Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie, którzy chcą ratować
swoje sakramentalne małżeństwa, także po rozwodzie i gdy ich współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki
Portal  RSSRSS  BłogosławieństwaBłogosławieństwa  RekolekcjeRekolekcje  Ruch Wiernych SercRuch Wiernych Serc  12 kroków12 kroków  StowarzyszenieStowarzyszenie  KronikaKronika
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  NagraniaNagrania  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki

Poprzedni temat «» Następny temat
Tylko dla facetów ;-)
Autor Wiadomość
atama
[Usunięty]

Wysłany: 2008-04-29, 11:34   

Agnieszka napisała:

"w.z., rozmawiałam ostatnio z Miriam o tym, ze forum jest ubogie w tematy o odbudowywaniu, ciężka to droga i można popełnić mnóstwo błędów, ja czuje sie jakbym działała po omacku, choćby to , ze my liczymy że krzywdziciel przyjdzie na kolanach i jakby czekamy na to no bo przecież to by nam samym pomogło uporać sie z poniżeniem jakiego doznaliśmy, ale to nie nastąpi, może kiedyś krzywdziciele do tego dojdą, może zrozumieją, ale najczęściej wypierają to z siebie, chcą zapomnieć, z resztą czy można pojąc tą krzywdę jeśli samemu sie jej nie doświadczyło,
mimo że on wrócił ja nadal czuję sie samotna bo przecież jak mogłabym na niego liczyć
nie wierzę w jego słowa o miłości, tęsknocie, w jego uśmiech a jak sie kochamy to ja myślę ze on myśli ze robi to z kochanką, myślę np., ze może mi dzisiaj powiedzieć-że jednak nie, że znowu mu sie odmieniło i nie chce być razem-i to wszystko mimo, że on zachowuje sie lepiej niz kiedys
wiem, ze muszę sie usamodzielnić sama w sobie, rzeczywiście stać sie w środku kimś samotnym"

Ekolo, Agnieszko.... i ja z mężem pod jednym dachem, który raczy pomyjami.....
A logicznie i rozsądnie biorąc powinno być odwrotnie.... ;-)
Spokój...już otrzymałam i otrzymuję, ale jeszcze wiele przede mną...to znaczy wiele mogę od NIEGO dostać i cały czas spodziewam się tego....
Jest już niezgoda na zło ze strony męża.....ale jeszcze czasem niezbyt stanowcza i nie we wszystkim....
Jest już też radość i przebłyski poczucia humoru w odpowiedzi na coraz rzadsze już pomyje ze strony męża.......Lena tu oczko w Twoją stronę ;-)

Dziewczyny....dlaczego to piszę...? Bo jestem pewna, że odbudowywanie związku to długi proces....i chodzi przede wszystkim o odbudowanie samego siebie...
Ojoj, ile już razy o tym było....
A mój mąż jest szczególnie wrażliwy.....na wszelkie naciski.... ;-)
Jednak jestem pewna, że kiedyś jakieś decyzje podejmie...sam z siebie....chociaż niekoniecznie...Może to ja dojrzeję do tego wcześniej.....niezbadane są ścieżki Boże... :-)

Pozdrawiam
a
 
 
lena
[Usunięty]

Wysłany: 2008-04-29, 14:26   

w.z. napisał/a:
Kurczę, tak to czytam co tu wypisuję i dociera do mnie, że jednak coś tam w środku boli.

....i boleć będzie....z czasem jednak coraz mniej....i mniej.....i jeśli powstrzymamy sie od spoglądania w tył....ból zniknie.
Być może łatwiej byłoby odejść niż... czekać...trwać... pozostać,ale czy lepiej?
Skoro jednak podjęliśmy ten wysiłek,znaczy się że wybaczamy, badź wybaczyć pragniemy....i o tę łaske winniśmy prosić Boga dla swojego i najbliższych dobra.

GregS napisał/a:
Może warto podjąc takie ryzyko?, a może lepiej wszystko odciąć grubą kreską i udawać, że nic się nie stało ?

....zależy co chcesz wiedzieć i na ile jesteś silny,aby to co usłyszysz przyjąć.
Lepiej odciąć grubą krechą i NIE udawać,że nic się nie stało....
Szczera rozmowa jest konieczna,ale nie na zasadzie....dlaczego mnie zdradziłaś/łeś,z kim,gdzie i kiedy....ale co Ci sie nie podobało w naszym zwiazku,że postanowiłaś/łeś szukać czegoś innego.Kiedy "to" sobie wyjaśnimy i wspólnie określimy czego potrzebujemy, czego od małżeństwa oczekujemy i wspólnie o to zadbamy....mamy klucz do odbudowy.
Czasami jednak i na te rozmowe trzeba nam poczekać (byle nie w emocjach)

atama napisał/a:
Dziewczyny....dlaczego to piszę...? Bo jestem pewna, że odbudowywanie związku to długi proces....i chodzi przede wszystkim o odbudowanie samego siebie...

...to przede wszystkim ;-)
 
 
wito
[Usunięty]

Wysłany: 2008-04-30, 19:45   

rzaba napisał/a:
mozna wybaczyc wile, mozna wybaczyci to czego sie nie wie, mozna wybaczyc zdarde, jesli sie o niej wie, choc boli, ale mozna... po wielu cierpieniach mozna byc szczesliwym, trzeba tylko chciec... a chciec to móc... jednak nie wystarczy chęc jednej osoby, nie wystarczy chęc osoby, która została skrzywdzona... to osoba, która nas zraniła musi chcieć sie zmienic, musi chciec i soebie przebaczyc...

Potwierdzam to co napisałaś - można.
Natomiast przyjęcie kogoś, kto nie chce zauważyć swoich potknięć, kto wręcz uważa, że nic takiego sie nie stało, bagatelizuje konsekwencje, jest zaproszeniem do powtórki.
Greg napisał za księdzem Dziewieckim: Prawdziwe pojednanie jest możliwe wyłącznie wtedy, gdy małżonek, który dopuścił się zdrady, uznaje swoją winę oraz radykalnie się zmienia.
Jeżeli ten warunek nie zostanie spełniony to zdradzacz znów zdradzi, drugi, trzeci, kolejny raz...
nałóg napisał/a:
Po za tym to w ogromniej większości jak facet należycie dba kobietę,o jej bezpieczeństwo,o nią,o jej potomstwo,słucha tego co ona ma do powiedzenia,utrzymuje własciwą komunikację to żona nie skacze jak małpa z jedego drzewa,z jednej gałezi na drugie drzewo.Nie zdradza,nie szuka innego goryla.
(Wyjątki potwierdzą regułę.)

nałogu - to dlaczego facet pije jak ma wspaniałą żonę?
dlaczego szuka "zieleńszej trawy"?
dlaczego bije dzieci?
DDA i DDR - bardzo często to jest przyczyną. I jeżeli w porę nie zadziała psycholog, lub osoba nie jest na tyle silna by się z konsekwencjami spapranego dzieciństwa uporać samemu - to nie ma szans na szczęśliwe małżeństwo.

Wszyscy wiemy, że za małżeństwo, komunikację są odpowiedzialne obie strony. Tylko czy obie strony zdają sobie z tego sprawę? Czy Pan Bóg, żąda od nas wiecznego niańczenia zdradzacza bo on taki biedny - potrzebował goryla a związał sie z orangutanem?
Czy wciąż musimy zastanawiać się dlaczego ktoś nam rogi przyprawił, czytać - szukaj winy w sobie? Wiecznie żałować zdradzacza bo on taki "biedny", "musiał" nas zdradzić bo "...jeśli nie chcesz mojej zguby krokodyla daj mi luby..." a my daliśmy mu jedynie troszkę mniejszego aligatora.
Zdrada jest potworną traumą, pozostawia ranę na sercu na wiele lat, niszczy psychikę zdradzonego małżonka - często wielokrotnie zdradzonego, oszukiwanego przez "wycwanionego" i pewnego siebie zdradzacza. Za co go żałować? Czyż to nie siebie powinniśmy żałować? Nie zabijajmy w sobie słusznego gniewu na krzywdę, której doznaliśmy, szukając wciąż drugiego dna.
Taka postawa nie ma nic wspólnego ze słowami Jezusa - ...ktokolwiek jest bez winy...
Tak - jesteśmy grzeszni. Nie jesteśmy ideałami. Ale nie szukajmy na siłę winy w sobie!!!
Pożałujmy siebie!!! To zdradzacze chcą nas wpędzić w poczucie winy - po to by usprawiedliwić siebie, przed samym sobą. Bo są tchórzami. Nie potrafią się przyznać, powiedzieć przepraszam. Wciąż słyszą - niemalże sakramentalne - "wina leży pośrodku" i sami zaczynają w to wierzyć. Więc - wracając do tego co napisała rzaba - "przebaczają sobie" starając się zwalić winę za rozpad na współmałżonka. Czy tego chce od nas Bóg? Czy chce byśmy wiecznie gderali i płakali nad krzywdzicielami "jacy to oni biedni". Syn marnotrawny jadł razem ze świniami - dopiero kiedy sam zrozumiał wrócił. Dopiero kiedy ukorzył sie przed ojcem, wyznał swoja winę ten go przyjął.
Starajmy się dostrzec, że zdradzacz jest człowiekiem - to bardzo ważne, ale nie poświęcajmy siebie. Nie cierpmy za miliony, nie dokładajmy sobie - bo i tak zostaliśmy potrzaskani.
Współczujmy i kochajmy siebie.

[ Dodano: 2008-04-30, 20:04 ]
PS - nałogu pozwolisz jeszcze, że dodam coś do Twojego tłumaczenia zdradzaczy. Będą to Twoje słowa: "Eszim........... napisałaś coś czego chyba nawet nie do końca uświadamia sobie spora część populacji:WZORCE"
 
 
Darek
[Usunięty]

Wysłany: 2008-04-30, 20:25   

nałóg napisał/a:
Po za tym to w ogromniej większości jak facet należycie dba kobietę,o jej bezpieczeństwo,o nią,o jej potomstwo,słucha tego co ona ma do powiedzenia,utrzymuje własciwą komunikację to żona nie skacze jak małpa z jedego drzewa,z jednej gałezi na drugie drzewo.Nie zdradza,nie szuka innego goryla.

Dziękuję za taką żonę i takie relacje. To o czym piszesz, to zwykłe wyrachowanie i egoizm, mający niewiele wspólnego z miłością i wiernością o której się dowiesz tylko wtedy, gdy nadejdą trudne chwile. Czy pijak nie jest otoczony "przyjaciółmi" gdy ma kasę i stawia? A czy to są przyjaciele? A pomyślałeś jak zachorujesz lub pogorszy się Twoja sytuacja finansowa, czy taka miłość będzie trwać dalej? Jakie są fundamenty takiej miłości? Tym się właśnie różnią ludzie trafiający na to forum - gdyby postępowali według zasad które przytoczyłeś to dawno byliby po rozwodzie. Właśnie tym powinniśmy się różnić od zwierząt i tego Pan Bóg od nas oczekuje. Z tym, że o kobietę trzeba dbać, zapewnić bezpieczeństwo zgadzam się, ale jeśli to ma zapewnić wierność, to już jakieś nieporozumienie.
 
 
Mirela
[Usunięty]

Wysłany: 2008-05-01, 10:33   

wito napisał/a:
To zdradzacze chcą nas wpędzić w poczucie winy - po to by usprawiedliwić siebie, przed samym sobą. Bo są tchórzami. Nie potrafią się przyznać, powiedzieć przepraszam.


Czy jeśli"zdradzacz" powie przepraszam...,jeśli się przyzna ... ile i co to zmieni w Twojej postawie Wito?

Pozdrawiam, dziś piękne słonko.... :-D
 
 
nałóg
[Usunięty]

Wysłany: 2008-05-01, 11:34   

Wito...pytasz:"nałogu - to dlaczego facet pije jak ma wspaniałą żonę?
dlaczego szuka "zieleńszej trawy"?
dlaczego bije dzieci? "

Ja moge Ci odpowiedzieć dlaczego piłem mając wspaniałą żonę,rodzinę:

Bo pomyliłem żądze (władzy,pieniędzy,sukcesu) z moim celem życiowym.Pomyliłem kolejność. Pierwsze stało sie "mieć" przed "być".
Skupiłem sie egocentrycznie na sobie,na swoim "MNIE" zamiasta na "ja"jak pisze de Mello.
Swoimi pragnieniami,żadzami tak mocno rozbujałem swoje wachadło życia że uderzyłem w bandę którą jest alkoholizm.
Na szczęście mój kregosłup był jeszcze na tyle mocny że wytrzymałem uderzenie,że uderzenie o "dno" rozjasniło mi troszkę umysł,ściągneło bielmo z oczu.........ale poprzez ból,poprzez załamanie sie moich odczuć,pragnień,żądz.Oj,bolało,bolało Wito....

Może i wzorce wyniesione z dzieciństwa ,z domu rodzinnego miały swoje piętno.Ale głównie to jednak pozytywne piętno.

Piszesz:"DDA i DDR - bardzo często to jest przyczyną"
Nie jestewm DDA....jak juz to może DDD z racji chorób (Mamy)w rodzinie.Ale jak widać nie ustrzegło mnie to od nałogu.

Darek........ a wiesz dlaczego tak mocno cierpisz???? Bo zostały zawiedzine Twoje pragnienia,Twoje wizje,Twoje widzenie rzeczywistości.
Bo żona zrobiła coś kiedys i pózniej co nie mieściło sie w Twojej skali wartości.Twojej,ona miała widocznie inną. Cierpisz bo nie zgadzasz sie na to że ktoś mógł zrobić inaczej( nie piszę że dobrze,nie usprawiedliwiam.......żeby była jasność) jak Ty sobie wymyśłiłeś.Ale to sie stało........... i koniec. Masz prawo do obrony swojego terytorium,ale nie zmienisz tym żony.A Ty,My większość chcemy zmieniać otoczenie wg naszych,Twoich wizji.A jak sie nie daje zmienić otoczenie to .........cierpimy katusze.
A świat jest taki jaki być powinien,czy nam sie to podoba czy nie...............
Zobacz,,,,,, umiera człowiek,ktos z rodziny .......rozpaczają najblizsi tylko najcześciej,dalsi krewni,znajomi,koledzy po wyjściu z cmentarza zaimuja sie swoimi sprawami............. świat idzie dalej.
A co sie dzieje z rodzinami w kryzysie?? Darek....czy interesowało Cię że gdzieś w Twoim otoczeniu ktoś się kłóci,zdradza,rozwodzi? zapewne nie..... do czasu aż Ciebie to dotkneło.Bo to jest taka prawidłwość.Boli to, co nas bespośrednio otacza.
Im szybciej ten ból przyjmiemy jako swój,jako coś co jest w nas,co jest nieodłączną stroną życia,jak bedziemy mogli spojrzeć na ten ból(zdrade,nałóg) jako coś co jest nasze,i tylko nasze, tym szybciej wstaniemy z kolan ,otrzasniemy sie z użalania sie nad sobą,tym szybciej przestaniemy obwiniac otoczenie za ból którego doznaliśmy.
Bo ból za czymś co tracimy może przerodzić się w pychę uzalania sie.Bo mnie tak boli,tak mnie to zraniło.
Mnie pomaga pomedytowanie przy pomocy Modlitwy o Pogodę Ducha
Pogody Ducha
 
 
elzd1
[Usunięty]

Wysłany: 2008-05-01, 11:38   

Mirela napisał/a:
Czy jeśli"zdradzacz" powie przepraszam...,jeśli się przyzna ... ile i co to zmieni w Twojej postawie Wito?


Mirelo.
Czy chodzi tylko o słowa?
A może o postawę i zrozumienie swojego postępowania?
 
 
Mirela
[Usunięty]

Wysłany: 2008-05-01, 13:01   

Elzd1

Zeby coś uznac, rozpoznac, dostrzec...trzeba nazwac... I Wito napisał,że "zdradzacze" nie chcą się przyznac..., przeprosic...Rozumiem ,że gdyby zaistniała taka sytuacja przeprosin...to relacja jest oczekująca, wymagająca , odpowiedzialna jak i ze strony krzywdziciela tak i pokrzywdzonego...to proces...
Najpierw jednak jest SłOWO..."przepraszam"..."tak, zawiniłem/am".Słowo to bardzo wiele...często wymaga wiele odwagi...ale oczywiście ,że to nie wszystko, od tego słowa bierze sie początek , szansa na uzdrowienie relacji...
Pozdrawiam :)
 
 
wito
[Usunięty]

Wysłany: 2008-05-01, 14:21   

Mirela napisał/a:
Czy jeśli"zdradzacz" powie przepraszam...,jeśli się przyzna ... ile i co to zmieni w Twojej postawie Wito?

Nic nie zmieni. Już raz wybaczyłem kilkanaście lat temu, pozostawiając "sprawę" do przemyślenia żonie. Nie usłyszałem przepraszam, nie było zadośćuczynienia. Za to teraz, po kolejnych rogach słyszę, że "tamto" to była nieprawdą, że to sobie wymyśliłem... A sprawy bieżące nie miały wpływu na sytuację w naszej rodzinie. Ja jestem winien rozpadu, jestem... i ..., temu winien i tamtemu...
Typowe dla zdradzaczy - zwalenie winy na pokrzywdzonego. Niestety, mamy i my w tym udział, gdyż zbyt łatwo rozgrzeszamy naszych małżonków. Do tego szerzący się relatywizm moralny, przyzwolenie na zdradę - bo "czegoś tam nie dopatrzyliśmy", "wina leży po środku" więc zdradzacz jest usprawiedliwiony.
A nie u nas powinien szukać usprawiedliwienia tylko u Boga. Nas może prosić o przebaczenie, o wyrozumiałość ale powinien, jak sama zauważyłaś, stanąć w prawdzie inaczej wróci do skoków w bok - bo jest tylko "trochę winny", bo to my "nie zapewniamy mu" - nałóg wymienił czego.
To dobrze nałogu, że miałeś kręgosłup, że kierowałeś się dobrymi wzorcami. Dlatego wychodzisz z kryzysu. Ci, którzy zatracili się a nie mieli takich wzorców, którzy w dodatku poszukali pomocy u podobnych sobie mają marne szanse na uzdrowienie. I nie oznacza to, że otoczenie zmuszało do grzechu, że jest winne naszemu bólowi. Otoczenie dało ciche a często głośne przyzwolenie, często czynnie włączyło sie w proces rozpadu. Skrzywdzili nas nasi bliscy i to oni są winni.
 
 
Mirela
[Usunięty]

Wysłany: 2008-05-01, 15:05   

Zastanawiam się...
Gdybym była Twoją żoną i wiedziałabym ,że to nic nie zmieni, zastanawiam się czy w ogóle bym próbowała...powiedziec przepraszam...bo nie przychodzi się mówic przepraszam dla usprawiedliwienia, to z całą pewnością nie daje spokoju wewnętrznego...przychodzi się z innego powodu...
Wspomniałeś o tym ,że nie przepraszają i nie przyznają się, bo to między innymi Cię boli, a mimo tego gdyby taka sytuacja nastąpiła, piszesz...nic to nie zmieni...
Nie rozumiem, ale próbuje zrozumiec.
Rozumiem ostrożnosc z zaistniałego faktu, ale może też działac taka postawa destrukcyjnie.
 
 
wito
[Usunięty]

Wysłany: 2008-05-01, 15:55   

Mirelo - wydaje mi się, że wytłumaczyłem, dlaczego samo przepraszam nic nie zmieni. Bo co ma zmienić? Czy tymi przeprosinami żona rozkocha mnie w sobie?
Na to czy Ona mnie przeprosi czy nie mam minimalny wpływ. To jest jej problem. A to że nie przeprasza już dawno nie boli. Piszę o tym, bo uważam, że szukanie "winy w sobie", "połówkowanie winy" i podobne rewelacje prowadzą w prostej linii do utraty resztek wiary w siebie w swoją wartość skrzywdzonych małżonków.
Osoba pisząca że mąż czy żona ją zdradziła, zignorowała, porzuciła itp. częstokroć wie, jest pewna, że jej wina w rozpad rodziny jest minimalna. Częstokroć to te osoby próbują naprawić związek przy zerowym zaangażowaniu krzywdzicieli. Sytuacja bezsilności wpędza takie osoby w depresję, poczucie krzywdy sie potęguje. A tu masz - każą szukać winy w sobie, dopatrywać się drugiego dna. I szukają tracąc coraz bardziej siły i tracą wiarę w siebie bo nie mogą znaleźć - zadają więc pytania "co jest ze mną nie tak"?
To, że nazwiemy po imieniu krzywdę jakiej doznaliśmy, że wskażemy, krzywdzicieli, że staniemy w prawdzie, nie będziemy przypisywać sobie cudzych grzechów - nie oznacza wcale że nie kochamy, że chcemy ukarać lub skrzywdzić współmałżonka lub, że nie jesteśmy miłosierni.

lena napisał/a:

Przebaczenie i pojednanie to droga, którą Chrystus proponuje w obliczu każdego grzechu i każdej krzywdy. Droga ta nie może mieć jednak nic wspólnego z naiwnością czy z tolerowaniem zła. Prawdziwe pojednanie jest możliwe wyłącznie wtedy, gdy małżonek, który dopuścił się zdrady, uznaje swoją winę oraz radykalnie się zmienia.

Większy fragment tej wypowiedzi kś. Dziewieckiego wyżej w poście leny.
Myślę, że po trosze rozjaśniłem Ci dlaczego "nic nie zmieni".
 
 
elzd1
[Usunięty]

Wysłany: 2008-05-01, 16:12   

Wito.
Chyba nie ma sensu tłumaczyć. Są ludzie zamknięci na zdanie innych, bo nie wiedzą o czym mowa, oświeceni a jednak ślepi. Więc teoretyzują i dają "dobre rady".
Mirelo. Nie wiesz o czym mowa, uwierz mi.

Poznacie Prawdę a Prawda was wyzwoli.

My już poznaliśmy, inni muszą poczekać.

[ Dodano: 01-05-2008, 16:15 ]
Mirela napisał/a:
Elzd1

Zeby coś uznac, rozpoznac, dostrzec...trzeba nazwac...


Właśnie czekam, aż szanowny uzna, dostrzeże, nazwie.
 
 
Darek
[Usunięty]

Wysłany: 2008-05-01, 16:40   

nałóg napisał/a:
Darek....czy interesowało Cię że gdzieś w Twoim otoczeniu ktoś się kłóci,zdradza,rozwodzi? zapewne nie..... do czasu aż Ciebie to dotkneło.
Otóż interesowało. Moja styczność z rozwodem nie miała pierwszy raz miejsca w moim, osobistym przypadku, zrobiła to moja matka i boli mnie to od dawien dawna. Nie miałem okazji mieć możliwość pomocy komuś w takiej sytuacji, ale bądz pewien, gdybym miał to na pewno bym zareagował. Swoją drogą taka postawa jest nieakceptowana przez tolerancyjne kręgi ludzi świeckich - tak jak homoseksualizm, aborcja tak i rozwód jest przecież według nich prywatną sprawą każdego człowieka, czymś ludzkim, co się zdarza, przez to wielu z nas bałoby się odezwać, bo można zostać za to ukamienowany.
nałóg napisał/a:
Bo żona zrobiła coś kiedys i pózniej co nie mieściło sie w Twojej skali wartości . . .
No pewnie, że mnie to dotknęło i dotyka bez przerwy i chyba nie ma w tym nic dziwnego. Nie zmieniam jej i nie będę tego robił, jak będzie chciała to zrobi to sama.
wito napisał/a:
Nic nie zmieni. Już raz wybaczyłem kilkanaście lat temu, pozostawiając "sprawę" do przemyślenia żonie. Nie usłyszałem przepraszam, nie było zadośćuczynienia. Za to teraz, po kolejnych rogach słyszę, że "tamto" to była nieprawdą, że to sobie wymyśliłem... A sprawy bieżące nie miały wpływu na sytuację w naszej rodzinie. Ja jestem winien rozpadu, jestem... i ..., temu winien i tamtemu...
wito napisał/a:
Piszę o tym, bo uważam, że szukanie "winy w sobie", "połówkowanie winy" i podobne rewelacje prowadzą w prostej linii do utraty resztek wiary w siebie w swoją wartość skrzywdzonych małżonków.
Mam takie samo (dwukrotne) doświadczenie. Obwinianie siebie nic nie zmieni, a jedynie prowadzi do pognębienia samego siebie. Oczywiste, że każdy z nas zmienił się w obliczu zaistniałych faktów i to na pewno na dobre, czego dowodem jest choćby przyjęta postawa i obecność na tym forum. Dlaczego mielibyśmy więc szukać dziury w całym i obwiniać się jeszcze bardziej niż winni jesteśmy. Może doznając maksimum samoobwinienia, powinniśmy zapewnić kochankom komfortowe, bezstresowe warunki, bo to przeciez nasza wina? Bez przesady.
Jak słyszę wypowiedzi nakłaniające do obwiniania samego siebie, to mam wrażenie, jakbym słuchał psychologa, sędziego, adwokata czy jakiegokolwiek innego urzędnika, z który się zetknąłem w tej sprawie. Mieli wspólną cechę: chcieli osądzić sytuację, wskazać procentowo winę, umotywować rozpad "związku", no i wsazać najlepsze rozwiązania, którym zawsze był cywilizowany rozwód. Nikt nie mówił o pojednaniu, ratowaniu małżeństwa czy rodziny nawet przez chwilę. Poprostu chcieli rozwiązać sprawy po ludzku.
Jeśli mamy dążyć do pojednania, to nie ma znaczenia procent winy, najważniejsze jest to, aby nie czynić tego, co było i jest złem. Jeśli to nie zostanie wdrożone, to możemy się spodziewać w niedługim czasie "powtórki z rozrywki".
 
 
marioviola
[Usunięty]

Wysłany: 2008-05-01, 17:48   

Jak wielu jestem w podobnej sytuacji, Żona mnie zdradza, a ja chcę i próbuję ratować nasz związek.
Jednakże zastanawiam się nad sobą i nad tym, co zostało tu napisane.
Pozwólcie że wyjaśnie: nikt z nas, albo prawie nikt nie myślał o takiej sytuacji, dopóki nie został zdradzony. Nikt nie sądził, że może w sobie odnalezć aż taką siłę i znieść aż taki ból. Bo jest on nie do opisania i szukanie w sobie winy to masochizm. Ale przychodzi czas, kiedy stawiamy sobie pytanie: ok, gdyby wszystko było super, to nie zostalibyśmy zdradzeni. Czyli jednak my też coś spapraliśmy.....................
Ale wina nie leży po naszej stronie, bo to nie my zdradziliśmy.I to jest niezaprzeczalny fakt!
Pozdrawiam - M.
 
 
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  

Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,05 sekundy. Zapytań do SQL: 9