Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie, którzy chcą ratować
swoje sakramentalne małżeństwa, także po rozwodzie i gdy ich współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki
Portal  RSSRSS  BłogosławieństwaBłogosławieństwa  RekolekcjeRekolekcje  Ruch Wiernych SercRuch Wiernych Serc  12 kroków12 kroków  StowarzyszenieStowarzyszenie  KronikaKronika
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  NagraniaNagrania  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki

Poprzedni temat «» Następny temat
Długa historia mojej rozłąki.
Autor Wiadomość
Ademar
[Usunięty]

Wysłany: 2014-01-09, 01:06   Długa historia mojej rozłąki.

Witam Na wstępie chciałbym się przywitać. To mój pierwszy wpis tutaj.
Od dłuższego czasu czytam wasze forum i zastanawiałem się czy to,co tutaj tworzycie jest
w jakiś sposób bliskie temu co sam przeżywam.

Nie potrafię ocenić czy Sychar to coś dla mnie w tym przypadku.
Głównym powodem jest to że nigdy nie byłem małżonkiem.
Mimo wszystko ciągnie mnie tutaj i chciałbym w jakiś sposób zrozumieć/poznać
charyzmat tej wspólnoty.

Chciałbym też podzielić się moją historią mimo że jakaś część mnie zniechęca bo nie
jestem w związku sakramentalnym.




Więc zacznę .

Mam 26 lat i spędziłem ostatnie niemal 12 lat z jedną dziewczyną .

Związek w którym dorastałem i poznawałem życie razem z drugim człowiekiem.
Poznaliśmy się na oazie jako dzieci.
Ona jest osobą bardzo poranioną która od najmłodszych lat miała problemy emocjonalne.
Dom pełen alkoholu,walki o pieniądze i kobiet starszego brata

Jednak była inna.Dawała siebie całemu światu.Wręcz była naiwnie dobra.
Urzekło mnie to jaka jest dla zwierząt,dzieci czy osób niepełnosprawnych .Była wspaniała wolontariuszką i żyła Bogiem na co dzień.
Przez ten cały czas starałem się być dla niej wsparciem i sam starałem się walczyć ze swoimi problemami aby nie być dla niej ciężarem. (Mam skłonności do depresji)

Wiele przeżyliśmy i z wieloma sytuacjami musieliśmy sie mierzyć już w bardzo młodym wieku. Niestety w trakcie mojej edukacji oddaliłem się od Boga. Przez 5 lat byłem niemal Agnostykiem. Od roku staram się szukać Boga i przeżywałem z tego powodu wiele kryzysów. To nie łatwe szukać go naprawdę.

W trakcie jej studiów nasz związek zaczął przeżywać coraz to większe problemy.
Ambicje,przepracowanie i lęk o przyszłość wpędził ją w jeszcze większą chorobę .

W trakcie 2 ostatnich lat moja dziewczyna 2 razy wpadła w bardzo ciężkie stany psychotyczne co kończyło się prowokacjami/próbami S

Była też uwikłana w bardzo silny związek z jedną pania psycholog która zastępowała jej matkę.

Pani ta odradzała jej nasz związek gdy była w szpitalu .

Miałą w tym sporo racji ponieważ byłem kiedyś osobą bardzo podatną na wpływy i mojej dziewczynie udawało się mnie namowić raz do udziału w jej autoagresji. Miałem wtedy 17-18 lat.

To pozostawiło traumę na mnie i sprawiło poczucie winy na długi czas.Pani psycholog
była w naszym życiu długi czas a moja dziewczyna stawała się osobą coraz bardziej podatną na wpływy innych. Po obu pobytach w szpitalu na przestrzeni roku twierdziła że mnie nie kocha itd. Po czym sama zmieniała zdanie po kilku tygodniach .

Ostatnie 2 lata skutkowały zdiagnozowaniem jej jako osoby z bordeline.

Mimo to nie miała sporej większości symptomów tego zaburzenia. Byłem przy niej w jej chorobie . Większość epizodów przyżywaliśmy sami w domu jej rodziców . Przestaliśmy razem wychodzić. Potraciłem znajomych. Sam fakt że udawało mi sie ją wyciągnąć z depresji na kilka godzin lub dni był dla mnie sukcesem. Nie miałem innych celów. Do tego dochodziło lenistwo i braki w edukacji.


Przestaliśmy robić cokolwiek razem. W pewnym momencie bliskoś zanikła i jakiekolwiek zainteresowanie . Leki które brała obniżały libido i wszystko co z tym związane. W pewnym momencie co muszę przyznać moim jedynym celem było dowartościowanie się tym aby znów pragnęła bliskości ciepła, przytulenia. Ona traktowała to czysto i wyjątkowo subtelnie.Ale bardziej jak siostra niż dziewczyna.

Straciłem atrakcyjność we własnych oczach .Stałem się nudnym zaniedbanym człowiekiem bez pracy ,celów który żył tylko po to aby znów nie zrobiła sobie krzywdy. Aby się uśmiechnęła czy zobaczyła we mnie faceta a nie jakieś aseksualne coś.Cały wolny czas poświęciłem jej .

Zapomniałem o tym co nas łączyło dobrego.Poza walką o normalność nic innego nie było.
Ona powoli sama zaczęła walczyć. Wróciła do szkoły. Terapie. A ja byłem w cieniu. Odzyskiwała swoje życie. Ja nie umiałem. Ona się nim stała.

Modliłem się codziennie o nas ale to była pusta modlitwa. W końcu dzięki studiom zaczęła zwiedzać świat ,ładnie się ubierać i dbać o siebie i swoje pasje pomimo że 70% czasu była w dołku. Walczyła naprawdę dzielnie. A mi to pasowało. Cieszyłem sie że jest dobrze i nic nie robiłem ze sobą. To mi wystarczało. Widzieć jak wychodzi z otchłani tej choroby i zaczyna rozkwitać.


W końcu z miłej,empatycznej osoby kochającej innych i lubiącej pomagać zaczęła się znowu izolować. To wpłynęło też na mnie. Został mi tylko 1 przyjaciel. Reszta od nas odeszła. Wszystkie znajome jakie miała były tylko ze szpitali. I były to osoby bardzo zdeprawowane czasem. Przez nie spróbowała znowu ćpania i imprez po alkoholu i lekach (jeden tylko raz na szczęście)
Potem postanowiła się zmienić .Wyjechała na pół roczny wyjazd do szpitala do Krakowa aby leczyć swoja osobowość. W tym czasie nie mieliśmy kontaktu na żywo. Często rozmawialiśmy telefonicznie .


Pierwsze 3 miesiace były dobre.Skończyłem nową szkołę .Dużo pomagałem znajomym. Ona wydawała się być taka szczęśliwa gdy dzwoniła. Jednak potem okazało się że głownie na terapii omawiają nasz związek.
Zaczęła być zła na mnie że podporządkowuję np. godziny poszukiwanej pracy z jej powodu albo nie myślę o wyjeździe za granicę przez nią. Widać było że czuje się ciężarem. Że ona by nie zrezygnowała ze swoich marzeń dla mnie .Ciągle dopytywała czy mam pracę. Jak tu sobię radzę itd.

Byłem bardzo pewny siebie. Nie wierzyłem że dam radę bez niej chociaż 2 tygodnie a tutaj naprawdę sobie radziłem.

Poznałem siostrę kolegi i się zauroczyłem Miała tak samo na imie i bardzo przypominała moją partnerkę sprzed choroby.

Zaczęła się chora fascynacja i w dzień gdy mogłem odwiedzić moją dziewczynę pomagałem tamtej w czymś. Moja dawna miłość stała się dla mnie bardzo męcząca i nieatrakcyjna. Przez te 3 miesiące czułem że odpoczywam zamiast tęsknić. Po tym czasie powiedziałem najlepszemu koledze że jestem pewien że jej nie kocham już.

Szczerze byłem tego pewien. Jednak po pewnym czasie życie czy pan Bóg na wielu polach niszczył moją pychę. Odpuściłem z tą nową koleżanką bo czułem że ją skrzywdzę jeśli zacznę okazywać coś więcej.

Kilka osób się mną interesowało i dałem sobie spokój z tymi relacjami. Jednak w myślach fantazje pozostały.
Leczyłem się z tego 3 tygodnie.

Po tym czasie zdałem sobie sprawę że jednak kocham moją dziewczynę.
Jednak ona zadzwoniła i powiedziała że sama mnie odwiedzi i nie muszę już przyjeżdzać.

Była u nas w mieście 1 listopada. Była bliskość szczerość, przytulanie.

Jednak wieczorem powiedziałą mi że nie wie czy mnie kocha.

Kilka razy w życiu miała takie kryzysy zawsze po dłuższej rozłące.

Powiedziałą że nie może mi wyznać miłości ani jej zaprzeczyć.
Uznała że na razie nie będzie gestów skoro nie może się określić.

Następnego dnia jednak je okazywała. Spotkaliśmy się też z jej przyjaciółką
i wszystko było OK.Wyglądaliśmy na super parę.


3 dnia pobytu podczas rozmowy nagle przerwała i powiedziała że nie chce być z "frajerem" z kims kto zmarnował przez nia życie. Że aby ją kochac chyba sam muszę być zaburzony.

Ja bez przekonania zacząłem ją pytać czego oczekuje. Okazało się że chodzi o samodzielność i wspólne mieszkanie. Prawda bolesna ale mam 26 lat i mieszkam jeszcze z rodzicami. Nie miałem stałej pracy dłużej niż miesiąc.To we mnie siedziało i zdałem sobie sprawę że nie jestem dla niej materiałem na męża obecnie. I dla nikogo. Lata minęły a mi wystarczało tylko chodzenie za rączkę. Straszne ale tego nie widziałem wtedy w taki sposób.Nasze życia się zatrzymały na pewnym etapie 3-4 lata temu . Tylko ona ruszyła a ja nie.



Spytałem czy gesty które okazuje są szczere czy z grzeczności. Powiedziała że najbardziej szczere. Następnego dnia odwiozłem ja na peron bo wracała na terapie. Zaczęła wymieniać 5 miejsc w których zamieszkamy po czym uznała że jednak to nie ma sensu i związek i w ogóle. Przycisnąłem ją w rozmowie i wyznała że czuje się słaba ,niezaradna i udaje silną . I wśród obcych jest to łatwe a tutaj nie. Że nie widzi swojej przyszłości i nie chodzi tylko o mnie .

Minęło pół terapii i mięli mieć bardzo ważne podsumowanie którego się strasznie bała.

Pożegnaliśmy się i pojechała do tego Krakowa.

Naglę zaczęła często dzwonić i długo rozmawiać .Bardzo otwarcie. O lęku .O tym podsumowaniu . Doradzałem jej itd.
Zadzwoniła dzień po nim.
Lekarze uznali że nic nie zrobiła .Że żadnych poważnych decyzji życiowych ani działań nie widać

Załamała się kompletnie. Wyżaliła się mi.

Nie dzwoniła potem ponad tydzień. W końcu sam zadzwoniłem. Powiedziała że nie ma humoru i porozmawiamy jak wróci o czymś ważnym. Wymusiłem aby mi powiedziała o co chodzi. Powiedziała że od 3 miesiecy nic nie czuje i chce się rozstać w święta. Ta rozmowa odbyła się 18 listopada. Powiedziała że chce się usamodzielnić dorosnąć sama bez wciągania mnie i niszczenia nas swoją niepewnością. Powiedziałem że dam jej wolność ale chciałbym pożegnać się idąc razem do komunii . Zgodziła się pomimo naszych problemów z wiarą.


Napisał potem na facebooku że będzie w okolicy świąt to mi wszystko na żywo wyjaśni i powie.

Potem rozmawiała z naszą koleżanką wspólną i mówiła jej że to nie koniec tylko tak musi zrobić dla dobra terapii. Zarzekała się że to nie jest koniec itd .

Potem jednak innej naszej znajomej mówiła że już jesteśmy miesiąc po rozstaniu.

Jaj jednak ten etap traktuje jako separacje.

Nie odzywała się a ja w tym czasie rozpocząłem nowennę pompejańską w naszej intencji.

Po części błagalnej był okres świąteczny. Przyjechała do domu na święta.

Rozmawiała z naszą koleżanką przy okazji życzeń świątecznych i pytała dlaczego się nie odzywam ,nie interesuje. Odpowiedziała jej że dlatego że prosiła o wolność.

Po namowie koleżanki postanowiła do mnie zadzwonić. Nie mogłem odebrać.
Z tego co wiem po moim nieodebranym połączeniu zadzwoniła do tejże koleżanki i bardzo zła zwyzywała ją za to że nie chcemy jej dać spokoju i mieszamy się w życie.

Ja nie wiedząc nic o tym fakcie widząc połączenie odzwoniłem. Zapytałem o co chodzi. Okazało że chce mi złożyć życzenia.

Po miesiącu nie odzywania się ??? Wysłuchałem itd. Jednak potem wywiązała się rozmowa.
Powiedziała że nadal nie może określić swoich uczuć .Że jej jedynym celem jest teraz się usamodzielnić i walka aby nie wrócić w zaburzenia i choroby. Że nie chce na razie związku i podtrzymuje swoja decyzję. Jednak nie jest gotowa się spotkać ,zerwać w 4 oczy i więcej mi wyjaśnić. Że to dla niej za wcześnie.

Spytałem więc czy wraca z styczniu jednak do naszego miasta . Odpowiedziała że tak. Wyrwało mi się podczas rozmowy słowo "kochanie" Udała wkurzoną ale wyczuć sie dało że jest jej bardzo miło a zarazem przykro. Pod wspływem rozmowy jednak zaczęła mówić że jeśli o nas chodzi to nic jeszcze nie wiadomo .Że wszystko sie okaże w domu jak wróci i będzie normalnie żyć a nie w szpitalu.

I tak odbyła się nasza ostatnia rozmowa.

W czasie nowenny pompejańskiej znalazłem pracę,nowych znajomych itd. Co nigdy mi się nie udało wcześniej.
Potem jednak praca okazała się bardzo ciężka. 18 godzin fizycznie na dobę.

Pewna dziewczyna ,moja kierowniczka którą uznawałem za wyrafinowaną i płytką okazała się fantastyczną i ciepłą osobą. Ma podobny problem co ja. W jakiś sposób czuję że jest to szansa na dobrą przyjaźń.



Z drugiej jednak strony była też inna koleżanka tam . Był to początek części dziękczynnej mojej nowenny. Zafascynowała mnie ta koleżanka w ten mniej czysty sposób Gdy na imprezie pracowniczej chciałem jej o tym powiedzieć nagle wszystko prysło. Tego dnia impreza skończyła się bardzo źle. Przecholowałem z alkocholem i straciłem sporo znajomych z pracy . Zgubiłem też połowę wypłaty i placiłem za szkody spowodowane naszym stanem w taksówce. Nigdy w życiu się tak nie zachowałem ani nie upiłem. Nie rozumiem tego. Widzę jak zły uderza we wszystko teraz. Szef z pozoru bardzo miły podliczył mnie dzisiaj i wyszło mu 850zł za 300 godzin pracy.

Załamał mnie. Mamy rozmawiać jeszcze w poniedziałek.
W miedzy czasie moja dziewczyna rozmawiała telefonicznie z naszą znajomą. Uznała że nadal nie wie czy to miłość czy tylko przyzwyczajenie dlatego uważa że nigdy nie będziemy już razem.

Jest mi coraz trudniej i modlić się i żyć w ogóle. Znów zostałem z groszami i jednym tylko przyjacielem którego też w jakiś sposób tracę bo urodził mu się dzisiaj syn.

Jest naprawdę cieżko ale modlitwa uświadamia mi że naprawdę ją kocham. Mimo że ta miłość była przeze mnie źle pojmowana wczęsniej i źle robiłem wiele rzeczy .

Bardzo się o nią martwię. Ponoć odcieła się od wszystkich swoich bliższych znajomych i przyjaciół. Stała się bardzo narcystyczna i wyznaje zasady że przede wszystkim trzeba się skupić na sobie . Nie poznaje jej mimo że to tylko opowieści. Wraca 20 stycznia na stałe i bardzo boję się spotkania i tego co nas spotka.
Kogo spotkam?

Mimo że nie jesteśmy jak większość z was małżeństwem to bardzo proszę o modlitwę i dobre słowo ,radę jeśli można.

Jeśli to co dobre w niej zostało to bardzo bym chciał stworzyć z nią zdrową i wartościową rodzinę.

Dlatego jestem dzisiaj tutaj w nocy czytając wasze historie i dodając swoją
.Mam nadzieje że spotkamy się kiedyś w dziale świadectw .
Pozdrawiam i dziękuję za wyrozumiałość
 
 
MonikaMaria3
[Usunięty]

Wysłany: 2014-01-09, 18:03   

Nie jestem specjalistką, ani osoba, która daje sprawdzone rady, bo sama mam wiele zakretów w swoim życiu i gdyby nie pomoc wielu osób z forum, zwyczajnie nie dałabym rady. Więc to co piszę, to moje subiektywne uczucia po Twoim poście.
Mysle, że to dobrze, że Twoja dziewczyna zaczęła myslec o sobie. Tu chodzi o zdrowy egoizm. Niech wraca do zdrowia.
Jeżeli ta praca, w której jesteś Cię nie satysfakcjonuje, poszukaj innej. Jak w twoim rejonie z pracą? Za tyle godzin w pracy to mało. Tym bardziej na mężczyznę, który z Bożego założenia powinien utrzymac rodzinę. Myslę, że nie jest to czas na żale, tylko na poważne wzięcie się w garśc. Jesteś mężczyzną. Zachowuj się jak mężczyzna. Twoje przekleństwo, a może i wielka cnota, to to, że jesteś bardzo wrażliwą osobą. Ja chciałabym, by mój mąz był taki, ale z drugiej strony czasami dziekuję Bogu, że on stoi mocno obiema nogami na ziemi. Tylko, że często za mocno i ma wiele wad, ale jest facetem. Po prostu mężczyzną. Szkoda, ze nie takim jak Sw. Józef, ale z gorszym charakterem :-/
Ademar napisał/a:
Znów zostałem z groszami i jednym tylko przyjacielem którego też w jakiś sposób tracę bo urodził mu się dzisiaj syn.

No ja Cię proszę chłopie zlituj się. Tracisz kolege, bo mu się dziecko rodzi? Oj, oj, oj z Ciebie trochę dziecko jest. Przepraszam za ostre słowa, ale to dziwne podejście na faceta w powaznym wieku. Nie jesteś nastolatkiem. To normalne, że ludzie w Twoim wieku zakładają rodziny. Tak byc powinno.
Może po prostu zacznij od dobrej spowiedzi?

Ademar napisał/a:
Przecholowałem z alkocholem i straciłem sporo znajomych z pracy . Zgubiłem też połowę wypłaty i placiłem za szkody spowodowane naszym stanem w taksówce. Nigdy w życiu się tak nie zachowałem ani nie upiłem. Nie rozumiem tego. Widzę jak zły uderza we wszystko teraz.

Osobiście nie sądzę, by zły lał do kieliszka wódkę. Od tego ma Twoją głupotę ( nie obraź się, tu nie chodzi o złe posądzenie). Ludziom łatwiej zwalic na kogoś innego, na demona, czy nawet dywan na parkiecie niż przyznac, że sami odpowiadają za siebie. Byłam na wielu imprezach w pracy i choc mam ugruntowaną pozycje i w pracy czuję się jak w rodzinie , to zawsze uważałam że są pewne granice których nie przekroczę sama dla siebie. A wierz mi, że z moimi koleżankami z pracy nawet tańczenie na stołach jest mozliwe. na trzeźwo też :-P
 
 
Ademar
[Usunięty]

Wysłany: 2014-01-12, 02:44   

Dziękuję ci za twoją odpowiedź. Nie była ona dla mnie łatwa do refleksji a nawet negowałem co napisałaś. Ale po tych kilku dniach widzę problem w inny sposób. Faktycznie nie łatwo zmierzyć się z tym że samemu jest się za wszystko odpowiedzialnym. Także sytuacja z kolegą udowodniła mi że przyjaźń to nie tylko moje zachcianki ale też akceptacja drogi i obowiązków tego człowieka.

Po prostu ten okres w moim życiu bardzo pokazuje moją niedojrzałość i inne braki.
No cholernie boli bo zawsze starałem się zmieniać na lepsze.

Napisałaś pewne zdanie. "Zachowuj się jak mężczyzna"

Powiem ci coś. Może to głupie ale ja kompletnie nie wiem co to oznacza. Naprawdę nigdy nie miałem męskiego autorytetu ani sam sobie z tym nigdy nie poradziłem.

Stoję w miejscu i nie mam pojęcia jak to ruszyć. Jak odnaleźć tożsamość faceta a nie chłopaka.


Gdybym z tym sobie radził myślę że i na sychar bym trafił kiedy indziej bo dziewczyna nie musiała by się ewakuować z takiego związku.


Dzięki raz jeszcze za trudne ale uczciwe spojrzenie na mój problem. Pozdrawiam .
 
 
zenia1780
[Usunięty]

Wysłany: 2014-01-12, 08:54   

Ademar napisał/a:
Stoję w miejscu i nie mam pojęcia jak to ruszyć. Jak odnaleźć tożsamość faceta a nie chłopaka.


Ademar przeczytaj sobie DZIKIE SERCE oraz DROGE DZIKIEGO SERCA J Eldredge, myślę ze znajdziesz tam odpowiedzi.

Pozdrawiam :->
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 9