To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Uzdrowienie Małżeństwa :: Forum Pomocy SYCHAR ::
Kryzys małżeński - rozwód czy ratowanie małżeństwa?

Rozwód czy ratowanie małżeństwa? - kryzys

Anonymous - 2014-11-13, 22:58

Modlę się.
Anonymous - 2014-11-27, 09:38

Zamilkłaś. Martwię się. Pomodlę się.
Anonymous - 2014-11-27, 10:36

zamilkłam, ale cały czas tu jestem...
modlitwa jest mi potrzebna... bo moja sprawa nie zakończyła sie dobrze a nawet mozna powiedzieć źle... Ale jestem w zgodzie ze swoim sumieniem, bo broniłam swoich wartosci do końca , ale wiedząc że nikogo nie mogę zmusic dalam mężowi wolny wybór ... a on bez żadnego wahania i twardo wybrał ....
Mam teraz w sobie duzo zalu i złości do męża także do siebie, ale próbuje jakoś funkcjonowac, pracować nad sobą, szukać planu Bożego w tym wszystkim ...trudna, dziwna sytuacja bo nadal mieszkamy pod jednym dachem, bo mimo wcześniejszych zapewnień, brak chęci z jego strony do rozwiązania spraw majątkowych...

Anonymous - 2014-12-05, 08:09

witam was
u mnie dziwna, sytuacja dalej trwa, dalej mieszkamy razem, a może obok siebie. Powoli opadaja emocje, zaczynam patrzeć szerzej na całą sytuacje. Raczej nie rozmawiamy jeśli nie musimy, ja staram się nie robić juz wyrzutów. Tak jak ktoś juz napisał na forum straciłam juz tą dziecinną naiwność, i staram sie nauczyc żyć sama ,ale to trudne jeżeli przez ostatnie dziesięć lat moje zycie podporządkowane było komuś innemu. Przez chwile miałam nadzieję, że gdy do męża dojdzie to co zrobił, że to już koniec, będzie miał jakąś refleksje, zastanowi się ... ale chyba nie mam na co liczyć. Fakt stał się spokojniejszy, nie okazuje tak otwartej niechęci, ale obojętnośc boli czasem dużo bardziej i to że tak łatwo przechodzi nad rozpadem naszego małżeństwa do codzienności.
Cięzko tak żyć obok siebie, więc kilka razy próbowałam podjąć rozmowę o rozwiązaniu sprawy z mieszkaniem , bez wyrzutów, ale on mnie zbywa, albo twierdzi że teraz nie ma na to czasu ,bo ma gorący okres w pracy. Na moje pytanie czemu więc tak się spieszył z tym rozwodem skoro i tak teraz dalej żyjemy razem, nie potrafi sensownie odpowiedziec.
Nie wiem czy to jego złośliwośc, czy tylko brak odpowiedzialności za swoje decyzje. wczoraj taka rozmowa skończyła się zle wyrzutami i kłótnią

Anonymous - 2014-12-05, 10:29

Kinga275 wydzieliłam Ci oddzielny wątek.
Tutaj:
http://www.kryzys.org/vie...p=409650#409650

Anonymous - 2014-12-05, 11:34

dzis mam cięzki dzień, tak bardzo boli odrzucenie przez kogos kogo sie kochało, dla kogo się wszystko poswięcilo
Piszecie, tu na forum, odżałować, to co stracone, iśc dalej nieważne z mężem czy bez, ważne że z Panem Bogiem, macie rację , ale tak trudno to zrobić wprowadzic w życie...
Staram się zrozumieć że ten kryzys jest po coś, i naprawiac to co jeszcze mogę... na relacje z mężem nie mam wpływu bo on jest za grubym murem i nic co ja robie czy mówie nie dochodzi do niego, a jeżeli juz to zniekształcone i odbierane jako atak na niego...
Na pewno mogew zmocnic relacje z Bogiem .
Ale zastanawiam się nad sobą , zawsze dbałam, o to żeby wszyscy inni byli zadowoleni, zabiegałam o cudze uznanie, nawet jeśli ja byłam przez to nieszczęśliwa, ale też unikalam konfrontacji w obronie swojego zdania czy potrzeb, wolałam ten komfort, jaki daje bezpieczeństwo, spokój przewidywalnośc, troche na własne życzenie pozbyłam się swojej godności, swojego życia, żyłam , zyciem i problemami innych osób, a swoje problemy których nie umiałam rozwiązać lub bałam się to zrobić, chowałam lub bagatelizowałam, chyba wegetowałam,a nie żyłam. Wstyd przyznac ale czasem mysle że mogło być dalej tak jak było, taka wegetacja, która daje prZewidywalnośc, przecież niektórzy tak trwają całe życie...
Nic dziwnego że mąż nie chciał żyć z nieszczęśliwą, sfrustrowana osobą, która liczła, że jej bezgraniczne oddanie, zapewni jej szczęście i uznanie...
Może to jest mój problem... , może to jest to co Bóg chce żebym zmieniła...

Anonymous - 2014-12-05, 11:57

gwen85 napisał/a:
dzis mam cięzki dzień, tak bardzo boli odrzucenie przez kogos kogo sie kochało, dla kogo się wszystko poswięcilo
Piszecie, tu na forum, odżałować, to co stracone, iśc dalej nieważne z mężem czy bez, ważne że z Panem Bogiem, macie rację , ale tak trudno to zrobić wprowadzic w życie...
Staram się zrozumieć że ten kryzys jest po coś, i naprawiac to co jeszcze mogę... na relacje z mężem nie mam wpływu bo on jest za grubym murem i nic co ja robie czy mówie nie dochodzi do niego, a jeżeli juz to zniekształcone i odbierane jako atak na niego...
Na pewno mogew zmocnic relacje z Bogiem .
Ale zastanawiam się nad sobą , zawsze dbałam, o to żeby wszyscy inni byli zadowoleni, zabiegałam o cudze uznanie, nawet jeśli ja byłam przez to nieszczęśliwa, ale też unikalam konfrontacji w obronie swojego zdania czy potrzeb, wolałam ten komfort, jaki daje bezpieczeństwo, spokój przewidywalnośc, troche na własne życzenie pozbyłam się swojej godności, swojego życia, żyłam , zyciem i problemami innych osób, a swoje problemy których nie umiałam rozwiązać lub bałam się to zrobić, chowałam lub bagatelizowałam, chyba wegetowałam,a nie żyłam. Wstyd przyznac ale czasem mysle że mogło być dalej tak jak było, taka wegetacja, która daje prZewidywalnośc, przecież niektórzy tak trwają całe życie...
Nic dziwnego że mąż nie chciał żyć z nieszczęśliwą, sfrustrowana osobą, która liczła, że jej bezgraniczne oddanie, zapewni jej szczęście i uznanie...
Może to jest mój problem... , może to jest to co Bóg chce żebym zmieniła...


witaj w klubie, ja też taka jestem , jesteśmy współuzależnione od innych ludzi, ja zaczęłam chodzić na terapię do psychologa i pomaga mi choć zmienić mi siebie jest bardzo trudno... i oczywiście że trzeba to zmienić ... chyba po to też te całe sytuacje w naszym życiu się wydarzyły żebyśmy się obudziły i zaczęły żyć swoim życiem a nie czyimś...

Anonymous - 2014-12-05, 12:11

Qwen

Gratuluję, jesteś już na drugim etapie przebaczenia.
Najpierw nie chciałaś dopuścić do siebie myśli, że coś nie tak jest z Twoim małżeństwem.
Teraz jesteś na etapie obwiniania siebie.
Niestety, do etapu siódmego masz jeszcze sporo pracy.
Następnym etapem będzie użalanie się nad sobą. Uważaj na etap 4: oburzenie. Na tym etapie możesz kipieć złością. Dużo złego może z Ciebie wyjść. Potem jest już z górki: przetrwanie, reintegracja i przebaczenie.

Całość opisu procesu przebaczenia:
http://www.katolik.pl/23546,416.druk?s=1

Niestety nie zawsze etapy idą po sobie, a po drugie czasami następuje nawrót procesu i powtarzanie niektórych etapów. Całość niestety trwa.

Wydaje mi się, że jestem na początku etapu szóstego, a droga tutaj zajęła mi 4,5 roku.
Ale jak przyjemnie tutaj! Jaki wspaniały widok, wprost perspektywy. Jak w górach. Warto było się te ileś godzin (dni, miesięcy, lat) natrudzić, żeby tutaj wejść.

Pozdrawiam i życzę pomyślności w drodze. I żadnych burz.

Anonymous - 2014-12-05, 14:33

dziękuje wam za odpowiedzi, jakos lżej ze świadomością ,że nie tylko ja jestem słaba, a inni podobnie to przeżywają.
MA teraz widze swoje uzależnienie, ale przedtem uważalam że to wyraz mojej miłości do męża, że ofiaruje mu cały swój czas, zainteresowanie...
Jacek ja kręce się w tych pierwszych etapach, naprzemian obwiniam sie, użalam się nad soba lub czuje potworna złość i oburzenie, i chyba jeszcze długi czas tu pozostane...
Bardzo mi cięzko pogodzić się zaistniałą sytuacją... tym bardziej że nie mam nic innego w zamian, bo inne sfery życia oraz innych zaniedbałam...

Anonymous - 2014-12-05, 15:22

Qwen

Podałem Ci te etapy, żeby wiedząc o nich, szybciej je pokonać. Mi najwięcej dało odżałowanie straty. Potem poszło już z górki. U Ciebie myślę, jeszcze daleka droga. Ale masz mapę. No chyba, że będzie jak z tym bacą, który mówił do synka: Synek, zaraz turyści będą się pytać o drogę. Skąd wiesz tato? Bo wyjęli mapę.
Skorzystaj z mapy, żeby szybciej dojść do celu. Uważaj na skróty. Z reguły droga nimi jest dłuższa i cięższa.

Teraz musisz się zająć sobą. Odnów znajomości możesz nawiązać nowe (byle dobre!). Staraj się nie myśleć. Zobaczysz, że świat jest piękny. Ja jestem na siebie wściekły, że tyle czasu straciłem na roztrząsanie przeszłości. Jeszcze nie jestem całkiem pogodzony, ale myślę, że jest to już blisko. Odkrywam inne przyjemności, których wcześniej nie znałem. Spacery, dobra lektura. Jeszcze trochę, dzieci wyjdą z domu i będę całkiem wolny. Owszem, czasami samotny. Ale to jest może moja pustynia, przez którą muszę przejść? Przestałem się zamartwiać, bo wiem, że na wiele rzeczy nie mam wpływu. Co Bóg da, to będzie.

Pozdrawiam

Anonymous - 2014-12-05, 17:03

Jacku, mysle ze moim najwiekszym problemem tez bedzie odzalawanie straty,rozpadu malzenstwa odrzucenia przez meza, rozpadu rodziny ktora mielismy razem tworzyc, ktora miala juz niedlugo sie powiekszyc co dla mnie jako kobiety, jest szczegolnie bolesne.
ale jesli juz sie tak stalo, to chce ta lekcje zycia ktora daje mi Bog, wykorzystac, wyciagnac wnioski i lepiej życ, a co Pan dla mnie zaplanowal dalej niewiadomo... nie bede juz nic planowac. Mam takie poczucie ze musze przez to wszystko przejsc przecierpiec, zadna minuta tego trudnego czasu nie zostanie mi darowana, bo musze zrozumiec co jest istotne w tym zyciu

Anonymous - 2014-12-05, 20:52

gwen85 napisał/a:

Ale zastanawiam się nad sobą , zawsze dbałam, o to żeby wszyscy inni byli zadowoleni, zabiegałam o cudze uznanie, nawet jeśli ja byłam przez to nieszczęśliwa, ale też unikalam konfrontacji w obronie swojego zdania czy potrzeb, wolałam ten komfort, jaki daje bezpieczeństwo, spokój przewidywalnośc, troche na własne życzenie pozbyłam się swojej godności, swojego życia, żyłam , zyciem i problemami innych osób, a swoje problemy których nie umiałam rozwiązać lub bałam się to zrobić, chowałam lub bagatelizowałam, chyba wegetowałam,a nie żyłam. Wstyd przyznac ale czasem mysle że mogło być dalej tak jak było, taka wegetacja, która daje prZewidywalnośc, przecież niektórzy tak trwają całe życie...
Nic dziwnego że mąż nie chciał żyć z nieszczęśliwą, sfrustrowana osobą, która liczła, że jej bezgraniczne oddanie, zapewni jej szczęście i uznanie...
Może to jest mój problem... , może to jest to co Bóg chce żebym zmieniła...


Gwen, w wielu punktach jakbym czytała o samej sobie. W pewnym momencie pozbyłam się własnego życia, swoich własnych planów, marzeń na rzecz planów męża. I nawet gdy mąż zwracał mi uwagę na te sprawy, ja tego nie widziałam a miałam pretensje, że się czepia, gdy ja dla niego robię tyle rzeczy, tyle mu poświęcam. Teraz wiem, że to nie była dobra droga, że gdybym słyszała co mówi mąż, moglibyśmy być w innym miejscu niż jesteśmy.

Takie życie życiem kogoś innego, podejrzewam, że spowodowało u Ciebie, tak jak u mnie, spadek poczucia wartości, frustrację i niechęć do życia. Ale z tego trzeba się otrząsnąć. Nic nie jest nam dane bez przyczyny. Dzisiaj akurat spotkałam człowieka, który powiedział mi (nie wiedząc jak wygląda moja sytuacja osobista), że nasze szczęście, poczucie bezpieczeństwa, to kim jesteśmy zależy tylko od nas samych i od tego co jest w nas środku a gdy uzależniamy te uczucia od innych osób, to kiedy ich zabraknie wszystko się rozsypuje. Także aby być szczęśliwym, trzeba to szczęście znaleźć w samym sobie. I to nie był człowiek z Sycharu:-)

Gwen, więc zamiast skupiać się na przeszłości pomyśl o tym co możesz zrobić ze swoim życiem teraz. Wiem, że to łatwo pisać, bo sama jeszcze wracam myślami do tego co było i się zastanawiam "dlaczego mnie to spotkało" ale też staram się iść do przodu. Na szczęście dużo czasu zajmuje mi praca i wyzwania w pracy, które akurat teraz są przede mną. Ale też staram rozwijać siebie. Popracowałam nad sobą i wiem gdzie mam braki i staram się je eliminować z pomocą książek, warsztatów, szkoleń.

Poszukaj w sobie, co możesz zmienić. Możliwości jest naprawdę sporo wokół nas, tylko trzeba poszukać.

Trzymaj się cieplutko. Jestem z Tobą...

Anonymous - 2014-12-06, 10:24

Angelika dziekuje za dobre slowo .
Anonymous - 2014-12-11, 09:59

Witajcie chciałabym was zapytać , może ktos uzna to za głupie pytanie albo że powinnam to rozważyc sama w swoim sercu.
Chodzi o urodziny mojego męża, a właściwie o to czy składać mu życzenia. W głębi serca chciałabym złożyć, ale jak to ma się do sytuacji,że mam żal do niego że on zrezygnował z wallki o nasze małżeństo, teraz nasza relacja też nie jest zbyt dobra ,a ostatnia nasza rozmowa skończyła się tym że ja jestem temu wszystkiemu winna, kryzysowi, rozwodowi, jego zdaniem on żle czuł się w małżeństwie, ja go raniłam, nie widzi swojej winy wogóle, boli mnie ta jego postawa. I jeszcze te jego chamskie odzywki do mnie, przekleństwa. CZy to nie pokaże, że cokolwiek on zrobi złego, pokazującego brak szacunku dla mnie, to ja i tak będe w niego zapatrzona? jednocześnie jest dla mnie nadal ważny
Jestem rozdarta wewnętrznie.
Jak wy zachowujecie sie w takich sytuacjach, składacie życzenia swoim małżonkom którzy odeszli?



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group