Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie, którzy chcą ratować
swoje sakramentalne małżeństwa, także po rozwodzie i gdy ich współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki
Portal  RSSRSS  BłogosławieństwaBłogosławieństwa  RekolekcjeRekolekcje  Ruch Wiernych SercRuch Wiernych Serc  12 kroków12 kroków  StowarzyszenieStowarzyszenie  KronikaKronika
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  NagraniaNagrania  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki

Poprzedni temat «» Następny temat
Ciag dalszy...świadectwo trochę inaczej...
Autor Wiadomość
aksamitka
[Usunięty]

Wysłany: 2015-03-23, 09:31   

Jeśli ktoś z każdym kolejnym razem pokazuje, że niczego go te doświadczenia nie nauczyły, że ufasz mu na własną odpowiedzialność, bo dla niego nierozerwalność małżeństwa nie ma żadnego znaczenia, bo w życiu nie można się męczyć....

Co gorsza, deklaracje z mojej strony, że dla mnie to ma znaczenie i do końca życia mam zamiar pozostać wierna swojej przysiędze powodują (takie mam wrażenie) upewnienie dla drugiej strony, że można się bawić do woli, bo druga strona i tak czeka, i jeśli tu znów nie wyjdzie, to jest do czego wracać. Mój mąż nieraz przytaczał mi przykład znajomych, którzy się rozwiedli, a później jednak do siebie wrócili. Takie przekonanie, że zawsze można wrócić.
To jest moim zdaniem wykorzystywanie naszej wiary i możliwości przebaczenia, bez wniosków, bez konsekwencji. Czy takie ciągłe przebaczanie nie spowoduje, że za kolejnym razem nasz organizm naprawdę odmówi posłuszeństwa? Ile człowiek jest w stanie znieść?

Dla mnie ta sytuacja jest dramatyczna. Nie widzę tu żadnych możliwości jej rozwiązania.
 
 
grzegorz_
[Usunięty]

Wysłany: 2015-03-23, 12:37   

aksamitka napisał/a:
Co gorsza, deklaracje z mojej strony, że dla mnie to ma znaczenie i do końca życia mam zamiar pozostać wierna swojej przysiędze powodują (takie mam wrażenie) upewnienie dla drugiej strony, że można się bawić do woli, bo druga strona i tak czeka, i jeśli tu znów nie wyjdzie, to jest do czego wracać.


Jęsli ktoś tak mówi "będę Ci wierna do śmierci" to czy można się dziwić, że druga osoba to wykorzystuje?
Wierna żona i przystań do której się wraca, gdy np kochanka pogoni....czego chcieć więcej.
 
 
Jacek-sychar
[Usunięty]

Wysłany: 2015-03-23, 12:43   

grzegorz_ napisał/a:
Wierna żona i przystań do której się wraca, gdy np kochanka pogoni....czego chcieć więcej.


Dla wiarołomnych małżonków może i tak.
Dla większości osób - to standard, że jest się wiernym i oczekuje wierności.

Chociaż zastanowiłem się, czy w obecnych czasach jest to jeszcze większość, czy już mniejszość. :-(
 
 
grzegorz_
[Usunięty]

Wysłany: 2015-03-23, 12:49   

Jacek-sychar napisał/a:
grzegorz_ napisał/a:
Wierna żona i przystań do której się wraca, gdy np kochanka pogoni....czego chcieć więcej.
Dla wiarołomnych małżonków może i tak.


Z takimi na forum mamy do czynienia.
W zdrowych związkach nikt deklaracji wiernosci nie składa, ponieważ jest to oczywiste
 
 
moc nadziei
[Usunięty]

Wysłany: 2015-03-23, 12:59   

grzegorz_ napisał/a:

Jęsli ktoś tak mówi "będę Ci wierna do śmierci" to czy można się dziwić, że druga osoba to wykorzystuje?


Kłopot w tym grzegorz, że jeśli decydujesz się na sakrament małżeństwa, i wchodzisz w to, i znajdujesz się w pewnym momencie życia przed ołtarzem i Tabernakulum, z drugim człowiekiem u boku, i księdzem z boku - no to Twoje usta wypowiadają dokładnie te słowa, w dodatku najpierw mówisz "PRZYSIĘGAM".

W przysiędze małżeńskiej nie ma żadnej gwiazdki. Żadnego nawiasu. Żadnego dopisku małym druczkiem. NIC poza jej bardzo trudną treścią.

Co się potem zrobi z tymi własnymi słowami, z własną przysięgą - każdy decyduje sam. Jedni od razu ją łamią i poświęcają w imię nowego szczęścia. Inni nie chcą słyszeć o tym, że tam nie było gwiazdki i przypisu dotyczącego zdrady i przemocy. "Niemożliwe, na pewno była, a jak nie to trzeba dopisać, przynajmniej ja do swojej dopisuję!".
Inni znajdują usprawiedliwienie: obruszają, jak to można się odnosić do swojej decyzji sprzed np. 20 lat, gdy w dodatku jeszcze było się wtedy zakochanym, no to niepoważne.. Inni tę przysięgę naruszają, a potem reflektują się i próbują odbudować. Inni decydują się od razu trwać przy niej jak skała, to dla nich oczywiste. Część z nich jeszcze zmieni zdanie...
Wszyscy z nich - każdy z nas - jest z tym sam. Sam wobec Boga.

Co zrobimy - takie poniesiemy konsekwencje. Ale zawsze pierwotnym odniesieniem jest ta najtrudniejsza przysięga, którą każdy z nas złożył, i to dobrowolnie.....
A ona właśnie brzmiała: Ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską do końca życia.
Nie inaczej, właśnie tak.


---
Rozmawiałam ostatnio z osobą uważającą się za "chrześcijankę ale nie katoliczkę", chociaż ochrzczoną i wychowaną w wierze KK. Powiedziała: Tak, przysięga małżeńska jest bardzo trudna tak naprawdę, nie do spełnienia. Dlatego ja jeśli znajdę męża, to chyba wezmę ślub gdzieś we Francji czy po prostu za granicą. Słyszałam, że tam treść przysięgi jest jakaś inna, taka łatwiejsza. To chyba tylko u nas jest takie przywiązanie do tradycji".
:roll:
 
 
Jacek-sychar
[Usunięty]

Wysłany: 2015-03-23, 13:00   

grzegorz_ napisał/a:
Z takimi na forum mamy do czynienia.


Mam nadzieję Grzegorzu, że masz na myśli tych, o których tutaj najczęściej piszemy a nie tych, którzy tutaj piszą. :mrgreen:
 
 
grzegorz_
[Usunięty]

Wysłany: 2015-03-23, 13:13   

Jacek
Mam na myśli tych wszystkich mężów, którym żony przebaczają n-razy bo sakrament, ale często
bądźmy szczerzy pobudki są znacznie bardziej przyziemne, np finanse.

Moc Nadziei
Jaz zwykle zapodajesz idealistyczne podejście religijne. Na dodatek zakładające, że wszyscy są tacy religijnie oświeceni, także Ci wiarołomni mężowie.
Ja natomiast chodzę bardziej po ziemi niż bujam w chmurach, albo jak kto woli w niebie.
Mąż zdradza raz, drugi, wraca i nic....może co najwyżej trochę cichych dni, ale widzi, że żona i tak szcześliwa że raczył łaskawie wrócić.
Potem spotyka kolejną panienkę i kalkuluje....w sumie co mi zależy. Może to będzie TA jedyna, a jak nie...to wrócę sobie pod ciepłą kołderkę żony.
 
 
aksamitka
[Usunięty]

Wysłany: 2015-03-23, 13:59   

I oto mi właśnie chodzi. W imię źle pojmowanej przeze mnie miłości, sama dawałam mężowi przyzwolenie na takie a nie inne zachowanie.

Nie jestem nikim, zasługuję na to, żeby być kochaną i szanowaną. Niestety deklaracje w stosunku do małżonka, który opuszcza, pt. tęsknię, dla mnie ta przysięga obowiązuje aż do śmierci itd. wywołuje skutek zupełnie odwrotny od zamierzonego. Dokładnie tak, jak panowie mówią.

A żebranie o miłość jest po prostu poniżające. Można walczyć o małżeństwo, ale nie można przy tym stracić godności. A ja to właśnie robiłam, swoimi głupimi i naiwnymi deklaracjami miłości. Zawsze miałam w głowie, że skoro dzwoni, to się martwi, bo co prawda nie mieszka ze mną, ale nie chce być moim wrogiem. O naiwności i głupoto moja! Nasze pojmowanie miłości bliźniego wykorzystywane jest w takich sytuacjach na milion sposobów. Przykre to, ale niestety prawdziwie.

Nawet ks. Dziewiecki w jednym z kazań powiedział, że ostatnią rzeczą jaką możemy okazać osobie, która nas opuściła jest nasz ból czy tęsknota, gdyż to staje się tylko pożywką, która ich umacnia. I to jest szczera prawda.

Szkoda, że dopiero po czasie widzę, jak własna głupota i niewiedza przyczyniły się do takiego stanu rzeczy. Jak mężczyzna ma szanować kobietę, kiedy ona sama nie szanuje siebie???
 
 
Metanoja1
[Usunięty]

Wysłany: 2015-03-23, 14:52   

Niekiedy niezwykle trudno jest postawić jakieś rozsądne granice mieszkając wspólnie. Ja bym powiedziała, że to wręcz niemożliwe. No bo jakie postawisz? Mąż mówi, że Cię nie kocha, upadla Cię, poniża, wykorzystuje Twoją wierność, miłość, a kobieta dalej pod jednym dachem to znosi. O utratę własnej godności wówczas nietrudno. Jak egzekwować szacunek? Nie da się. I dlatego jest coś, co się nazywa separacja. Uważam, że to jedyne rozwiązanie i czasem jedyny sposób postawić konkretną i właściwą granicę.
 
 
aksamitka
[Usunięty]

Wysłany: 2015-03-23, 20:25   

Ponieważ jeszcze całkiem niedawno byliśmy z mężem w trakcie adopcji postanowiłam sobie, że kiedy już ochłonę i dojdę do siebie zaadoptuję dziecko jako osoba samotna. Byłabym samotną matką. Takie sytuacje są dopuszczalne. Jest tylko jedno ale. Skoro wcześniej byłam w związku małżeńskim to teraz do takiej adopcji muszę być po rozwodzie.

Coraz częściej zastanawiam się jakie plany ma Pan Bóg na to moje życie. Czy naprawdę pisana mi jest samotność? Czy tylko tak mogę wypełniać Jego wolę? Póki co muszę cierpliwie czekać, bo na razie nic nie rozumiem. Moje pomysły na życie też na chwilę obecną są nie do zrealizowania.
 
 
lena
[Usunięty]

Wysłany: 2015-03-23, 22:48   

Cytat:
Czy cały czas walczycie z tym samym zapałem i wiarą? Nie korciło Was nigdy chociażby sprawdzenie ważności małżeństwa.

Aksamitko...."korciło"....to chyba złe słowo,ale tak...miałam takie myśli.
Myślałam,mówiłam również o separacji i rozwodzie.
Mówiłam..... nienawidze,niech Cie szlag...mam dość,nie chce....to koniec.
Zebrałam dowody,popytałam tu i tam,nawet pozew o separację zaczęłam pisać....
i na tym sie skończyło.

Minał pierwszy szok,ucichły emocje i wkroczył Bóg...w końcu sama Go o to prosiłam.
Nie ...nie prosiłam napraw mi męża,błagałam....pomóz mi,podpowiedz,wskaz mi drogę.....
Dalej już znacie.

Na pytanie,czy cały czas "walczyłam" z takim samym zapałem i wiarą?....odpowiem...
Z perspektywy czasu wydaje mi sie,że ja chyba nie "walczyłam",ja robiłam swoje,z wiarą w Boga oczywiście,w małżeństwo niekoniecznie.
Zapał raz był,raz nie i wydaje mi sie ,że w takiej sytuacji to chyba normalne.

Co do zbadania ważności małżeństwa....
Aksamitko...jeśli masz watpliwości,masz i taką możliwość daną prze Kościół... i... nikomu nic do tego.
Ważne aby to działanie było szczere,zgodne z własnym sumieniem,przemyślane i przemodlone.

Cytat:
Podczytuję Was. Odnośnie zaufania też się nad tym wielokrotnie zastanawiam. Doszłam do wniosku, że zaufania nigdy już nie będzie raz straconego.

Metanoja....zaufanie naprawdę bardzo trudno odbudować,to długi proces podobnie jak wybaczenie,chociaż......moim zdaniem znacznie trudniejszy do zrealizowania.
Jak wybaczenie to nasza decyzja i zależy tylko od nas,tak zaufanie w dużej mierze zalezy od drugiej osoby i........ od naszych oczekiwań,ktore czasem niestety bywają wygórowane.
Uważam,że bezgraniczne ufanie komuś,kto przez lata okłamywał,zawodził,krzywdził,naprawiał się ,obiecywał i znowu zawodził,naprawiał i tak w kołko.....jest bezpodstawne,bezsensowne,naiwne i krzywdzące.
Dlatego nie ufałam i nie ufam....mam jedynie nadzieję.
Czy brak zaufania przeszkadza mi w miłosci?....NIE.
Dla niektórych dziwne.....dla mnie kiedyś również takie było.
----------------------------
Cytat:
Mam na myśli tych wszystkich mężów, którym żony przebaczają n-razy bo sakrament, ale często
bądźmy szczerzy pobudki są znacznie bardziej przyziemne, np finanse.

Grzesiu......mam wrażenie,że nie wiesz czym jest przebaczenie.
Przebaczenie nie ma nic wspólnego z sakramentem,bo gdyby miało to w takim razie po co przebaczać np rodzicom,przyjacielowi,sasiadowi.....itp.
Nie łączy nas przeciez sakrament z tymi ludźmi?

Cytat:
I oto mi właśnie chodzi. W imię źle pojmowanej przeze mnie miłości, sama dawałam mężowi przyzwolenie na takie a nie inne zachowanie.

...i czyj to problem Aksamitko?
Nie tylko Twoj mąz zmiany wymaga,ale również TY!

Cytat:
Nie jestem nikim, zasługuję na to, żeby być kochaną i szanowaną. Niestety deklaracje w stosunku do małżonka, który opuszcza, pt. tęsknię, dla mnie ta przysięga obowiązuje aż do śmierci itd. wywołuje skutek zupełnie odwrotny od zamierzonego. Dokładnie tak, jak panowie mówią.

...i racje panowie mają.

Aksamitko,czy Ty korzystałas z jakiejkolwiek terapii???
Jesli nie,to moze czas zacząć!
 
 
Metanoja1
[Usunięty]

Wysłany: 2015-03-24, 15:02   

Leno, to my podobne jesteśmy, bo ja się wiele razy zastanawiałam, gdyby się okazało, że jest możliwe do siebie wrócić, co z tym zaufaniem. I wiem, że w moim przypadku to nawet nie mam co myśleć o tym, by odbudowywać zaufanie. Nie będzie z mojej strony zaufania nigdy więcej. Dzięki za potwierdzenie, że da się żyć w postawie "kocham, choć nie ufam". Również myślałam o "nadziei" zamiast zaufaniu :-) Ja mam taką postawę, że jeśli ktoś zawiódł, to nie ma co on wymagać i oczekiwać, by mu się zaufało ponownie, to tupet wręcz na to liczyć w ogóle, pycha. Gdyby Pan Bóg chciał nasze drogi połączyć to również nie oczekiwałabym zaufania mi ze strony męża (on też mi nie ufa - bo go nagrywałam dyktafonem :-| , ale musiałam mieć dowody). I tak sobie poukładałam w głowie problem z zaufaniem, który mnie zawsze męczył, że nawet terapeuci nie wiedzieli, jak tu pomóc. Miłość daje wolność również i w tym - ufasz to ufasz, nie ufasz, to nie ufasz. Brak zaufania to konsekwencja grzechów, złego postępowania, uszczerbek w relacji, który trzeba znosić.
 
 
lena
[Usunięty]

Wysłany: 2015-03-25, 23:16   

Dokładnie....
Kocham mimo wszystko....mimo krzywdy,mimo braku zaufania...tego właśnie nauczyłam sie tutaj na forum.
Kocham,ale krzywdzić się nie dam.....
 
 
Bety
[Usunięty]

Wysłany: 2015-03-26, 09:03   

aksamitka napisał/a:
Jeśli ktoś z każdym kolejnym razem pokazuje, że niczego go te doświadczenia nie nauczyły, że ufasz mu na własną odpowiedzialność, bo dla niego nierozerwalność małżeństwa nie ma żadnego znaczenia, bo w życiu nie można się męczyć....

Co gorsza, deklaracje z mojej strony, że dla mnie to ma znaczenie i do końca życia mam zamiar pozostać wierna swojej przysiędze powodują (takie mam wrażenie) upewnienie dla drugiej strony, że można się bawić do woli, bo druga strona i tak czeka, i jeśli tu znów nie wyjdzie, to jest do czego wracać. Mój mąż nieraz przytaczał mi przykład znajomych, którzy się rozwiedli, a później jednak do siebie wrócili. Takie przekonanie, że zawsze można wrócić.
To jest moim zdaniem wykorzystywanie naszej wiary i możliwości przebaczenia, bez wniosków, bez konsekwencji. Czy takie ciągłe przebaczanie nie spowoduje, że za kolejnym razem nasz organizm naprawdę odmówi posłuszeństwa? Ile człowiek jest w stanie znieść?

Dla mnie ta sytuacja jest dramatyczna. Nie widzę tu żadnych możliwości jej rozwiązania.


miałam podobne dylematy

tylko, że tutaj nie chodzi własnie o to, że mąż może wrócić kiedy chce, jak chce i na swoich/ straych warunkach.
Tutaj chodzi o postawę: kocham Cię, dla mnie jesteś ważny, ale w takiej postaci, jak teraz funkconujesz nie możemy być razem, ponieważ to godzi w twoją godność i moją. Dopóki nie zdecydujesz się pracowac nad sobą i zmieniac swojego zachowania nie możemy byc razem. To jest właśnie ta forma "separacji" dopuszczona przez Kościół.
Ja tak przedstawiłam sprawę mojemu mężowi.
Cały czas utrzymuje, że będę go wspierać w dobrym, sama też pracuje nad sobą, ale krzywdzic się już nie pozwolę. To jest zmiana, która dokonała się u mnie w sposobie myslenia.
Gdybym pozowliła na powrót męża na starych zasadach wrócilibysmy do "starych" zachowań i nic by sie nie zmieniło. Żeby zacząć żyć na nowo, najpierw samemu trzeba to "nowe" odkryć,i sie nauczyc zyć po nowemu. Potem jest szansa na małzonka.
Odchodził i wracał, a gdy ostatnim razem nie pozwoliłam na powrót żalił się, że jestem zła bo go wyrzuciłam z domu.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,07 sekundy. Zapytań do SQL: 8