To jest tylko wersja do druku, aby zobaczyć pełną wersję tematu, kliknij TUTAJ
Uzdrowienie Małżeństwa :: Forum Pomocy SYCHAR ::
Kryzys małżeński - rozwód czy ratowanie małżeństwa?

Rozwód czy ratowanie małżeństwa? - skutki stanowczej miłości

Anonymous - 2014-06-11, 14:22
Temat postu: skutki stanowczej miłości
Witam ponownie
Pisałam tu kiedyś pod nickiem:bea7777(2011 rok), niestety nie potrafię się zalogować na stary adres. Postanowiłam założyć nowy wątek. Wtedy w 2011 roku, co ja mówię, jeszcze miesiąc temu wierzyłam, że nasze małżeństwo jest do uratowania. Mówią, że każde małżeństwo jest do uratowania ale do tego potrzebnych jest dwoje. Przeszłam w małżeństwie długą drogę, od nieśmiałej, skromnej, pobłażliwej i niewiele wymagającej żony/kobiety do takiej która ma poczucie swojej godności, która potrafi mówić o swoich potrzebach. Może zacznę od tego, że głównym powodem naszego stałego kryzysu w małżeństwie był alkohol. Mąż nadużywał go już przed ślubem. Całe lata naciskałam różnymi sposobami na uświadomienie mężowi, że ma poważny problem z alkoholem i na tym cierpimy oboje. On i ja. Często niestety bywało tak, że po kolejnych wyzwiskach, awanturach pakowałam się i wyprowadzałam do rodziców (oni nigdy nie wtrącali się do nas, nie w sumie to raz tylko mama po mnie przyjechała jak mąż mnie szarpał). Myślałam, że to go może otrzeźwić. Otrzeźwiało na krótko. Stosowałam zasady stanowczej miłości, poszłam na terapię, żeby się wyrwać z współuzależnienia, żeby nie śledzić, sprawdzać, żyć w ciągłym strachu. Wtedy byłam już świadoma, że nie chcę tak żyć, że nie chcę zgorzknieć. Dużo czytałam, szukałam pomocy. Coraz odważniej mówiłam mężowi, że ma problem z alkoholem i jest coraz gorzej. Na początku był straszny bunt, szyby leciały w drzwiach, wściekłość w nim kipiała . Komunikacja prawie zerowa przez całe nasze małżeństwo. Ja byłam ta kochająca za bardzo a on ten za murem (czytałam o tym i do nas to pasuje jak ulał). Niestety poświęciłam wszystko dla "dobra" tego małżeństwa. Przypłaciłam to depresją, kompulsywnym objadaniem się, ciągłym strachem, no muszę to napisać: otyłością, zaniedbałam się. Stałam się chodzącym trupem. Ale wiedziałam, że tak nie może być wiecznie. Nie chcę umrzeć za życia. Znów kolejna wyprowadzka i powrót gdy mąż pierwszy raz na dłużej odstawił alkohol i poszedł do AA. Niestety na krótko. Kolejne picia, wyzwiska, obojętnna dłużejość, samotność. Musze napisać, że alkoholizm męża (już stwierdzony) nie był widoczny dla postronnych osób, dla wielu było to pewnie nie zrozumiałe czego ja się tak ciągle wprowadzam i wyprowadzam. Z boku musiało to wyglądać, że mam coś z głową. Mąż pił zazwyczaj w kotłowni piwo za piwem a potem się szwendał bez celu po domu i podwórku. Obecnie jestem od października znów u rodziców po tym jak mąż powiedział, że mam się wynieść bo jestem niepotrzebna (mieszkamy w jego domu rodzinnym). Mąż w tym czasie rozpoczął terapię z czego się bardzo ucieszyłam, ja zajęłam się sobą. Zaczęłam tracić na wadze, zadbałam o siebie. Odżyłam, on zresztą też. Niestety mężowi tak się spodobała ta wolność, że oświadczył, że mnie już nie kocha i możliwe że już dawno mnie nie kochał bo to picie to była ucieczka przede mną. Powiedział, że osiągnął spokój wewnętrzny, którego nie zaznał tyle czasu i nie chce go znów utracić. Dziwne to wszystko dla mnie. Wydawało mi się, że jak on pójdzie na terapię i zacznie w
końcu dorastać, ja wezmę się za siebie to będzie w końcu początek tego naszego małżeństwa. Mąż niestety/stety odstawił alkohol (chyba, nie śledzę go)) a przy okazji podziękował mi za współpracę. Nie napisałam o najważniejszym. A musze to napisać. W tym całym galimatiasie, ciężkich chwilach i latach był zawsze ze mną BÓG, zawsze blisko, zawsze czuły i kochający. Najlepszy przyjaciel. To on mnie nauczył, że jestem godna, że moje życie jest wartościowe, że ja jestem wartościowa. Nawet po tych trudnych słowach od męża Bóg nie pozwolił mi wpaść w histerię, miałam w sobie pokój. Bóg obdarzył mnie szczęśliwie wrażliwym sumieniem i wiem/mam taką wewnętrzną świadomość, że tak ma być. Zrobiłam wiele, żeby doprowadzić męża do podjęcia walki o siebie, o swoje godne życie. Niestety, beze mnie.

Anonymous - 2014-06-11, 17:21
Temat postu: Re: skutki stanowczej miłości
beti7777 napisał/a:
Zrobiłam wiele, żeby doprowadzić męża do podjęcia walki o siebie, o swoje godne życie. Niestety, beze mnie.


Zrobiłaś wiele dla Twoje męża i zrobiłaś wiele dla siebie, bo jesteś blisko Boga. To piękne i godne podziwu :->
Jest też to "niestety", ale trzeba mieć wiarę, że i ten problem z pomocą Bożą się rozwiąże. Najważniejsze, że odnalazłaś tę siłę i spokój przy Bogu.

Anonymous - 2014-06-11, 19:15

Jednak boli ze nie walczy o nas. Poczul sie pewnie i chce zaczac z czystym Konten. Po Co naprawiac stare rzeczy skoro mozna zaczynac z biala kartka. Naszym Problemem byl tez brak dzieci. Czul sie z tego powodu gorszy, nieszczesliwy. Ja sie jakos uporalam z poronieniem i strata drugiego martwo urodzonego dziecka. Mialam takiemarzenie ze Jak maz zacznij sie w koncu leczyc to moze przekona sie do Adopcji. Teraz widze ze bylam mu tylkopotrzebna do odbicia sie od dna.z pijacego egoisty pozostal egoista. Przepraszam za pisownie Ale pisze na niemieckiej klawiaturze.
Anonymous - 2014-06-11, 19:59

Beti, trzeźwienie w początkowej fazie daje pijącemu taką nadzieję, że teraz oto uwaga, uwaga zaczyna się nowe życie!!!
Hurrrra, wspaniale, wreszcie wiem, o co w życiu chodzi! Byłem z tą cholerną zołzą tylko dlatego, że chlałem i tylko tak dawało się z nią wytrzymać! Zalewałem piwem swoje zmarnowane przez żonę życie. Teraz rozpocznę wszystko po nowemu, uzdrowiony, uwolniony....
bla bla bla, wciąż pijacki bełkot, nawet jeśli na trzeźwo
Beti, każda porządna terapia jest też powrotem alkoholika do wartości, jaką jest rodzina. Tam się dużo mówi o tym, że ochota na nowy, lepszy związek jest ułudą, mirażem, iluzją, przed którą przestrzega się alkoholika.
Oczywiście, nie wszystkie pary się schodzą. Ponieważ uzależnieni mają od terapeutów ostrzeżenie przed podejmowaniem jakichkolwiek ważnych decyzji przed ukończeniem terapii, są też tacy, którzy np. z decyzją o rozwodzie czekają do ukończenia terapii i z "zegarkiem w ręku" po ok.3 latach (tyle mniej więcej trwa terapia) składają pozew.
Ale do tego czasu jeszcze wiele może się wydarzyć.
Generalnie, uważam, że to wielkie szczęście w kryzysie małżeńskim mieć męża, który podejmuje terapię i jest np. w AA, bo terapia otwiera oczy na wiele spraw nie tylko picie (w tym wypadku)
Pozdrawiam Cię, nie zaniedbuj swojej terapii i rozwoju duchowego, a wiele drzwi stanie otworem w Twoim życiu.

Anonymous - 2014-06-12, 02:24

Beti, smutny post. Takie wnioski i tytuł wiele osób wstrzymuje przed stanowczą, jak piszesz, miłością, w myśl zasady; niechby pił, niechby bił, byle był.
Beti, jak długo Ty jesteś na terapii? Czy faktycznie uznajesz za fakt, że mąż pił, bo uciekał przez Tobą? Zgadzasz się z tym, że alkoholik pije przez coś, przez kogoś, a nie po coś?
Czytałaś to?
http://www.opoka.org.pl/b...aleznienie.html
Po to sobie ludzie wymyślili te terapie dla współuzależnionych, żeby uniknąć albo choćby zmniejszyć ból jaki czujesz dziś. Żona alkoholika stara się, znosi, cierpi też nie przez kogoś ale po coś. Liczy m.in., że cierpienie zostanie nagrodzone, docenione, a tu zonk. I jest jeszcze gorzej, bo nawet nikt jej nie współczuje. Jak była sama, niedoceniona, tak sama zostaje. I jeszcze odczuwa stratę. To co znane, oswojone, te huśtawki nastrojów, czujność, czy nie zapije, poczucie kontroli sytuacji, dramaty i miodowe miesiące, nagle znika i kuriozalnie znika poczucie bezpieczeństwa, jakie sobie z uzależnionym stworzyła. Nierzadkie są sytuacje, gdy cały znany układ się rozwala jak mąż zaczyna trzeźwieć ale nie jako konsekwencja stanowczej miłości. Powody są najróżniejsze. A takie, że uzależniony się zachłysnął zmianą i "klekajcie narody" albo, że ujawnią się problemy związku zakryte dotychczas butelką, albo, że małżonków nic już poza problemem alkoholu nie łączy (nie ma nawet tematów rozmów), albo, że żona zostaje w tyle ze swoimi zmianami, albo, że uzależniony na terapii poznał "bratnią duszę". Nie można wykluczyć, że po początkowym zachłyśnięciu nowością trzeźwiejący się odchłyśnie ani też tego, że wróci do picia. A Beti, Ty żyjesz, nie pijesz. Jesteś pokaleczona, ale dostałaś szansę, żeby żyć inaczej, lepiej, z sobą wreszcie ważną. Jak sobie tą szansę dasz, porozpaczasz, wygniewasz się za to co było, odzyskasz spokój, a co się zdarzy nie jesteś w stanie przewidzieć. Skorzystaj z możliwości terapii. Jest tego trochę. Indywidualna pozwoli Ci zrozumieć i poznać siebie, a na grupowej (jeżeli masz takie potrzeby) będziesz mogła "zbić się w stado" z kobietami w podobnej sytuacji, posłuchać i powyciągać wnioski.
Mąż, abstrahując od swojej decyzji co do małżeństwa, też dostał szansę. Szansę, że będzie żył.

Anonymous - 2014-06-12, 10:23

tyle się napisałam i mi wcięło wszystko. Więc teraz krócej napiszę.
Wiem, że oboje dostaliśmy szanse. Modliłam się całymi latami o nasze małżeństwo, o uwolnienie z nałogów, o to bym nie zgorzkniała, w końcu już nie modliłam się o konkrety tylko oddawałam siebie i męża w najczulsze ręce Boga. Powtarzałam i powtarzam: Bądź wola Twoja, nie moja. Moje plany/pomysły/marzenia to były zamki budowane na piasku. Prosiłam i proszę Świętego Józefa mojego ukochanego opiekuna o pomoc, żebym w końcu zaczęła żyć naprawdę i nie miała rozdartego serca. I mam ten pokój w sobie. Dochodzi do mnie świadomość, że może moja modlitwa została wysłuchana. Pan Bóg wie lepiej, widzi wszystko z perspektywy wieczności a nie tak jak my często widzimy sprawy z czubka własnego nosa. Teraz jestem długo poza domem i już wypieram fakt jakie to życie było smutne, samotne. Ciągle miałam przekonanie, że za rogiem czeka to lepsze życie z moim "odmienionym, trzeźwym-jedynym" mężem. Muszę nauczyć się cierpliwości bo odkrywanie woli Bożej może trwać przecież dłuugo.

Anonymous - 2014-06-12, 10:39

beti7777 napisał/a:
Zrobiłam wiele, żeby doprowadzić męża do podjęcia walki o siebie, o swoje godne życie. Niestety, beze mnie.

Beti Twój mąż narazie tak ma......jak długo będzie mu wygodnie bez ciebie czas pokaże......ale jak wspomniała mgła1:
mgła1 napisał/a:
Beti, każda porządna terapia jest też powrotem alkoholika do wartości, jaką jest rodzina. Tam się dużo mówi o tym, że ochota na nowy, lepszy związek jest ułudą, mirażem, iluzją, przed którą przestrzega się alkoholika.

Powiem na swoim przykładzie, że gdy mąż podejmował leczenie, twierdził że ja mu nie pomagałam, że go nie wspierałam, że jest ktoś inny kto mu pomaga (rodzina, koledzy, znajomi z AA.....nie wiem). Ja na początku tłumaczyłam się, że mu pomagałam, że pytałam czemu pije, z czym sobie nie radzi, że prosiłam ,błagałam, groziłam, szantażowałam byleby przestał pić, nakłaniałam do trzeźwego zdrowego życia, naklaniałam na leczenie.........i wiesz co nie chciał tego słuchać, widział tylko to co chciał........potem już nie tłumaczyłam się, tylko mówiłam mu, że inaczej nie mogłam postępować, musiałam stanowczo działać (alimenty, policja, gdy miał wypite zabierałam dzieci i jechałam do siebie itp) to były moje stanowcze granice po to by on otworzył oczy, musiałam działać bo nie chciał słuchać........
również usłyszałąm, że jest mu lepiej beze mnie, bo nie musi słuchać mojego narzekania. I pewnie miał rację, że było mu lżej, tak wtedy czuł........ wspominał o rozwodzie bo chciał mieć dzieci przy sobie, szantażował mnie........
Nie było mi lekko z tym......ja cały czas modliłam się za niego, za mnie bym wytrwała......
Mąż jest dzisiaj na leczeniu, to już 4 miesiące, to leczenie zamknięte, narazie trzyma się dzielnie, ja go wspieram, jeżdżę do niego z dziećmi, podkreślam że go kocham, że fajnie, że możemy na trzeźwo porozmawiać, podkreślam że za nim tęsknimy bo dzieci też......już nie mówi ,że mu nie pomogłam, nie wypomina mi narzekania, myśli o powrocie do nas.......i to wszystko dzięki BOgu.......ja nadal się modlę za niego, i ufam że będzie dobrze......juz jest........ ;-)
Beti nie załamuj się, dbaj o siebie, dbaj też o swoją godność miłość do siebie i do męża,........a wszystko będzie dobrze, zaufaj Bogu........

Anonymous - 2014-06-12, 11:11

Powinnam jeszcze napisać, że dzisiaj jadę na spotkanie z proboszczem naszej parafii. Chcę go zapytać, czy poprzedni ksiądz, który był na parafii w okresie gdy braliśmy ślub pozostawił jakąś notatkę dotyczącą pewnej naszej rozmowy. Chodzi mianowicie, o to że przed ślubem gdy były już zapowiedzi ogłaszane zaczęło mnie coś niepokoić. Wcześniej tego nie widziałam bo narzeczony pracował za granicą i widywaliśmy się tylko na weekendy. Przed ślubem jednak wspólnie wyjechaliśmy na parę tygodni do pracy do Holandii i tam też prawie się nie widywaliśmy bo pracowaliśmy na różne zmiany. Ale tam już zaczęłam dostrzegać, że jego picie mi się nie podoba. Przywiózł z sobą parę butelek jak to stwierdził w celach degustacyjnych, poza tym uzbroił się w skrzynkę piwa. Nie kontrolowałam tego bo się prawie nie widzieliśmy. Ale dochodziły mnie informacje od koleżanek, że panowie za jego namową urządzają sobie degustacje. Poza tym widziałam, że jest bardzo nerwowy i byle pierdół wyprowadza go z równowagi. Potem wróciliśmy do Polski chyba pod koniec kwietnia a w czerwcu miał być ślub. Zaczęłam zauważać, że gdy próbuję się z nim skontaktować wieczorem to jego mama zawsze informowała, że go nie ma, jest u kolegi albo nie wie gdzie jest. Postanowiłam to sprawdzić. Przyjechałam i zobaczyłam go kompletnie zalanego, nie potrafił stać na nogach. Zrobiłam mu awanturę, poskładałam sobie jego wcześniejsze zachowania i jak często nie można było go zastać w domu. Poszłam porozmawiać z teściową i usłyszałam, że jestem jakaś dziwna bo chłop se musi czasami piwa napić i co ja za sceny wyprawiam. Wtedy powiedziałam mamie, że coś mi nie pasuje, że to picie mnie przeraża. Wszystko działo się za pięć dwunasta. Kołacz miał być rozwieziony, mama się pyta czy odmówić go. On przyjechał obrażony do mnie, że mu awanturę zrobiłam o to że się upił i że mama też chciała przyjechać z nim i rozmawiać ale że jej coś wypadło i są na mnie obrażeni. No to stonowałam, tata o niczym nie wiedział, tylko mama i siostra. Byłam jak w rozpędzonym pociągu. Pojechałam jeszcze do księdza z parafii narzeczonego na rozmowę. Nie wiem na co liczyłam. Może żeby ktoś coś zrobił za mnie. Powiedziałam mu że coś mi nie gra z tym piciem itd. Miałam jakieś takie przekonanie, że ksiądz będzie odradzał a może wręcz zabroni. Ale on zapytał czy mam świadków na to jego zachowanie, powiedziałam że siostra wie o wszystkim i mama. Powiedział, że to ważne bo gdyby się to potwierdziło to muszę mieć świadków. Ślub się odbył, pociąg ruszył. Nie dopuszczałm długo do siebie myśli, że to co się wydarzyło krótko przed ślubem będzie miało jakieś znaczenie, ale nachodzi mnie myśl, że to nie było wszystko przypadkiem. Były jeszcze inne sygnały przed ślubem, że coś jest na rzeczy. Stracił prawo jazdy za jazdę pod wpływem alkoholu, po ślubie dowiedziałm się że przez alkohol bo mi wmawiał że przez prędkość, kiedyś przyjechał do mnie i czułam od niego piwo a przyjechał samochodem, miał już oczy podbite i mówił że dostał przypadkowo. Dużo tego było. Teraz widzicie jaka to ze mnie naiwna kobita.
Anonymous - 2014-06-12, 11:25

Zmieniłam kierunek moich wcześniejszych wpisów. Ale nie mogę zaprzeczać faktom które miały miejsce przed ślubem. Moja przysięga była szczera i prawdziwa.
Mąż mówił ostatnio bardzo często, że jego dojrzałość jest cofnięta o 10 lat a może i więcej niż metryka wskazuje. I to by się akurat zgadzało.
No ale ze mna też było nie dobrze bo gdybym miała poczucie własnej wartości nie pakowałabym się na siłę w to małżeństwo.

Anonymous - 2014-06-12, 11:33

Nie chcę żebyście odnieśli wrażenie, że mi się nie układa to teraz szukam sposobu na uwolnienie się od małżeństwa. Chciałabym, żeby się okazało, że przysięga była złożona szczerze i dojrzale przez oboje. Fakty jednak są jakie są. Nie zależy mi na unieważnieniu przysięgi, zależy mi na prawdzie. Tylko. Kocham tego człowieka. Kocham to co na dnie jego serca.
Anonymous - 2014-06-12, 11:44

Beti

Przed slubem to każdy ma zaćmę na oczach, albo raczej różowe okulary.
Gdyby tak nie było, to ludzie by się pewnie nie żenili. Nie masz się co oskarżać.
W takich sytuacjach można co najwyżej ubolewać, że ktoś z boku, np ten ksiądz nie pomógł Ci (nie ostrzegł) tylko pytał o jakichś świadków. Świadków czego? czy do tego żeby odłożyć ślub są potrzebni jacyś świadkowie? bo nie rozumiem.

Anonymous - 2014-06-12, 12:17

Myślę, że chodziło o kogoś, kto oprócz mnie wie o jego "ekscesach"
Anonymous - 2014-06-12, 13:11

Beti w takich kryzysowych momentach każdy z nas zadawał sobie pytanie:Czy mój ślub był ważny? To zrozumiałe. Ale nie ma co na razie podejmować kroków w sądach biskupich itp.
Odetchnij,skup sie na innych stronach życia niz małżenstwo. Poczekaj aż mąż skonczy terapię. Być może i w Tobie została jakaś rana,czułe miejsce,w które mąż uderzył słowami,że przez Ciebie pije? Te słowa bolą ,ale myślę,że kiedy już je napisałaś sama zobaczyłaś jak bardzo nieprawdziwie to brzmi.

Zobacz co juz osiągnęłaś.Jaką miałaś siłę do zmian. Czy teraz masz się poddać i popaść gorycz i rozczarowanie? Przecież nie tkwisz dzisiaj w patologicznej rodzinie a własnie to byłoby najgorsze. NA razie bym sie słowami meża do końca nie przejmowała. Alkoholicy,którzy zdrowieję na początku maja stany depresyjne bo dotąd to alkolol rozweselał i mózg się do takiego stanu rzeczy przyzwyczaił. Trochę potrwa to odtruwanie organizmu i duszy. Potem różne rzeczy się mogą wydarzyć.

Anonymous - 2014-06-12, 14:21

beti7777 napisał/a:
Kocham tego człowieka. Kocham to co na dnie jego serca.

To samo mogłabym napisać... Pięknie to ujęłaś.
Myślę Beti, że nie powinnaś tracić nadziei. To co się teraz dzieje w Twoim małżeństwie to jakiś etap, trudny co prawda, ale kiedyś zapewne minie, mąż będzie sobie uświadamiał coraz więcej i w końcu zrozumie, że jesteś dla niego najważniejszą osobą...
On dopiero zaczął trzeźwienie, to wszystko jest świeże, on nadal jest "władcą świata", tylko teraz inaczej to się wyraża ;-) Módl się nadal za swojego męża, a Bóg na pewno tak pokieruje leczeniem, że myślenie i w tym temacie mu się zmieni. Dobrze by było, żebyś i Ty dołączyła do jakiejś grupy, czy wspólnoty, łatwiej Ci będzie przetrwać ten trudny czas.

Pogody ducha!



Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group