Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie, którzy chcą ratować
swoje sakramentalne małżeństwa, także po rozwodzie i gdy ich współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki
Portal  RSSRSS  BłogosławieństwaBłogosławieństwa  RekolekcjeRekolekcje  Ruch Wiernych SercRuch Wiernych Serc  12 kroków12 kroków  StowarzyszenieStowarzyszenie  KronikaKronika
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  NagraniaNagrania  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki

Poprzedni temat «» Następny temat
Kryzys - wiem, i co dalej?
Autor Wiadomość
tiliana
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-22, 08:46   

Piotr, a nie da się przerzucić funkcji pionu decyzyjnego na ciebie? Owszem, teściowa próbuje wywierać wpływ, ale to nie znaczy, że ty musisz temu ulegać!

Może warto wyznaczyć granice, których nie pozwolisz teściowej przekraczać? OCzywiscie, granice te będą musiały dotyczyć tylko ciebie, bo twojej żonie wpływ teściowej pewnie nie przeszkadza... ale może to być już jakiś początek.


Zmartwię was trochę, ciebie, Piotrze, i ciebie, KE - rzeczywistość jest taka, że wasi współmałżonkowie mogą nigdy do wspólnej terapii nie dojrzeć. Nie musi tak być. Ale może. I dobrze o tym wiedzieć, mieć świadomość. Dlatego nie czekajcie biernie na ten cud przebudzenia, który może nigdy nie nastąpić - pracę trzeba i można zacząć samemu, już, tu i teraz.

Rozumiem, KE, dlaczego wolałabyś terapię z mężem. Sama miałam podobnie. W którymś momencie czułam nawet, że jeżeli bym poszła sama, to tak troche, jakby on mnie nie obchodził, jakbym zostawiała go samego gdzieś z tyłu na drodze bez pomocy, jak on nie może iść. No, ale prawda jest taka, że nie da sie ciągle ciągnąć za nogi czy za włosy człowieka tam, gdzie on nie chce iść. Bo nie dość, ze ciągnięcie jest mało efektywne, to jeszcze jak tylko puścisz na chwilę, to on wróci do punktu wyjścia. Marnowanie czasu i sił... a jak pójdziesz dalej sama... kto wie, może się jeszcze przydarzy okazja, zeby wrócić po niego....
 
 
grzegorz_
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-22, 08:51   

Lawendowa

Może dla Ciebie rodzina wielopokoleniowa to ideał, ale czasy się zmieniły.
Poza tym zauważ to, że w wielu kulturach rodzina wielopokoleniowa oznacza to, że kobieta idzie do rodziny męża (mieszka z teściową), czy chciałabyś takiej rodziny wielopokoleniowej?

Poza tym w sytuacji Piotra (i wielu podobnych) nie samo mieszkanie razem jest największym problemem, ale
emocjonalne uzależnienie żony od matki.
Jakby nie patrzeć mąż powinien byc w hierarchii ważniejszy niz rodzice, prawda?
Jeśli chce się żyć z rodzicami w takich bliskich relacjach jak w dzieciństwie to po co wychodzić
za mąż?
 
 
KE
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-22, 10:03   

@Grzegorz- fakt nie wyczułam ironii, może dlatego , iż moi rodzice mają już ponad 70 lat czyli perspektywa 80+ nie jest taka odległa ;) Bardziej chodziło mi o to, o czym pisze tiliana, czyli pozostanie w domu i podjęcie "walki" o kawałek prywatności, niezależności w tym swoistym trójkącie. Oczywiście jest to baaardzo niesprawiedliwa sytuacja bo Piotr musi przekonać do terapii w zasadzie nie jedną ale dwie kobiety w swoim życiu. Przy czym obie mają opory przed terapią, a teściowa z wiekiem będzie coraz bardziej zatwardziała, wiadomo jak to ludzie starsi są uparci jak dzieci, a może i gorzej. Jeśli natomiast teściowa jest w "sile wieku" to warto spróbować. Co do oporów, to tak sobie myślę, że pewne osoby wolą chować wszystko pod dywan, lepiej udawać, że nic się nie dzieje, a już mówienie o swoich "sekretach" ,o swoich problemach obcemu człowiekowi to rzecz nie do przyjęcia. Taka dulszczyzna, nie obrażając oczywiście nikogo, bo to pewnie kwestia i charakteru i wychowania. Tak jest chyba również w przypadku mojego męża :-(


@Piotr - U nas też z komunikacja jest kiepsko, bo oboje jesteśmy uparci i za wszelką cenę dążymy do tego by "mieć rację". Każda rozmowa , na każdy temat kończy się sporem, który przeradza się w końcu w konflikt. Ja uważam podobnie do Ciebie- ktoś obiektywny jest niezbędny przy rozmowie o emocjach, by w porę mógł zastopować obie strony zanim powiedzą o jedno słowo za dużo. Co do terapii ,to tak jak napisałam powyżej ponieważ mój mąż nie chce mówić o problemach komuś obcemu , a za takiego uważa terapeutę , to moja indywidualna terapia byłaby dla niego wyciąganiem brudów, obgadywaniem nas, wywnętrzaniem się przed obcym człowiekiem. Jestem pewna, że miałby mi to za złe. Czyli stoję przed murem i walę o niego głową, bo nie widzę żadnego rozwiązania :-(


@ tiliana- dokładnie tak jak mówisz, męża nie mogę zmusić i Piotr też nie może zmusić swojej żony , a sama nie mogę podjąć terapii bo jestem pewna ,że mąż potraktowałby to jak swoistą "zdradę". Powiedział wprost, że nie wyobraża sobie naszego opowiadania obcej osobie o naszych problemach. Zdarzają się wyjątki jak Piotr, ale chyba większość facetów reaguje podobnie na propozycję pomocy terapeuty może dlatego, że trzeba odkryć swoje słabości, przyznać się do błędów, grzebać w swojej przeszłości, mówić o emocjach. Oczywiście jest to generalizowanie bo jak widać i kobiety takie się zdarzają.

@ lawendowa - myślę ,że nie ma co "atakować" Piotra bo na początku związku na pewno wszyscy chcieli dobrze, chcieli zaoszczędzić pieniądze, myśleli, że tak będzie najlepiej i najwygodniej dla wszystkich itd. Wyobrażali sobie, że będzie dobrze ,a życie to zweryfikowało. Co do kuchni natomiast to fakt, tam gdzie kuchnia tam serce domu- chyba warto pomyśleć o zorganizowaniu własnej kuchni ......
 
 
tiliana
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-22, 11:06   

KE, mój mąż podobnie myślał i podobnie mówił, jak zaczęłam przebąkiwać o własnej terapii. Teraz jeździ razem ze mną. Nie oglądaj się w tej kwestii na męża - tu chodzi o CIEBIE. Masz na terapii SWOJE problemy rozwiązywać.

Mój mąż panikował. Bał się, że ktoś mi powie, ze mam go zostawić. Wstydził się, więc bał się wywlekania brudów na zewnątrz. Bał się też, ze straci kontrolę nade mną i nad tym, co sie ze mną dzieje.

Ale w domu działo sie coraz gorzej i ja sie czułam coraz gorzej... i skończyło się dużo gorzej, niż jakbym poszła na tę terapię. Serio, nie oglądaj sie na męża... i nie czekaj, aż będzie dużo gorzej... Bo wtedy to dopiero będziesz miała problemy do rozwiązywania :P
 
 
lustro
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-22, 12:20   

Witaj Piotr

Czytam Ciebie i mam dejavu :mrgreen:

Ja to powtarzam często na tym forum - mamy to, na co się godzimy.
Wiec do kogo pretensje?
Zgodziłeś sie na taki stan rzeczy dawno temu i masz tego efekty.
Chodzisz na terapię, mówisz, że sporo już w sobie dojrzałeś...wiec pewnie juz wiesz, że spora część "zasług" leży po Twojej stronie.

Ja mieszkam z moją mamą od wielu lat. Po upływie roku od ślubu kupiliśmy z nią wspólnie dom i mieszkamy razem.
Moja mama to typ wodza. Taka po prostu jest. A ponieważ jest mądrą osobą, to często nie sposób nie uznać jej racji.
Co nie zmienia poczucia dyskomfortu współmieszkańców.
Podczas kryzysu moja mama stanęła po stronie mojego męża. Wiec jednak czasem rodzicie nie są tylko po stronie swoich dzieci.
Teraz, po kryzysie, mieszka z nami też moja teściowa. Ta to dopiero potrafi pokazać :mrgreen:
Wcześniej jeszcze mieszkała z nami babcia, która zmarła...
Wiem ile trudu kosztuje taki układ.
Ale wiem też ile zawdzięczamy babciom. Ile my, ile nasze dzieci...

To bywa trudne, ale nie przesadzajmy. Da się z tym żyć.
Tylko trzeba chcieć.

Piotr
ja mam wrażenie, że Ty oczekujesz zmiany otoczenia.
Przezywasz frustracje, bo nie potrafisz otoczenia zmienić, a ono samo nie widzi powodu do zmian.
Podobno czytasz to forum od jakiegoś czasu...i nie wiesz, że zmienić mozemy tylko siebie?

Zmień podejście do sprawy.
Zastanów się, na ile możesz wywalczyć autonomii dla swojego małżeństwa nie raniąc za bardzo innych.
Postaw rozsądne granice i staraj się je egzekwować.
Ale nie oczekuj od żony, że stanie się inna niż jest tylko dlatego, że Ty czujesz dyskomfort.

Kiedy myslisz, że nic sie nie da zmienić
zmień myslenie
To naprawdę w Tobie musi dokonać się zmiana.
No...chyba, że chcesz rozwalić wszystko w proch i próbowac budować na zgliszczach.
Ale to moze się nie udać.

Nie masz racji grzegorz wyśmiewając wielopokoleniowe rodziny.
A jak byś się czasem zainteresował, to byś wiedział, że Europa powraca do tego modelu jako najlepszego dla dzieci, dziadków, rodziców...dla społeczeństwa.

Fakt - to wymaga wiele dobrej woli wszystkich.
Potrafi być mocno uciążliwe momentami.
Ale i tak bilans zysków i strat jest na plus zysków.
Choćby tylko samo to, że nasze dzieci rosną w domu, w którym opieka nad dziadkami i oczywistość wspólnego mieszkania, jest naturalne.
A to już zbieranie punktów dla rodziców, którzy młodsi już nigdy nie będą i kiedyś też będą potrzebować opieki i pomocy bliskich.
 
 
grzegorz_
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-22, 12:36   

Lustro

"Każda sroczka swój ogonek chwali"....
Nie wyśmiewam wielopokoleniowych rodzin tylko mówię, że taki układ w większości (znam pozytywne przykłady) jest niezdrowy dla małżeństwa.
Są osoby które lubią żyć "na kupie", ale... zdrowym układem jest że mąż żona i dzieci tworzą
niezależny, intymny układ.
Rodziców, dziadków można odwiedzać, można sie o nich troszczyć, można im zostawaić wnuki ( o ile chcą) do tego nie jest potrzebne życie w tym samym mieszkaniu.

Ps. nie wiem gdzie w Europie się wraca do rodzin wielopokoleniowych ?
Nic o tym nie słyszałem. Chyba, że masz zna myśli emigrantów, którzy dopiero co przybyli z Bliskiego Wschodu lub Afryki i jeszcze nie nabrali naszych zwyczajów.

A co do Piotra...
Zgodził się na to, że będzie mieszkał z teściową (pewnie mało świadomie zresztą), ale zapewne
nie godził się na to, że będzie to oznaczało uzależnienie żony od matki i wtracanie się teściowej do ich spraw
 
 
Piotr41
[Usunięty]

Wysłany: 2016-06-24, 20:29   

[quote="lustro"]Witaj Piotr

Czytam Ciebie i mam dejavu :mrgreen:

Ja to powtarzam często na tym forum - mamy to, na co się godzimy.
Wiec do kogo pretensje?
Zgodziłeś sie na taki stan rzeczy dawno temu i masz tego efekty.
Chodzisz na terapię, mówisz, że sporo już w sobie dojrzałeś...wiec pewnie juz wiesz, że spora część "zasług" leży po Twojej stronie.


Tak, zgadzam się i wiem o tym. Brak sprzeciwu i bierna zgoda to moje przewinienia.

@ Lawendowa:
o planach to bardziej decydowali nasi rodzice a nie my, nie mieliśmy raczej szansy autonomicznie zadecydować o nas samych (tak dzis to widzę, że walczyli poprzez nas nasi rodzice o plany).

Braku akceptacji nie zauważyłem aby był wyrażony bezpośrednio. Pośrednio - pewnie tak, właśnie kiedy nie zaakceptowali decyzji że wyjeżdżamy czy wiadomości o ciąży, tak jakby to miała być trochę ich decyzja. Nie zareagowałem wówczas odpowiednio i to się na mnie mści.

Kuchnia nawet miała być pierwotnie, ale powstał tam pokój dziecka. Przyznam że nawet nie pamiętam czyj pomysł to był... jednak mojej żonie nie przeszkadzało bieganie góra dół.

Odnośnie takich stwierdzeń o opiece to wydaje mi się (może się mylę) że jest naturalnym, w normalnym domu gdzie wszystko gra, że dzieci przejmują w pewnym momencie opiekę nad rodzicem/rodzicami. Ale czy człowiek w pełni sił, sprawny może sobie taką opiekę już zapewnić kiedy jeszcze może zająć się sobą?
Otóż moja obserwacja jest właśnie taka, że jest to forma związania. Moja teściowa jest osobą w centrum od 15 lat, a jak popatrzę na filmy z dawniej to jeszcze wcześniej też. Sama z domu nie wyjdzie do sklepu, a wyjeździe do miasta czy na wakacje nie wspomnę. Znajomych nie ma żadnych i zajęć też. Nie o to chodzi że ją źle oceniam, ale widzę że jest osobą która mimo pełnej sprawności zapewniła sobie ze strony córki, a wcześniej męża taką opiekę.

A o domach wielopokoleniowych, też moje doświadczenie nie pozwala mi powiedzieć że mogą funkcjonować, bo jak jest ktoś zaborczy i traktujący swoje dzieci protekcjonalnie, to czy można mieć pewność że da młodym samodzielność?

Moje zdanie, czy moja rola jest osłabiona, nie wiem czy mogę tak stwierdzić z pewnością, ale wydaje mi się że właśnie komuś zależy na tym by mnie trzymać z dala. Nie na swoim terenie, z mniejszym kontaktem, podkreślaniem różnic.
A kiedy dochodzę swojego, jestem jak intruz.

Wiem, że przed laty nie wyrażając sprzeciwu, nie inicjując ruchu i z braku jednoznacznej postawy, zgodziłem sie na to co mama.
Ale odczuwam to jako rzecz niesłuszną. Mam nadzieję że nie tylko w moim mniemaniu.

Co do rozpoczynania wszystkiego na zgliszczach - tak, czasem mogę być tak odbierany, i chyba czasem tak działam. Wiem że wszystkiego nie da sie odkręcić, ale zbyt wiele rzeczy w życiu nie mam poukładanych i jest chaos. Chcę to naprawić zanim będzie za późno.

A co do dzieci chowanych z dziadkami - tak to jest dobra strona wielopokoleniowych domów i rodzin nie skłóconych. Chyba nie jestem takim malkontentem jak myślę, czasem też plusy dodatnie widzę.


Pozdrawiam
 
 
Piotr41
[Usunięty]

Wysłany: 2016-08-01, 20:55   

Wracam po przerwie.

Nie mam dobrych wiadomości, chociaż nie do końca.
Ale zacznę od tego że bylismy na urlopie. Pojechaliśmy z Teściową ( a jakże - kto inny by z nią pojechał?) i moje wrażenia po wypoczynku sa takie że spędzilismy je we dwoje....z najmłodszą córką. I trochę ze starszą.
Moja Małzonka spędzała większość czasu ze swoją Mamą. Nie wiem, co jest we mnie takiego że nie możemy się zbliżyć. Nie wiem też, co może mi pomóc to zauważyć.
Jestesmy widziani oczami drugiej osoby, najczęściej takimi jak jesteśmy naprawdę. Czy ja jestem naprawdę tak nieatrakcyjny, nudny, monotonny, senny, malo dowcipny że nie można ze mną pobyć?
Czy to jest trudne?
Może tak, odpowiedź leży najpewniej w mojej lepszej połowie, ale ona milczy i nic na ten temat mi nie mówi.

Doszło nawet ( pewnie z powyższym tematem w tle) do sprzeczki między nami. Co do samej kłótni, to nie jest chyba powód istotny. Ale chyba bym musiał opisać co się działo krok po kroku żeby to zrozumieć, i może ktoś zauważy co jest nie tak?

Wiem że to tylko relacja jednej ze stron a druga milczy.

Nie wiem czy jestem na to gotów.

W każdym razie dla mnie najgorsze w tej kłótni były trzy rzeczy, które obderwuję sam od co najmniej kilku lat, a teraz dostałem je w słowach.
Po pierwsze - walka na oczach starszej córki.Tu oboje nie umiemy zachowac tej reguły.

Po drugie - wykorzystanie dzieci jako "elementu" kłótni.

W reszcie trzecia, która mnie najbardziej osobiści dotknęła kiedy Żona powiedziała że nie wychowa tak młodej, żeby była jak ja. Wiem że powiedziała to w przypływie niekotrolowanej zlości i pewnie miała na myśli moje wady z którymi się sam borykam, ale moje odczucia sa takie, że jest to potwierdzenie tych elementów które nas dzielą i nie pozwalają iść razem.

Jestem tym przyznam, przybity.
 
 
kenya
[Usunięty]

Wysłany: 2016-08-03, 19:32   

Piotr41 napisał/a:
zacznę od tego że bylismy na urlopie. Pojechaliśmy z Teściową

Czy wyraziłeś zgodę na taki typ wczasów, tzn. w pakiecie z teściową?
Miałeś coś do powiedzenia na ten temat przed zakupem wczasów, czy raczej kierując się komformizmem milczaleś? ;-) Do czego zmierzam, otóż zastanawia mnie co robisz w tej sprawie by zmienić istniejący "układ sił"? Pewnie już wiesz, że z narzekania nie ma nic, poza narastajacą frustracją. Chcąc coś zmienić należy podjąć jakieś działanie.
Cytat:
"Szaleństwem jest robić wciąż to samo i oczekiwać różnych rezultatów" Albert Einstein.

Więc jak to jest z Tobą? Czy tak jak w powyższym cytacie?

Piotr41 napisał/a:
Po pierwsze - walka na oczach starszej córki.Tu oboje nie umiemy zachowac tej reguły. Po drugie - wykorzystanie dzieci jako "elementu" kłótni.

Skoro masz świadomość, że taka postawa nikomu nie służy a dzieciom wręcz szkodzi, to co stoi na przeszkodzie byś zaczął od zaraz zmieniać w sobie negatywne schematy zachowań?
Nie możesz wymagać od innych jeśli sam nie potrafisz panować nad sobą. Skoro chcesz komunikacji między wami nadać inną wartość, zacznij od siebie. To najprostszy sposób by zacząć mieć wpływ na kreowanie rzeczywistości...zadbanie o swoją część.
 
 
Piotr41
[Usunięty]

Wysłany: 2016-08-04, 08:16   

@ kenya

Co do wakacji w takim "pakiecie" rozmawiałem kiedyś i wyraziłem jasno mój pogląd że nie chcę tak ich spędzać. W ub. roku pojechaliśmy sami, ale nie wiem czy nie było to bardziej spowodowane tym że miejsce mojej teściowej nie odpowiadało. Podobnie ma się z zimowymi wyjazdami w góry, nie jeździ tam bo nie ma co robić.
teraz moja żona stwierdziła że już wcześniej mamie obiecała i teraz nie może się wycofać.
Inna sprawa, że nikt z rodziny tzn jej syn, nie zabiera jej na urlop.

A tak na marginesie pytanie, dlaczego moje wakacje sa tylko w takim układzie - tzn dzieci i rodzicie?Czy dorosła osoba nie może sobie sama zorganizować wyjazdu?

Ja od ogólniaka marzyłem o wakacjach osobno i ciągnęło mnie do rówieśników. I chociaż też jeździłem ze "staruszkami", to i tak wyjazdy z koleżeństwem były.


Szaleństwem jest robić to samo w kółko, ale ja rozumiem że pewnych decyzji w małżeństwie nie podejmuje się solo. Aby coś zmienić, potrzebna jest wola obojga, tak to rozumiem.

Co do naszych kłótni na oczach dzieci, to po czasie moich wybuchów, opanowałem to. Nie robię tego przy dzieciach, ale co mogę za impulsywne zachowanie mojej żony która nie wybiera momentu kiedy eksplodować złością na mnie?
To jest dla mnie, największy i jeden z podstawowych problemów między nami - komunikacja.
Trudne sprawy nie są omówione tylko przekrzyczane, wygrane - sztuki kompromisu u nas nie ma. Czasem porównuje to do dyskusji polityków w TV.

@tiliana - układ sił próbuję zmienić, zaznaczyć moja obecność, ale jestem wówczas postrzegany źle. Moja teściowa próbuje załatwić sprawy po swojemu przez moją zonę, i choć nawet nie zawsze jej to się uda, to i tak "smród pozostaje". Czuję że wiszą nade mną chmury, nie tylko teściowej.
 
 
kenya
[Usunięty]

Wysłany: 2016-08-04, 20:42   

Piotr41 napisał/a:
Co do wakacji w takim "pakiecie" rozmawiałem kiedyś i wyraziłem jasno mój pogląd że nie chcę tak ich spędzać.


Wyraziłeś swój pogląd jasno... pytanie czy aby wystaraczająco jasno i zdecydowanie?
Wygląda na to że nie,skoro małżonka się nie liczy z Twoimi potrzebami.
Rzecz w tym, że nie wystarczy postawić granicę ale należy dopilnować osobiście żeby nie została przekroczona. Masz ewidentny z tym problem.

Jeśli żona nie przyjmuje do wiadomości tego, że Ty jej mąż chcesz spędzić wakacje bez teściowej, bo przecież z nią zamieszkujesz, to należało porozmawiać z teściową i jej uświadomić jakie są Twoje preferencje. Dlaczego tego nie robisz?

Piotr41 napisał/a:
układ sił próbuję zmienić, zaznaczyć moja obecność, ale jestem wówczas postrzegany źle.

Jeśli chcesz być postrzegany dobrze ale kosztem siebie i swoich potrzeb...cóż, to jest cena którą płacisz za bycie układnym....całkowite podporządkowanie się a kiedy Ci się uleje, własną frustrację wyładowujesz w kłótniach, które i tak niczego nie zmieniają.
Powinieneś sobie uświadomić, że to w czym tkwisz zawdzięczasz w dużej części sobie.
Bądź też świadom tego, że NIKT za Ciebie nie rozwiąże tego problemu i że domniemanym zmianom będzie być może towarzyszył bunt żony i może też teściowej.
Pytanie, czy Ty masz ODWAGĘ zmierzyć się z tym, czy jednak wolisz żyć asekuracyjnie?
 
 
Piotr41
[Usunięty]

Wysłany: 2016-09-04, 23:58   

"Rzecz w tym, że nie wystarczy postawić granicę ale należy dopilnować osobiście żeby nie została przekroczona. Masz ewidentny z tym problem. "

Jak zauważyłaś mam z rym problem, tak właściwie to mam go największy z asertywnością. Kiedy chodziłem na terapię, doweidziałem się skąd on się wziął.

:Jeśli żona nie przyjmuje do wiadomości tego, że Ty jej mąż chcesz spędzić wakacje bez teściowej, bo przecież z nią zamieszkujesz, to należało porozmawiać z teściową i jej uświadomić jakie są Twoje preferencje. Dlaczego tego nie robisz?"

Tu jest większy problem, ja z nią na takie tematy nie rozmawiam bo:
-nie czuję się kompetentny - to jest Mama mojej Żony, wydaje mi się że to ona powinna to zrobić;
-zwrócenie uwagi i powiedzenie jej czegokolwiek na nie, powoduje z jej strony dziwne reakcje - obrażenie, odwrócenie się

"Jeśli chcesz być postrzegany dobrze ale kosztem siebie i swoich potrzeb...cóż, to jest cena którą płacisz za bycie układnym....całkowite podporządkowanie się a kiedy Ci się uleje, własną frustrację wyładowujesz w kłótniach, które i tak niczego nie zmieniają."

To nie jest tak, że chcę i gram rolę świętego, tylko w takich sytuacjach cała wina leci na mnie.


"Powinieneś sobie uświadomić, że to w czym tkwisz zawdzięczasz w dużej części sobie.
Bądź też świadom tego, że NIKT za Ciebie nie rozwiąże tego problemu i że domniemanym zmianom będzie być może towarzyszył bunt żony i może też teściowej.
Pytanie, czy Ty masz ODWAGĘ zmierzyć się z tym, czy jednak wolisz żyć asekuracyjnie?[/quote]"

Dokładnie tak jest, wiem że chyba większą część aktualnej sytuacji zawdzięczam sobie, ale nie tylko, i czy coś to zmieni jeśli uznaję że ona jest niesłuszna, bo chyba jest?


Tymczasem mam pytanie trochę z innej beczki. Jestem w trakcie nowenny pompejańskiej. Chcę się podzielić moimi spostrzeżeniami i wątpliwościami.
Zauważyłem u siebie zmniejszoną tendencję i pociąg do grzechu, przy jednoczesnym większym wyczuleniu na otaczające mnie problemy. Może wynika to bardziej z tego że koncentruję się na naszych relacjach, i to postrzegam jako plan pierwszy.
Druga rzecz, to jest taka że moją intencją jest powrót i zbliżenie do Boga Zony. Nie ukrywam, że od czasu jak ją poznałem, widzę że ma problem z wiarą. To nie jest tak, że ma wzloty i upadki, momenty zwątpienia po których się wraca. Ja bym to określił że jest czasem daleko a czasem bardzo daleko od Boga. Ostatnio przestała chodzić do kościoła.
Ale zauważyłem od czasy jak się modlę, chwile kiedy jest bardziej agresywna. Nie powiem, ostatnio jest jakby cisza, ale wiem że to jest pływanie na pozytywnych emocjach które na chwilę gdzieś wypłynęły, ale zaleganie i brak szczerości są. I tylko patrzeć jak eksploduje. Wiem, bo przerabiamy to od dłuższego czasu.

Udanego wieczoru.

Edit - nie wyszło cytowanie po kawałku, ująłem po przedni wpis w cudzysłów.
 
 
Jacek-sychar
[Usunięty]

Wysłany: 2016-09-05, 08:17   

Widzę Piotrze, że masz kłopoty z cytowaniem.

Jeżeli chcesz zacytować jakiś fragment tekstu, to zaznacz go i użyj przycisku z symbolem cudzysłowu przy poście, z którego chcesz cytować. Możesz to robić wielokrotnie. Wklei się tekst w miejscu, w którym stał kursor w Twoim tekście.
Zacytowany fragment zaczyna się od znacznika: [quote=.....
do tekstu [/quote]

Taki sposób możliwy jest tylko, gdy chcesz zacytować fragment postu z bieżącej strony. Nie działa on do wcześniejszych stron. Wtedy możesz tylko użyć przycisku "cytuj". Ale on wkleja cały cytowany post. Musisz wtedy usunąć niepotrzebny fragment postu (pamiętając, że musi się zacząć od [quote="..." a skończyć na [/quote].

Możesz też wkleić fragment tekstu, który chcesz zacytować, zaznaczyć go i użyć przycisku "Quote" z prawej strony okienka wpisywania postu. Tyle że wtedy nie ma informacji, kogo cytujesz.
 
 
Pavel
[Usunięty]

Wysłany: 2016-09-05, 11:31   

Witaj Piotrze,
Po pierwsze - nawrocenie Twojej zony, jej zblizenie do kosciola i Boga jest od Ciebie kompletnie niezalezne. Radzilbym sie wiec skupic na tym na co masz wplyw - na sobie.
Rozumiem ze to nie jest proste, sam przez dlugi czas zamiast zajac sie tylko i wylacznie soba krazylem wokol zony, jej wad, wyszukujac sposobow ktore moglyby na nia wplynac, azeby zaczela nad soba pracowac.
Bazujac na doswiadczeniu wlasnym oraz innych, wiem, ze im szybciej odpuscisz, tym lepiej dla Was obojga.
Agresja zony moze byc spowodowana gwaltowna zmiana w Twoim zachowaniu - to cos, co nowe, czego sie boi i czemu nie ufa. Moja zona rowniez tak reagowala.
Moze recepta bedzie czas, moze nie afiszuj sie z tym zbytnio. Ale rob swoje, Bog pomaga :)

Po drugie:
Jednym z tematow od ktorych pownienes zaczac, sa granice, o czym pisali inni i o czym wiesz sam.
Przeczytales ksiazki "Milosc potrzebuje stanowczosci" Dobsona i "Granice w relacjach malzenskich" Clouda?
Jesli nie, zachecam abys jak najszybciej to zrobil.
Jesli tak, i nie potrafisz wcielic tego w zycie - moze pomocny bylby terapeuta.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,03 sekundy. Zapytań do SQL: 8