapracowanie, wieczorne powroty do domu i wyjazdy w weekendy. Przeczytałam ten list chyba kilkadziesiąt razy tego dnia. Dopiero po dłuższej chwili, przyłapałam się na tym, że „skazuję" własnego męża jedynie na podstawie niepodpisanego i komputerowo napisanego anonimu. A może to wszystko kłamstwa, prymitywny i wredny żart? Nie wiedziałam, co robić.

Gdy mąż wrócił z pracy do domu, byłam już na tyle wyciszona, że zaczęłam odgrywać tragifarsę, która miała trwać przez najbliższe kilka tygodni. Postanowiłam, że będę udawać przed mężem, że nic się nie stało i że nikomu nie powiem o anonimie, dopóki sama wszystkiego nie sprawdzę. Rozpoczął się chyba najgorszy czas w moim życiu: dzieci coraz częściej „przechowywane" u rodziców albo u siostry, zwalnianie się z pracy, czyhanie przed firmą na męża, śledzenie, obserwowanie. Miałam nawet specjalny kalendarzyk, w którym wszystko zapisywałam. Z dnia na dzień narastała we mnie nienawiść, wściekłość i jakaś obłędna zazdrość.

Pamiętam, jak po codziennym „śledztwie", wracając do domu, z niechęcią przyglądałam się na ulicy kobietom, jaką odrazę budziły we mnie inne kobiety przymierzające w sklepach nowe ubrania. Byłam „przekonana", że stroją się, żeby romansować z cudzymi mężami. W takiej atmosferze spędziliśmy nawet święta Bożego Narodzenia. Starałam się tylko, żeby mój stan nie przelewał się na dzieci. Przed sylwestrem wszystko się ostatecznie potwierdziło. W złości, niechęci i złorzeczeniach postanowiłam o rozwodzie.

Pomoc siostry i psychologów

Chodziłam tak podminowana, że byłe pretekst przyczynił się do awantury, w której wygarnęłam mężowi, że wiem wszystko. Wkrótce dowiedziała się o wszystkim moja siostra. Postanowiła za wszelką cenę ratować nasze małżeństwo. Odciągała mnie, jak mogła od ostatecznej decyzji o rozwodzie.

Pierwszą nadzieją miał okazać się psycholog. Choć jego pomoc długofalowo zawiodła, na pewno pomógł mężowi i mnie „technicznie" w trudnych początkach. Po prostu dzięki tej pomocy wyjawiliśmy sobie z mężem prawdę: Marek przyznał się do zdrady, a ja wreszcie dałam upust moim emocjom. Mąż strasznie przepraszał, żałował romansu, w który się uwikłał, przekonywał, że kocha mnie i dzieci ponad wszystko i prosił, żebym pozwoliła mu wszystko naprawić. Nie wiedziałam, czy wierzyć, ale stopniowo zmiękłam i wszystko zaczęło wracać do normy.

Mąż zerwał zupełnie stosunki z tamtą kobietą, wkrótce nawet zmienił pracę. Ja natomiast poszłam za namową do drugiej już pani psycholog i postanowiłam „uzdrowić nasze małżeństwo poprzez wybaczenie". Przestałam myśleć o rozwodzie i nieustannie wmawiałam sobie, że muszę wybaczyć, wyzbyć się pretensji i wyrzutów wobec męża, że wszystko będzie tak, jak kiedyś. Było to jednak bardzo powierzchowne, bo chociaż znowu wyglądaliśmy jak kochająca się rodzina, to gdzieś w moim sercu nadal bolała rana.

Koszmar się powtarza

Niestety, po dwóch latach była kochanka męża odszukała go i zaczęła nas nękać. Okazało się nawet, że ten niesławny anonim był jej „dziełem" - tak bardzo chciała rozbić nasze małżeństwo. Moja nerwica znów wróciła, mąż też miał wyrzuty sumienia. Bałam się, że ta stresowa atmosfera przeniesie się na dzieci. Czy ten koszmar nigdy się nie skończy? Skoro dobry psycholog nie może nam pomóc, to kto? I dlaczego ta kobieta nie chce dać nam spokoju?

Z takimi myślami żyłam na początku 2001 roku. Zaczął się Wielki Post. Jechałam do pracy tramwajem (samochód wcześniej sprzedaliśmy, żeby dokończyć budowę domu), a tu nagle awaria kilka przystanków przed miejscem, w którym miałam wysiąść. Musiałam nadłożyć drogi i spiesząc się do pracy minęłam niewielki kościółek z czerwonej cegły pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny Wspomożycielki Wiernych. Weszłam do środka. Trwała akurat poranna Msza św. Taka cicha, z garstką wiernych zaledwie.

Pamiętam, że było akurat podniesienie. Padłam odruchowo na kolana i po prostu rozpłakałam się. Aż starsza pani z ławki przede mną odwróciła się zdziwiona. Odtąd kościół ten stał się moją przystanią niemal każdego poranka w tamtym Wielkim Poście. Dopiero tutaj powierzyłam Matce Bożej wszystkie moje troski, zmartwienia, a także sprawę naszego małżeństwa. Przed Wielkanocą przystąpiłam do najtrudniejszej w moim życiu i pierwszej od wielu lat spowiedzi. Wkrótce w moje ślady poszedł mąż. Nasze życie dopiero teraz zaczęło się zmieniać. Dopiero tam, w kościele, przed ołtarzem wybaczyłam mężowi naprawdę.
Zrozumiałam też swoją słabość oraz fakt, że bez Boga i Jego łaski nie ma prawdziwego wybaczenia i uzdrowienia.

Dziś z mężem i dziećmi, już znacznie starszymi i usamodzielniającymi się, jesteśmy szczęśliwą rodziną, a każdego roku, z mężem właśnie w kościele pw. NMP Wspomożycielki Wiernych odnawiamy sobie „po cichu" nasze małżeńskie przyrzeczenia.
Źródło>>>
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group

To naprawdę bardzo ważna ankieta zwolenników in vitro - włącz się!
Możesz w niej wyrazić swój sprzeciw głosując przeciw petycji...




Stanowisko Episkopatu Polski:

"Metoda in vitro jest niezgodna z prawem Bożym i naturą człowieka..."













"Pan naprawdę Zmartwychwstał! Alleluja!

„Dlaczego szukacie żyjącego wśród umarłych? Nie ma Go tutaj; zmartwychwstał!” (Łk 24,5-6)
"To się Bogu podoba, jeżeli dobrze czynicie, a przetrzymacie cierpienia" (1 P 2,20b)
"Na świecie doznacie ucisku, ale miejcie odwagę: Jam zwyciężył świat” (J 16,33)
„Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!” (Mk 16,15)



To może być także Twoje zmartwychwstanie - zmartwychwstanie Twojego małżeństwa!









Jan Paweł II:

Każdy z was, młodzi przyjaciele, znajduje też w życiu jakieś swoje „Westerplatte". Jakiś wymiar zadań, które trzeba podjąć i wypełnić. Jakąś słuszną sprawę, o którą nie można nie walczyć. Jakiś obowiązek, powinność, od której nie można się uchylić. Nie można zdezerterować. Wreszcie — jakiś porządek prawd i wartości, które trzeba utrzymać i obronić, tak jak to Westerplatte, w sobie i wokół siebie. Tak, obronić — dla siebie i dla innych.





Dla tych, którzy kochają - propozycja wzoru odpowiedzi na pozew rozwodowy


W odpowiedzi na pozew wnoszę o oddalenie powództwa w całości i nie rozwiązywanie małżeństwa stron przez rozwód.

UZASADNIENIE

Pomimo trudności jakie nasz związek przechodził i przechodzi uważam, że nadal można go uratować. Małżeństwa nie zawiera się na chwilę i nie zrywa w momencie, gdy dzieje się coś niedobrego. Pragnę nadmienić, iż w przyszłości nie zamierzam się już z nikim innym wiązać. Podjąłem (podjęłam) bowiem decyzję, że będę z żoną (mężem) na zawsze i dołożę wszelkich starań, aby nasze małżeństwo przetrwało. Scalenie związku jest możliwe nawet wtedy, gdy tych dobrych uczuć w nas nie ma. Lecz we mnie takie uczucia nadal są i bardzo kocham swoją żonę (męża), pomimo, iż w chwili obecnej nie łączy nas więź fizyczna. Jednak wyrażam pragnienie ratowania Naszego małżeństwa i gotowy (gotowa) jestem podjąć trud jaki się z tym wiąże. Uważam, że przy odrobinie dobrej woli możemy odbudować dobrą relację miłości.

Dobro mojej żony (męża) jest dla mnie po Bogu najważniejsze. Przed Bogiem to bowiem ślubowałem (ślubowałam).

Moim zdaniem każdy związek ma swoje trudności, a nieporozumienia jakie wydarzyły się między nami nie są powodem, aby przekreślić nasze małżeństwo i rozbijać naszą rodzinę. Myślę, że każdy rozwód negatywnie wpływa nie tylko na współmałżonków, ale także na ich rodziny, dzieci i krzywdzi niepotrzebnie wiele bliskich sobie osób. Oddziaływuje również negatywnie na inne małżeństwa.

Z moją (moim) żoną (mężem) znaliśmy się długo przed zawarciem naszego małżeństwa i uważam, że był to wystarczający czas na wzajemne poznanie się. Po razem przeżytych "X" latach (jako para, narzeczeni i małżonkowie) żona (mąż) jest dla mnie zbyt ważną osobą, aby przekreślić większość wspólnie spędzonych lat. Według mnie w naszym związku nie wygasły więzi emocjonalne i duchowe. Podkreślam, iż nadal kocham żonę (męża) i pomimo, że oddaliliśmy się od siebie, chcę uratować nasze małżeństwo. Osobiście wyrażam wolę i chęć naprawy naszych małżeńskich relacji, gdyż mam przekonanie, że każdy związek małżeński dotknięty poważnym kryzysem jest do uratowania.

Orzeczenie rozwodu spowodowałoby, że ucierpiałoby dobro wspólnych małoletnich dzieci stron oraz byłoby sprzeczne z zasadami współżycia społecznego. Dzieci potrzebują stabilnego emocjonalnego kontaktu z obojgiem rodziców oraz podejmowania przez obie strony wszelkich starań, by zaspokoić potrzeby rodziny. Rozwód grozi osłabieniem lub zerwaniem więzi emocjonalnej dzieci z rodzicem zamieszkującym poza rodziną. Rozwód stron wpłynie także niekorzystnie na ich rozwój intelektualny, społeczny, psychiczny i duchowy, obniży ich status materialny i będzie usankcjonowaniem niepoważnego traktowania instytucji rodziny.

Wysoki Sądzie, proszę o danie nam szansy na uratowanie naszego małżeństwa. Uważam, ze każda rodzina, w tym i nasza, na to zasługuje. Nie zmienię zdania w tej ważnej sprawie, bo wtedy będę niewiarygodny w każdej innej. Brak wyrażenia mojej zgody na rozwód nie wskazuje na to, iż kierują mną złe emocje tj. złość czy złośliwość. Jednocześnie zdaję sobie sprawę, że nie zmuszę żony (męża) do miłości. Rozumiem, że moja odmowa komplikuje sytuację, ale tak czuję, takie są moje przekonania religijne i to dyktuje mi serce.

Bardzo kocham moją (mojego) żonę (męża) i w związku z powyższym wnoszę jak na wstępie.



List Episkopatu Polski na święto św. Rodziny

Warto jeszcze raz podkreślić, że u podstaw każdej rodziny stoi małżeństwo. Chrześcijańskie patrzenie na małżeństwo w pełni uwzględnia wyjątkową naturę tej wspólnoty osób. Małżeństwo to związek mężczyzny i niewiasty, zawierany na całe ich życie, i z tej racji pełniący także określone zadania społeczne. Chrystus podkreślił, że mężczyzna opuszcza nawet ojca i matkę, aby złączyć się ze swoją żoną i być z nią przez całe życie jako jedno ciało (por. Mt 19,6). To samo dotyczy niewiasty. Naszym zadaniem jest nieustanne przypominanie, iż tylko tak rozumianą wspólnotę mężczyzny i niewiasty wolno nazywać małżeństwem. Żaden inny związek osób nie może być nawet przyrównywany do małżeństwa. Chrześcijanie decyzję o zawarciu małżeństwa wypowiadają wobec Boga i wobec Kościoła. Tak zawierany związek Chrystus czyni sakramentem, czyli tajemnicą uświęcenia małżonków, znakiem swojej obecności we wszystkich ich sprawach, a jednocześnie źródłem specjalnej łaski dla nich. Głębia duchowości chrześcijańskich małżonków powstaje właśnie we współpracy z łaską sakramentu małżeństwa. więcej >>



Wszechświat na miarę człowieka

Wszechświat jest ogromny. Żeby sobie uzmysłowić rozmiary wszechświata, załóżmy, że odległość Ziemia - Słońce to jeden milimetr. Wtedy najbliższa gwiazda znajduje się mniej więcej w odległości 300 metrów od Słońca. Do Słońca mamy jeden milimetr, a do najbliższej gwiazdy około 300 metrów. Słońce razem z całym otoczeniem gwiezdnym tworzy ogromny system zwany Droga Mleczną (galaktykę w kształcie ogromnego dysku). W naszej umownej skali ten ogromny dysk ma średnicę około 6 tysięcy kilometrów, czyli mniej więcej tak, jak stąd do Stanów Zjednoczonych. Światło zużywa na przebycie od jednego końca tego dysku do drugiego - około 100 tysięcy lat. W tym dysku mieści się około 100 miliardów gwiazd. To jest ogromny dysk! Jeszcze mniej więcej sto lat temu uważano, że to jest cały wszechświat. Okazało się, że tak wcale nie jest. Wszechświat jest znacznie, znacznie większy! Jeżeli te 6 tysięcy kilometrów znowu przeskalujemy, tym razem do jednego centymetra, to cały wszechświat, który potrafimy zaobserwować (w tej skali) jest kulą o średnicy 3 kilometrów. I w tym właśnie obszarze, jest około 100 miliardów galaktyk (czyli takich dużych systemów gwiezdnych, oczywiście różnych kształtów, różnych wielkości). To właśnie jest cały wszechświat, który potrafimy badać metodami fizycznymi, wykorzystując techniki astronomiczne. (Wszechświat na miarę człowieka >>>)



Musicie zawsze powstawać!

Możecie rozerwać swoje fotografie
i zniszczyć prezenty.
Możecie podeptać swoje szczęśliwe wspomnienia
i próbować dzielić to, co było dla dwojga.
Możecie przeklinać Kościół i Boga.

Ale Jego potęga nie może nic uczynić
przeciw waszej wolności.
Bo jeżeli dobrowolnie prosiliście Go,
by zobowiązał się z wami...
On nie może was "rozwieść".

To zbyt trudne?
A kto powiedział, że łatwo być
człowiekiem wolnym i odpowiedzialnym.
Miłość się staje
Jest miłością w marszu, chlebem codziennym.

Nie jest umeblowana mieszkaniem,
ale domem do zbudowania i utrzymania,
a często do remontu.
Nie jest triumfalnym "TAK",
ale jest mnóstwem "tak",
które wypełniają życie, pośród mnóstwa "nie".

Człowiek jest słaby, ma prawo zbłądzić!
Ale musi zawsze powstawać i zawsze iść.
I nie wolno mu odebrać życia,
które ofiarował drugiemu; ono stało się nim.

Michel Quoist



Rozważania o wierze/Dynamizm wiary/Zwycięstwo przez wiarę

Klasycznym tekstem biblijnym ukazującym w świetle wiary wartość i sens środków ubogich jest scena walki z Amalekitami. W czasie przejścia przez pustynię, w drodze do Ziemi Obiecanej, dochodzi do walki pomiędzy Izraelitami a kontrolującymi szlaki pustyni Amalekitami (zob. Wj 17, 8-13). Mojżesz to Boży człowiek, który wie, w jaki sposób może zapewnić swoim wojskom zwycięstwo. Gdyby był strategiem myślącym jedynie po ludzku, stanąłby sam na czele walczących, tak jak to zwykle bywa w strategii. Przecież swoją postawą na pewno by ich pociągał, tak byli wpatrzeni w niego. On zaś zrobił coś, co z punktu widzenia strategii wojskowej było absurdalne - wycofał się, zostawił wojsko pod wodzą swego zastępcy Jozuego, a sam odszedł na wzgórze, by tam się modlić. Wiedział on, człowiek Boży, człowiek modlitwy, kto decyduje o losach świata i o losach jego narodu. Stąd te wyciągnięte na szczycie wzgórza w geście wiary ramiona Mojżesza. Między nim a doliną, gdzie toczy się walka, jest ścisła łączność. Kiedy ręce mu mdleją, to jego wojsko cofa się. On wie, co to znaczy - Bóg chce, aby on wciąż wysilał się, by stale wyciągał ręce do Pana. Gdy ręce zupełnie drętwiały, towarzyszący Mojżeszowi Aaron i Chur podtrzymywali je. Przez cały więc dzień ten gest wyciągniętych do Pana rąk towarzyszył walce Izraelitów, a kiedy przyszedł wieczór, zwycięstwo było po ich stronie. To jednak nie Jozue zwyciężył, nie jego wojsko walczące na dole odniosło zwycięstwo - to tam, na wzgórzu, zwyciężył Mojżesz, zwyciężyła jego wiara.

Gdyby ta scena miała powtórzyć się w naszych czasach, wówczas uwaga dziennikarzy, kamery telewizyjne, światła reflektorów skierowane byłyby tam, gdzie Jozue walczy. Wydawałoby się nam, że to tam się wszystko decyduje. Kto z nas próbowałby patrzeć na samotnego, modlącego się gdzieś człowieka? A to ten samotny człowiek zwycięża, ponieważ Bóg zwycięża przez jego wiarę.

Wyciągnięte do góry ręce Mojżesza są symbolem, one mówią, że to Bóg rozstrzyga o wszystkim. - Ty tam jesteś, który rządzisz, od Ciebie wszystko zależy. Ludzkiej szansy może być śmiesznie mało, ale dla Ciebie, Boże, nie ma rzeczy niemożliwych. Gest wyciągniętych dłoni, tych mdlejących rąk, to gest wiary, to ubogi środek wyrażający szaleństwo wiary w nieskończoną moc i nieskończoną miłość Pana.

ks. Tadeusz Dajczer "Rozważania o wierze"


Małżeństwo nierozerwalne?!... - wierność mimo wszystko

„Ślubuję ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że ciebie nie opuszczę aż do śmierci" - to tekst przysięgi małżeńskiej wypowiadany bez żadnych warunków uzupełniających. Początek drogi. Niezapisana karta z podpisem: „aż do śmierci". A co, gdy pojawią się trudności, kryzys, zdrada?...

„Wtedy przystąpili do Niego faryzeusze, chcąc Go wystawić na próbę, zadali Mu pyta-nie: «Czy wolno oddalić swoją żonę z jakiegokolwiek powodu?» On im odpowiedział: «czy nie czytaliście, że Stwórca od początku stworzył ich mężczyzną i kobietą? Dlatego opuści człowiek ojca i matkę i będą oboje jednym ciałem. A tak nie są już dwojgiem, lecz jednym ciałem. Co Bóg złączył, człowiek niech nie rozdziela»"(Mt 19, 3-5). Dwanaście lat temu nasilający się kryzys, którego skutkiem byt nowy związek mojego męża, separacja i rozwód, doprowadził do rozpadu moje małżeństwo. Porozumienie zostało zerwane. Zepchnięta na dalszy plan, wyeliminowana z życia, nigdy w swoim sercu nie przestałam być żoną mojego męża. Sytuacje, wobec których stawałam, zda-wały się przerastać moją wytrzymałość, odbierały nadzieję, niszczyły wszystko we mnie i wokół mnie. Widziałam, że w tych trudnych chwilach Bóg stawał przy mnie i mówił: „wystarczy ci mojej łaski", „Ja jestem z wami po wszystkie dni aż do skończenia świata". Był Tym, który uczył mnie, jak nieść krzyż zerwanej jedności, rozbitej rodziny, zdrady, zaparcia, odrzucenia, szyderstwa, cynizmu, własnej słabości, popełnionych grzechów i błędów. Podnosił, nawracał, przebaczał, uczyt przebaczać. Kochał. Akceptował. Prowadził. Nadawał swój sens wydarzeniom, które po ludzku zdawały się nie mieć sensu. Byt wierny przymierzu, które zawarł z nami przed laty przez sakrament małżeństwa. Teraz wiem, że małżeństwo chrześcijańskie jest czym innym niż małżeństwo naturalne. Jest wielką łaską, jest historią świętą, w którą angażuje się Pan Bóg. Jest wydarzeniem, które sprawia, „że mąż i żona połączeni przez sakrament to nie przypadkowe osoby, które się dobrały lub nie, lecz te, którym Bóg powiedział «tak», by się stały jednym ciałem, w drodze do zbawienia".

Ja tę nadzwyczajność małżeństwa sakramentalnego zaczęłam widzieć niestety późno, bo w momencie, gdy wszystko zaczęto się rozpadać. W naszym małżeństwie byliśmy najpierw my: mój mąż, dzieci, ja i wszystko inne. Potem Pan Bóg, taki na zasadzie pomóż, daj, zrób. Nie Ten, ku któremu zmierza wszystko. Nie Bóg, lecz bożek, który zapewnia pomyślność planom, spełnia oczekiwania, daje zdrowie, zabiera trudności... Bankructwo moich wyobrażeń o małżeństwie i rodzinie stało się dla mnie źródłem łaski, poprzez którą Bóg otwierał mi oczy. Pokazywał tę miłość, z którą On przyszedł na świat. Stawał przy mnie wyszydzony, opluty, odepchnięty, fałszywie osądzony, opuszczony, na drodze, której jedyną perspektywą była haniebna śmierć, I mówił: to jest droga łaski, przez którą przychodzi zbawienie i nowe życie, czy chcesz tak kochać? Swoją łaską Pan Bóg nigdy nie pozwolił mi zrezygnować z modlitwy za mojego męża i o jedność mojej rodziny, budowania w sobie postawy przebaczenia, pojednania i porozumienia, nigdy nie dał wyrazić zgody na rozwód i rozmyślne występowanie przeciwko mężowi. Zalegalizowanie nowego związku mojego męża postrzegam jako zalegalizowanie cudzołóstwa („A powiadam wam: Kto oddala swoją żonę (...) a bierze inną popełnia cudzołóstwo, I kto oddaloną bierze za żonę, popełnia cudzołóstwo" (Mt,19.9)). I jako zaproszenie do gorliwszej modlitwy i głębszego zawierzenia. Nasza historia jest ciągle otwarta, ale wiem, że Pan Bóg nie powiedział w niej ostatniego Słowa. Jakie ono będzie i kiedy je wypowie, nie wiem, ale wierzę, że zostanie wypowiedziane dla mnie, mojego męża, naszych dzieci i wszystkich, których nasza historia dotknęła. Będzie ono Dobrą Nowiną dla każdego nas. Bo małżeństwo sakramentalne jest historią świętą, przymierzem, któremu Pan Bóg pozostaje wierny do końca.

Maria

Forum Pomocy "Świadectwa"

Strona wygenerowana w 0,13 sekundy. Zapytań do SQL: 9