Uzdrowienie Małżeństwa :: Forum Pomocy SYCHAR ::
Kryzys małżeński - rozwód czy ratowanie małżeństwa?

Rozwód czy ratowanie małżeństwa? - Nadzieja umiera ostatnia...

Anonymous - 2013-12-11, 11:51

krawędź nadziei napisał/a:
PRAWDA.
Jadę po nią. Nie mam wyjścia, jeśli chcę normalnie funkcjonować i nie dać się niszczyć.
A jak ją poznam, to już mnie Bóg poprowadzi co mam robić dalej.
Na razie mam 6h drogi, sporo czasu na modlitwę.
Ze mną różaniec i jego Królowa.


Dokładnie też tak zrobiłam. Prawda była okrutna. Ból i rozpacz nie do zniesienia. Ale modliłam się do Matki o tą prawdę. Dostałam ja.
Myślę, ze gdybym tego nie zrobiła do dziś dnia żyłabym w niewiedzy, a mąż nadal by kłamał (w sumie to on cały czas kłamie, gra, ale tą podstawową prawdę kochanka + on=wspólne mieszkanie, znam.

Wspieram Cię modlitwą. Niech Cię Matka Boża prowadzi.

Anonymous - 2013-12-11, 11:55

Chyba szkoda kasy na bilet czy benzyne ...
Bo prawda i tak jest dość oczywista

Anonymous - 2013-12-11, 13:54

No to dobrze, niech ją z siebie wreszcie wykrztusi! Chce to usłyszeć nie się tego co rano domyślać i przez telefon słuchać zaprzeczen
To jest warte wiecej niz bilet (btw polecam polski bus, szybko tanio i przyjemnie) - mój spokój i koniec z trzymaniem mnie na krawedzi.



Dzieki Dorota..

Anonymous - 2013-12-11, 14:32

Krawedz Nadziei wspieram Cie modlitewnie w tym przedsiewzieciu. Oprocz Boga i Maryi masz mnostwo osob, ktorzy duchowo Cie wspieraja i beda podpierac, bys nie upadla!
Anonymous - 2013-12-12, 08:28

Pomocy! mam dzisiaj taki dzień, że nie mogę oddychać...

Był mój Mąż przedwczoraj....powiedział, że już nie będzie się nad niczym zastanawiał...że nawet gdyby mnie bardzo kochał, to nie wróci nigdy...bo nie chce mieć nic wspólnego ani ze mną ani z moją rodziną...A ja nie potrafię się podnieść...jego słowa tną moje serce na kawałki...modlę się...tylko się modlę...ale dziś po prostu brakuje mi tchu...tak po ludzku...

Wesprzyjcie modlitwą...

Anonymous - 2013-12-12, 08:35

Kochana mój mąż też tak ostatnio mówi. Myślę, że to klasyka z ich strony. Pomyśl jedno, oni tak naprawdę sami nie wiedzą co będzie za jakiś czas. Westchnij; 'Jezu Ty się tym zajmij..." i zobaczysz, będzie lżej się podnieść. Ja też powoli uczę się nie pisać scenariuszy, oddać wszystko Bogu, nie zastanawiać się nad każdym słowem wypowiedzianym przez mojego męża. Boli, to wiem, czasami okrutnie, ale jest z nami Bóg, który nas prowadzi.
Wspomnę w modlitwie.
Pogody ducha.

Anonymous - 2013-12-12, 13:02

Trzymaj się Asienqua, wiem co czujesz, ja też już te słowa swego czasu słyszałam i świat zwalił się na głowę. A potem było pięknie. Teraz co prawda mamy ponownie "pod górkę" ale uczę się ciągle "nie słuchać 80% tego co słyszę" i "nie widzieć tego co robi"
Lekko nie jest, ale wpływ mam na moje "odbieranie świata" coraz większy.
A co za tym idzie - większy spokój.
Dzięki modlitwie i próbach pracy nad sobą.

Ty też już przez te słowa raz przechodziłaś.
Więc może to znów tylko słowa?

Każdy deszcz się kiedyś kończy.

Czasem zdążymy zobaczyć tęczę nawet kiedy jeszcze pada.

Pomodlę się za Was dzisiaj.

Anonymous - 2013-12-12, 13:04

hej

co myślicie o wizycie u psychologa w czym on jest wstanie mi pomóc czy ja mogę się jeszcze inaczej zachowychać ,żeby mąż został?

Anonymous - 2013-12-12, 13:05

asienqa. tak mi przykro. ja sądzę, że ludzie robiący i mówiący takie rzeczy swoim najbliższym, raniący tak dotkliwie i celowo, będą tego kiedyś gorzko żałowali.
Ale ból, który teraz Cię spotyka musi być straszny. Oby modlitwa przyniosła Ci pogodę ducha.. Spróbuj oddać swoje krzywdy w intencji tego, kto cię krzywdzi. To uwalnia.


--
Ja natomiast wróciłam. Wyjazd bardzo potrzebny.
To było jak wjechanie nożem w ropiejący wrzód. Nie mogłam żyć dłużej z wrzodem. Wylała się cuchnąca ropa, a ja czuję oczyszczenie.

Sprawdziły się moje najgorsze przeczucia. Nie, mąż nie przeprowadził się tam z nią, ona już wróciła do siebie, i nie będą razem (to wersja na dziś..). Ale inne, gorsze rzeczy są faktem.

Dzięki temu wyjazdowi dotknęłam gołą ręką tej ropy, tego grzechu, zobaczyłam upadłego na dno człowieka. I zrozumiałam, że muszę się przenieść za mur, bo inaczej on utopi w tym syfie i siebie i mnie.
Te plany, te trójkąty, to żałosne wahanie bez końca, ta niesłowność, to nieodróżnianie dobra od zła, te płaczliwe miny, te wieczne "nie wiem co robić, to nie takie proste". Okropność, fuj, wybiegłam z rozmowy bez pożegnania, z obrzydzeniem, prosto do pociągu który wywiózł mnie stamtąd czym prędzej!

Zatem ucinam jakiekolwiek kontakty z tym smutnym zdemoralizowanym pogubionym osobnikiem, którym stał się mój mąż. Nie jest to na pewno ktoś, z kim chcę mieć cokolwiek wspólnego - na tym etapie mogę się za niego tylko modlić, ale nie mogę go wpuścić za próg, nie chcę już nic od niego. Bóg może go przemienić, jeśli mąż o to poprosi. Na pewno może, tego jestem pewna. I jestem pewna, że tak jak każdym z nas, jest w nim na dnie błota piękny czysto biały kamień... Ale teraz jest przywalony metrami błota.

To jest ciężko chory człowiek. Chory na duszy.

Nakreśliłam mu moje stanowisko wobec faktów. Przekazałam, że w każdej nawet tak trudnej sytuacji jak teraz, Bóg pokazuje nam jasno drogę dobra. I ja zawsze będę go wspierać w drodze ku dobremu, ku naprawie krzywd.
Ale jeśli dalej chce kontynuować owe krzywdy w imię swojego niezdecydowania, wahań itp żałosnych szczeniackich rozterek, w imię swojej słabości moralnej - no to ja dziękuję.
Niech przyśle kogoś po rzeczy, przelew poproszę co miesiąc na dzieci, ustalimy dni i godziny gdy ja przekażę mu dzieci przed furtką.

Straszne, że to może być jego ostatnia szansa uratowania swojej duszy przed śmiercią i on może tego nie wykorzystać.

Nie krzyczy, nie atakuje, wygląda raczej jak strzęp człowieka, śmierdzący alkoholem rozczulający się nad sobą autor złamanego życia. Patrzy smutno w oczy, łapie za rękę, mówi że czuje modlitwy ale jest zablokowany. Opowiada o tym jak mu ciężko (sic!), ale to wersja dla mnie, dla tej wymagającej żony.. Dla kochanki jest raczej mniej płaczliwa wersja.
W sobotę jedzie do przewodnika duchowego.
To bardzo dobrze, chwała Panu. Ale ja się na razie odcinam. Jeśli się pojawi osobiście to przed furtką go wysłucham i zadecyduję co dalej.
Zobaczyłam skalę spustoszeń w nim i zdecydowałam - jak najdalej od niego teraz w takim stanie! Uciekam!

Modlę się dalej za niego i ofiarowuję Sakramenty sw. w jego intencji. Targuję się dalej, jak Abraham o Lota - ale już z daleka, zza mojego muru.

Anonymous - 2013-12-12, 13:14

Bardzo mi przykro, że tak u Ciebie KN wyszło, bardzo Ciebie wspieram musisz być silna .
U mmnie bez zmian i zastanawiam się nad wizytą u psychologa czy ona może coś zmienić?

Anonymous - 2013-12-12, 13:16

Krawędż nadziei wspieram Twoje postanowienie. Jesteśmy dokładnie na tym samym etapie :-) . To bardzo trudne, ale nie mamy innego wyboru. Nie możemy utonąć razem z nimi.
Trzymaj się

Anonymous - 2013-12-12, 13:31

Basia, to nie tyle wyszło, ile było wcześniej. Ja się wreszcie uwolniłam od kłamstwa.. Uf.

Dzięki Dorota. Ja myślę, że po czymś takim już się nie cofnę krok wstecz. Ten widok, ta świadomość - ja tego nie zapomnę. Zobaczyłam kim on jest naprawdę, bez przysłony kłamstw i smutnych opowieści o ciężkim wyborze - i nienienienienie!! Brrr. To nawet nie jest mężczyzna w tym momencie. Daleko, daleko, uciekam daleko. On wie że ma moje modlitwy i więcej dać nie mogę.

Btw, od września mam awarię prawego palca serdecznego, obrączka ucisnęła mi nerw i coś ciągle jest nie tak, raz puchnie, raz zdejmuję, raz zakładam, coś z krązeniem itp. Nie wierzę w takie znaki, ale tak się złożyło że wczoraj przełożyłam obrączkę na lewą rękę.
Zawsze się wzbraniałam, bo to przecież oznacza wdowieństwo.
Ale czy nie jest tak?
Mój mąż umarł - jest w stanie śmierci duchowej.
To dobre miejsce na moją obrączkę.
No i prawy palec serdeczny może się wyleczy ;)

Anonymous - 2013-12-12, 13:36

KN czy wizyta u psychologa może coś pomóc ja potrzebuję wsparcia chociaż ma jeszcze nadzięję ?
Anonymous - 2013-12-12, 13:44

A skąd ja mogę wiedzieć, Basiu kochana...
Ja mogę tylko powiedzieć co mi pomogło.
Mi pomogła wspólna terapia małżeńska ale na innym etapie: gdy mąż próbował do mnie wrócić. Natomiast małżeństwu nie bardzo pomogła ;)
Pomogła mi i pomaga mi dalej wsparcie doradcy małżeńskiego z ośrodka formacji duchowej przy parafii. To ta młoda teolog. Walczyła razem ze mną, tłumaczyła mężowi różne rzeczy, a teraz gdy on to olał, to wspiera mnie w modlitwie, w jakimś takim godnym tego przejściu. To bardzo cenne dla mnie.

I pomogły mi rekolekcje sycharowskie - chyba najbardziej.
Może pójdź po prostu na spotkanie Twojego ogniska sycharowego, i zacznij od tego.


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group