Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie, którzy chcą ratować
swoje sakramentalne małżeństwa, także po rozwodzie i gdy ich współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki
Portal  AlbumAlbum  NagraniaNagrania  Ruch Wiernych SercRuch Wiernych Serc  StowarzyszenieStowarzyszenie  Chat
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  12 kroków12 kroków  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
 Ogłoszenie 

Poprzedni temat «» Następny temat
Proszę Was o modlitwę
Autor Wiadomość
Danka 9
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-03, 19:48   

mari, Anula1 dziekuje :-D i sciskam was serdecznie
z kazdym dniem mam coraz więcej szczęścia w sercu, spokoju, mimo wielu obowiązkow, takiego spiętrzenia ich na koniec roku i po chorobie
Czuje ze Pan Bog działa

Mari..dzieki za wskazowke..ja pracuje caly czas na terapii nad tym stawianiem granic...w konkretnych sytuacjach..dotychczas bylamjednak wciaz na malo skuteczna....bo za malo pewna siebie i za bardzo balam sie utraty męza
teraz wiem ze nie mam nic do stracenia...procz wlasniej godnosci, poczucia wartosci....nie chce juz przymykac oka na przemoc meza..
dotychczazs tlumaczylam go przed soba i nnymi i takie wspoluzaleznieniowe jazdy...
wstyd mi bardzo ze dluuugo zle dawalam sie zle traktowac.Rozmawialam z mezem..zaczelo to powoli do niego docierać.
wszystko w rękach Pana Boga

[ Dodano: 2009-12-07, 17:35 ]
Powoli sie przeciera. Maz zabiega o mnie, jest miły itp, ale nada przeplata zachowaniami agresywnymi.
Chce bym emocjonalnie i fizycznie wrociła.
Mowi mi ze ma tez dosyc swojego zachowania. To juz cos.
jestem konsekwentna, nie daje sie poki co nabrac na słodzenie...bo nie o to chodzi.
Bardzo bym chciala rzeczywistej przemiany.
Jestem w punkcie gdy nie widze powrotu do dawnej sytuacji, siebie zabiegajacej o zwiazek...przymykajacej oka, dajacej kolejna szansę, bez konkretnej przemiany meza... nie umiem z nim życ, kompletnie, cos sie załamało...moze to wlasnie dno?
Duzo spokoju, pogodzenia sie z sytuacją, wiary w męza, poukladania w pozamalzenskich sprawach, czuję ze będzie dobrze, u mnie samej..nie wiem jak u męza, chcialabym razem:)

[ Dodano: 2009-12-09, 16:43 ]
zyje sobie nadal spokojnie, zagladam tu co drugi dzień :-)
mąz chyba wystraszony moim oddaleniem, stara sie byc blisko, obok mnie.
Doceniam to ale nie ciesze sie ...bo widze ze to z obawy przed utrata mnie.
Jak male dziecko troche
widze ze mnie potrzebuje...ze jest zagubiony...ale ja nie umiem mu pomoc
na ile sie dalo podsuwam mu rozne formy pomocy
to potrzeba
poza tym smutno ze nie interesuje sie moim zyciem, sprawami itp, nie dzieli sie swoim

unika patrzenia w siebie, mam wrazenie..wczoraj sluchalam ciekawej audycji w radio plus...nie chcial dolaczyć...szkoda, bo bylo o komunikacji
jestem spokojna ale smutna bardzo bo nic sie nie zmienia...maz nadal pare agresywnych i kontrolujaych zachowań ma, pare dziennie...staram sie go omijac...bo nie toleruje tego zupelnie, ulewa mi sie
staram sie kochac go madra miloscią...ale sporo we mnie zalu...
dziekuje Bogu za poukladanie i spokój, modle sie o wybaczenie i akceptacje tego czego nie da sie zmienic
 
     
Nirwanna
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-12, 22:49   

Podbijam, Danusiu :-)
 
     
ewaa
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-12, 23:38   

Witaj Danusiu
Oczywiście obiecuję moją modlitwę za Was.
Widać u Ciebie dużo szarpaniny wewnętrzej. Trzeba to po prostu przetrzymać. Ja też tak miałam. Kochałam męża ale myślałam że lepiej mi będzie bez niego. Chciałam żebyśy byli małżeństwem ale cieszyłam się jak jechał na delegację i miałam spokój. U mnie mąż cały czas się starał, ale mnie chwilami taka żałoba za tym co stracone nachodziła że nie mogłam znieść jego obecności, troski jak się czuję. Chciałam nawet żeby się wyprowadził. Smutek był uczuciem dominującym. Teraz jest dobrze ale też przychodzą gorsze chwile. Są noce gdy wolę sama spać bo przy nim nie mogę zasnąć. Chociaż przecież go kocham. Dobrze że jesteś twarda i potrafisz obejść jego zaczepki.
Trzymaj się
Będę się modlić.
Z Panem Bogiem
 
     
Danka 9
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-13, 00:00   

Hej Wam, potrzebowałam napisać o sobie nieco, przewentylowac emocje.

Czytałam sobie co pisała mi mami jakis miesiac temu

Cytat:
to ty masz władze nad swoimi reakcjami na zachowania męża, możesz zamiast uznać agresje męża za zagrożenie dla ciebie, wyuczyć sie nowego zachowania, które będzie mówiło nie ma zagrożenia, nic mi nie grozi, i zaprzestać walki i uznać zachowania męża jako jego problem...
uznając, iż to jego prawo do takiego zachowania, bo inaczej nie potrafi na dzień dzisiejszy dlatego krzyczy, wrzeszczy działa bardzo gniewnie, i bronić swoich granic nie pozwalając sobie wejść na głowe...rozluźnic sie, i odciąć od stresującej sytuacji...
to pochłania wiele energii twojej, potem czujesz sie wyczerpana i zraniona..

przyjmij za fakt, iż on inaczej nie portafi odreagować stresu jak gniewem...
ale ty już wiesz, że ty możesz w tym nie uczestniczyć... izolując sie, nie wdając sie w te gre...
stosując taką taktyke pokazesz swoje przyzwalanie na brak traktowania cie w ten sposób...
z początku będzie trudne niereagowanie na zaczepki męża, bo on już nauczył sie rozładowywac emocje na kimś... więc będzie mu brakować ciebie do swojej gry pod tytułem rozładowanie napięcia jakie sie w nim nagromadziło z jakiegoś powodu...
zamiast tego możesz powiedzieć... widze jesteś zły, reagujesz złością i gniewem, ale ja w tym nie bede uczestniczyc... dlatego odchodze, jak sie uspokoisz możemy porozmawiać...


już bardzo długo, rok, dwa, może trzy czyli od ślubu uczę się tego, jestem w terapii pótora roku i muszę pochwalic się ze moje reakcje są o niebo dojrzalsze niż na początku..nie płaczę, nie wpadam w dołki z powodu agresji męza.
Kiedys byla to tragedia i byłam na skraju załamania nerwowego, pamietam moment, ze bałam się wyjśc od tak z domu, do sklepu na zakupy...
Teraz już wiem ze to zachwania przemocowe męza a ja miałam takie probemy z domu rodzinnego, choc na pozór wszystko byo tam ok, nie było alkoholu czy innych używek, ale krzyk, wystarczyło.

Wybrałam sobie takiego męza, który kontynuował to co się działo w moim domu rodzinnym. Ja swoja postawa bierno lękową, prowokowałam jeszcze do tego. Nie chcę tu szukać winnych.
Dużo się nauczylam i jestem odważniejsza...
Rozumiem skad maz ma taki schemat, problemem jest to o czym ciagle pisze...wybaczcie ze tak się powtarzam...ze nie pracuje nad tym.
Ja szkole się w dystansie i stawianiu granic.
Ostatnia granicą było odzielne spanie...śpimy w dwóch pokojach i bardzo dobrze mi to robi, czuję się spokojniej, wysypiam się.
Co do reszty to staram się być blisko męza, rozmawiać z nim, gotować, jeśc razem, spędzać czas wspólnie...ale już coraz mniej chętnie, mąż wie czemu, wyraźnie mu to powiedziałam.
Trochę jak przyjaciele, choc jestem ostrożna, nie otwieram się tak jak kiedys.
Uczę sie kochać siebie, szanować, dbać o siebie. Z mezem jestem blisko na ile potrafię i uznaję ze jest to też moje dobro.
Czekam na jego ruch, najwyraźniej nie ma jeszcze motywacji, mimo tego, ze widzę jak cierpii.

Ostatnie dni przezywam dużo smutku, taka żałoba, bo dochodzi do mnie na co się godzilam tyle czasu, na złe traktowanie, dokuczanie itp.
Ze jakos to wytrzymywalam, bylam z tego dumna ze jakos sobie radzę, widziałam jak to na męza wpływa...ze nieco się poprawił, nieco.
Byla euforia ze jest lepiej, ale to takie dołki i gorki, te dołki zaczęlam juz gorzej znosić, z trudnem( fajna literowka....tru...dnem....) sie podnoscić.
Jest mi wstyd, przed ludźmi którzy mnie znają...ze to widzieli, czasem cos mowili, czasem nie.
Ze akurat mnie to spotkalo, ze zawsze krytykowałam takie pary uzależnione, przemocowe....a tu proszę.

Tak jak mami pisze, mówienia stop można się nauczyć...ale codzienne, codzienne stawianie czoła agresji..to jest wyslilek, którego już nie umiem podejmować.
Nie da się, bez szkody dla wlasnego serca..ja tak czuje przynajmniej, ja nie umiem....tego znosić.
Wydawało mi się ze Pan prowadzi, prowadził...ale teraz dotarło do mnie, ze Pan Bog chce mojego szczescia i spokoju....nie chce bym cierpiała tak.
Ze te granice i tak byly za bardzo przesuniete...cieszylam się jak dziecko gdy troche udalo mi się wyegzekwować...teraz dotarlo do mnie...ze to i tak jest nie do zniesienia!!!
Byly przesuniete bo wciaz za mało wymagalam, myslalam ze nie zasluguje na wiecej. Na kwiaty, prezenty, mile słowa, dobre gesty.

Ze raz się uśmiechnął i zrobił herbatę czy obiad? Doceniam takie gesty mile...ale..
Czy na tym polega małżeństwo...a jak ma zly humor to wszystko jest nie takie, zupa słona, wazonik za bardzo w prawo czy w lewo..
A jak w pracy cos nie pójdzie do dokuczy mi gdy potrzeba wsparcia czasem?
Zalę się ale już nie daję rady.
Chce normalnosci, spokoju, dzielenia się swoim zyciem,dogadywania się między soba, tak by mąż był partnerem, głową rodziny, wiem ze nawet trudne sprawy, emocje można sobie obgadać, wyjaśnic sobie, ze z tego może wynikać dobro, zrozumienie, szacunek.
Jest mi smutno ze z innymi bliskimi osobami udaje się to a z tą najbliższą nie.

Ze normalna (hm), silna kobieta nie pozwoliłaby na takie traktowanie...ze to wszystko bylo za słabo....jak zona alkoholika ( maz ma takie ciagoty, ciezko mi ocenic teraz na ile jest uzalezniony od alkoholu) dawalam mu kolejna szanse i kolejną.
Z miłosci, nadziei, ze może cos się zmieni...z uzaleznienia tez na pewno, ze strachu przed samotnoscia.

Co z tego ze wiem ze to choroba agresji i mam dystans do tego kiedy po ciezkim dniu w pracy maz wraca i krzyczy, ma pretensje o wszystko....ja jestem tez po ciezkim dniu i mam dystns, swiadomosc, jakieś umiejetnosci, odgradzam się po raz kolejny od meza...mowie stop, jem odzielne, nazywam problem po imieniu, ale w sercu narasta smutek, chyba juz nie zlosc nawet)
Nie da sie tak na dluzsza mete....to jakbym codziennie mowila sobie ze nie zasluguje na lepsze traktowanie.....bo jakos to toleruję...

Nie chcę już tak życ, cos się załamało wreszcie, powiedzialam mezowi, ze nie ma powrotu do dawnego zycia...on czyna rozumiec ze jego zachowanie jest niewlasciwe...ale nie ma nadziei ani weny do zmiany.
Dla siebie i dla dobra męża, nie chce karmić jego zachowań....bo trwajac przy nim on nie ma motywacji do pracy nad sobą....jeszcze w miare mu wygodnie, choc oddzielne sypialnie i ogolnie niewesoło...to jeszcze jakos funkcjonuje, są lepsze dni.

Myślę o separacji, o odzielnym mieszkaniu. Jest mi bardzo smutno, ale widze ze już nie jestem w stanie tak żyć. Bezsilność.
Oddaje nasze malzenstwo Panu Bogu i wierzę, ze to co się dzieje ma sens.
Ze czemuś służy , na pewno uczy mnie, jak kochac i sznować siebie na przekór tego co mnie spotyka, jak wracac do Pana Boga jak tylko się oddalę nieco, jak przejść traumę z dzieciństwa i wreszcie ją uleczyć, jak zatrzymac te błędne koło, toczące się przez parę pokoleń.

Panowie, którzy mieli problem z przemoca...pisali tutaj na forum, ( cierpliwy o tym pisał kiedyś) zaczeli zmianę dopiero gdy mieli walizki spakowane już, żony ich nie wytrzymały.
Wielokrotnie zastanawialam się czy to u mnie dobre rozwiazanie.....Na dzien dzisiejszy jest mi to bliskie.
Dzieki jeśli przeczytaliscie i dziekuje za to Forum :)
nie tylko zakszacior Ty jestes gadułą ;)

[ Dodano: 2009-12-13, 00:01 ]
ewaa bardzo dziękuję

[ Dodano: 2009-12-13, 00:42 ]
i jakie to forum pomocne sama sobie znalazlam odpowiedź
Cytat:
Pamiętaj o NAWROTACH.
Bez przepracowania solidnego,bez stanięcia w prawdzie o sobie,bez rozpoznania i uświadmienia sobie konsekwencji "zdradzacz" ma ogromne sznse do nawrotu i rpliki zdrady za jakiś czas.
Jak z alkoholikiem,z nałogiem.Zero kontaktu i solidna praca.Bo za jakiś czas masz szansę przezywać to reeeeeeee

to napisal nalog do landis

mysle ze po takich atakach meza...czy rozmowach o rozwodzie....to SAMO...nawroty, wlasnie, mam ich dosyc...
 
     
Kasiek
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-13, 15:09   

Danka 9,
ściskam Cię ciepło.
Chyba coś w tym jest, bo jak od kilku dni też mam dołek, mnóstwo wątpliwości i znów zwątpienie w modlitwę. Ty zaś wątpisz, że to co robisz jest słuszne...
Zmieniasz siebie, ale nie wiesz jak na to zareaguje mąż, jakie kroki on poczyni żeby zmienić relacje w Waszym małżeństwie. 3 lata starań... u mnie rok krócej.... więc wiem jak to jest...
Separacja...
jak napisał Ks. M. Dziewiecki "bywają aż tak poważne sytuacje kryzysowe, że życie pod jednym dachem nie jest już możliwe"...
Raz się już wyprowadzałaś... ile to zmieniło?
Danusiu, pamiętaj, że moja rolą nie jest krytykowanie Twojego postępowania tylko wspieranie Cię w decyzjach jakie podejmiesz. Pozdrawiam serdecznie. Kasiek.
 
     
artuana
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-13, 15:23   

Ciekawa jestem ile jeszcze wytrzymasz, Danusiu?

Trochę podobna jest Twoja sytuacja do mojej (jeszcze przed zdradą).
Też tak trwałam, czekałam na cud przemiany, separowałam się psychicznie żeby nie cierpieć.... Myślałam, że to mój krzyż.
Bo było małżeństwo, przysięga, dzieci....,

Tylko, że Ty znasz przyczynę takich zachowań męża i Twoich, korzystasz z terapii i masz nadzieję.... jeszcze.
No i czytasz porady na forum - to dużo daje.
 
     
Danka 9
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-13, 15:39   

Kasiek, dziękuję za wsparcie

Mąż nie chce sobie pomóc, boli go fakt, ze chcę go zmieniać, choc widzi ze swoim zachowaniem rani mnie, przyznaje sie do tego, widzi ze ma problem ale pewnie boi sie zacząc....
tylko wobec mnie i swojej matki tak się zachowywał, rozmawilismy o tym
wobec kolegow, znajomych trzyma dystans i nie pozwala sobie na agresję
taka męska duma
wczoraj byl na imprezie, zdjął obrączkę
widze ze wszystko w nim buzuje...jest w potrzasku, bo dawne mechanizmy nie dzialaja
jedynym wyjsciem jest dla niego rozstanie....gdy bedzie sam nie bedzie z kim sie konfrontować :(
chcialabym zeby zmierzyl sie ze sobą...ale to moje chcenie tylko

i taka niedziela..staram sie zachowywac pogode Ducha ;-)
spokój, odpoczywam w samotnosci...w odzielnym pokoju
 
     
Anula1
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-13, 15:59   

Danusiu kochana. Napiszę coś, o czym już wiesz - nie masz wpływu na to, czy mąż zechce przemiany, czy nie. Prawda?
Stawianie granic - fajnie, ale jak widać oni nadal tych granic nie chcą uszanować. A my nie możemy już pozwalać na krzywdzenie nas...
Zdjęcie obrączki - też to znam - myślę, że robią to po to, aby nas jeszcze bardziej zranić.
Ściskam Cię.
 
     
mami
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-14, 11:58   

.....wobec kolegow, znajomych trzyma dystans i nie pozwala sobie na agresję
.


to oczywiste, nie ma poczucia bezpieczeństwa, więc nie pozwala sobie na więcej niż mógłby sobie poradzić z kolegami czy innymi osobami... przecież zalezy mu na własnym wizerunku dobrym, więc stosuje sie do otoczenia by być akceptowany w nim

w stosunku do zony i matki nie musi...tu czuje sie bezpiecznie...bo takie poczucie swoim zachowaniem juz u tej osoby wyrobiły, ale to poczucie bez szacunku do nich...
one w końcu wciąż wybaczają, bez względu na to co zrobi, czego nie powie, jak sie nie zachowa, ich serce pełne miłosci, opieki i wyrozumienia dla ludzkich błedów nie pozwoli mu na to by potrafiły patrzec jak synowi, mężowi dzieje sie krzywda, cierpi, beda go przed samym sabą chronic, póki sił im starczy i energii... byle tylko nie pozwolic zobaczyć mu sie tym kim jest...

bo na drodze stoi lęk... mój lęk... co ze mną będzie jak sie w końcu postawie i dojdzie do rozstania... na samą mysl o tym już uciekam od decyzji, co dopiero ją podjąć... dlatego wymyślam rózne przyczyny usprawiedliwienia siebie, i tej osoby, mówiąc w końcu są gorsi, on taki nie jest, na pewno w końcu zrozumi...
inaczej trudno by było sie pogodzic sama ze sobą, tak aby jest jakies wytłumaczenie swojego działania.... przeciez coś robie... przeciez nie moge bo to, to, to... mnie usprawiedliwia przed tym krokiem

a wszystko po to by ujarzmić swój lęk, i możliwie dla siebie samej usprawiedliwic brak działań sprawiających poprawe sytuacji...
i tak latami trwam w nadziei na poprawe... huśtawki emocji... a poprawy nie ma, bo i jak może dokonac sie poprawa kogoś, komu nie pozwalamy na to, kogo chronimy przed nim samym. komu nie pozwalamy na doświadczenie tego jak piszesz Danusiu..
...widze ze wszystko w nim buzuje...jest w potrzasku, bo dawne mechanizmy nie dzialaja
jedynym wyjsciem jest dla niego rozstanie....gdy bedzie sam nie bedzie z kim sie konfrontować :(
chcialabym zeby zmierzyl sie ze sobą...ale to moje chcenie tylko
...

bo ty sama jestes w takim zachowaniu wrogiem jego zmian, jak i kims kto swoim zachowaniem mu w tym przeszkadza...

jesli czyjes zachowanie jest dla nas stresujące, a ta osoba mimo naszych próśb, napomnień, mimo chęci pomocy w wyjaśnieniu tego, podsyłaniu pomocy czy jakichkolwiek innych działań w kierunku naprawy sytuacji nadal nie chce nic zrobic... to jaką ktoś może miec nadzieje na poprawe... tylko w modlitwie, iż dobry Bóg wysłucha modlitwy mojej...
co ja moge... moge pokonac swój lęk jak i w ten sposób pomóc tej osobie...
najgorszą rzeczą jest nie robienie nic...
bo robienie cokolwiek ale nie to co istotne,
jest robieniem wszystkiego byle nie tego co nalezy...
ale jest wtedy te usprawiedliwienie, przecież staram sie., przeciez ja wciąż coś robie w tym kierunku...
tyle, że nie to co druga strone by mogło opamiętac... bo w przeciwnym wypadku samej mnie by to dotknęło, a przed tym robie wszystko by sie uchronić... po drodze pomagam nieświadomie w dalszym trwaniu w swojej postawie tej drugiej osobie...

dlatego to takie trudne... stawianie granic... bo tycza mnie... mojego wewnętrznego oporu...
dzieje sie cos co mnie stresuje, krzywdzi, sprawia ból więc normalnie to powinnam sie przed czymś takim, kimś bronić stawiając opór, granice...
ale lęk co może mnie czekac jak sie postawie jest większy od cierpienia jakie ta osoba mi wyrządza... wiec godze sie na pogwałcenie tych granic... dziennie mocniej, dziennie ktoś posuwa sie dalej... bo brak granic jest jak dla dziecka brakiem bezpieczeństwa jak daleko sie moge posunąc, wiec sie posuwa coraz dalej i dalej taka osoba w przekraczaniu granic...
a to powoduje złość na brak szacunku, którą wywalamy na ta osobe... a przecież same jak tylko byśmy w końcu pokazali patrz tu jest granica...jak ją przekroczysz poniesiesz konsekwencje... i jesli do tego dochodzi nie cofam sie tylko konsekwentnie pokazuje swój opór...
inaczej ucze tylko iż moje gadanie jest zwykłym gderaniem... straszeniem bo w rzeczywistości i tak nic nie zrobie... lepiej juz w takim wypadku nic nie mówic... lepiej ustapic... niż pokazac drugiej osobie iż sama pozwalam na brak szacunku... bo to uczy ta osobe właśnie takiego traktowania jakie sama w stosunku do siebie stosujesz...
 
     
Danka 9
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-14, 22:25   

mami, dzieki za twoj głos
Cytat:
ale lęk co może mnie czekac jak sie postawie jest większy od cierpienia jakie ta osoba mi wyrządza

tak mi sie wydaje, ze tam mam...ale z drugiej strony w stawianiu granic została juz tylko separacja..
obawiam sie jej, bo juz pare razy probowalismy jej, powodowała, ze brakowalo nam siebie i wracalismy do siebie
błedem bylo z mojej strony nie postawienie warunkow konkretnych, godzilam sie na dalsze wspolne zycie...na starych awrunkach...bez obietnicy (konkretnego dzialania, terapii itp) ze strony męza.

Cytat:
naczej ucze tylko iż moje gadanie jest zwykłym gderaniem... straszeniem bo w rzeczywistości i tak nic nie zrobie... lepiej juz w takim wypadku nic nie mówic... lepiej ustapic... niż pokazac drugiej osobie iż sama pozwalam na brak szacunku... bo to uczy ta osobe właśnie takiego traktowania jakie sama w stosunku do siebie stosujesz...


mami wiesz, juz tak nie jest..to nieprawd ze nic nie robie, bo codzienie nazywam zachowanie meza i stawiam granize, nie godze sie na zło....jednak caly czas mialam nadzieje i dawalam mu szanse codziennnie na lepsze postepowanie
mialam nadzieje ze pokazujac dobra wole i wybaczajac dam mezowi akceptacje jego osoby...z postawieniem weta wobec czynow...
bywało lepiej....ale znow nawroty...za duzo tych szans i za slabe konsekwencje
teraz jest oddzielne spanie....mysle o separacji ( w sensie oddzielnego mieszkania)....ale wiadomo lęk....ale i tez obawiam sie ze nie bedzie mozliwosic wplywania na meza...choc moze przeceniam swoj wpływ ? ;)
 
     
nałóg
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-15, 08:28   

Danka???? a czy Ty czytałaś "Przebudzenie" Anthony de Mello?????

Pozwolę sobie na pewnego rodzaju analizę postu...............

Mam wrażenie ,że Ty jednak tkwisz -podświadomie chyba jednak- w tym co meża,siebie uzależniasz od męza,swoją wartość budujesz na mężu,swoje zachowania konfrontujesz na osobie męża.
Danusia................ a może Ty poszłabyś na kilka mityngów Al-anonu?????
 
     
Danka 9
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-15, 16:43   

nałogu, czytalam, wiele lat temu i bardzo mi się podobał

uzeleznienie od męza, bylo i jest pewnie nadal...mimo pracy wieloletniej..choc juz w mniejszym stopniu
duzo czytalam o tym, rozmawialam z wieloma osobami...i na terapii

wiesz, malzenstwo chcialabym budowac razem z mezem...i jak tu budowac gdy maz sabotuje

masz duzo racji z tym uzaleznieniem...tyle czasu myslalam ze przerobione?
 
     
nałóg
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-15, 18:34   

Danka............... to sugeruje powrót do De Mello i "Przebudzenia".Teraz,z obecnym stanem ducha,na obecnym stadium rozwoju duchowego.
Sadzę ,że obecnie inaczej spojrzysz,inaczej przeżyjesz 'Przebudzenie".
Może ono Ci pomoże się przebudzić??????
Danka???? a może 12 kroków na Skaryszewskiej?
 
     
agnicha
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-15, 22:00   

nałóg napisał/a:
Danka???? a może 12 kroków na Skaryszewskiej?


osobiście polecam :-D
 
     
Danka 9
[Usunięty]

Wysłany: 2009-12-16, 17:11   

dzięki, chyba sie wybiore..choc nieco boję sie Pragi wieczorem...

co do De Mello fascynowalam sie nim w czasie buntu i naporu :) a takze w czasie zainteresowan niestety new age...wiec kojarzy mi sie z tamtymi czasami
najbardziej oczywiscie wolnosc, niezaleznosc od miłosci i aprobaty innych, taka milosc absotulna mnie pociagnela w tych ksiazkach

wiesz, wiedza wiedzą....ale stare wyuczone schematy sa baardzo silne, to tak jak z innymi uzaleznieniami...tak mozg pracuje juz i go odmienic..to mozolna praca...stare jest wygodne, bezpieczne, znajome ;-) ale sprawia ze jestem nieszczesliwa

na pewno w grupie samopomocowej jest wiecej energii, ma sie wiecej sil...niz takie indywidualne rzeźbienie...
dziękuję jeszcze raz za wasze wsparcie nałóg i agnicha :-D
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,04 sekundy. Zapytań do SQL: 9