Uzdrowienie Małżeństwa :: Forum Pomocy SYCHAR ::
Kryzys małżeński - rozwód czy ratowanie małżeństwa?

Odbudowa związku po kryzysie, zdradzie, separacji, rozwodzie - Bardzo trudna sytuacja - zdrada

Anonymous - 2013-10-11, 12:00

ja_tez napisał/a:

To jest Twoje doświadczenie, które w Twoim przypadku miało taką a nie inną formę, taki a nie inny skutek. Ja przytaczając swoje mogłabym powiedzieć to samo co Ty - a jednak uważam, że tylko dzięki takim, a nie innym działaniom mój związek przetrwał. Nie roztrząsam, nie analizuję, nie gdybam. Bo normalnie to zachowałabym się zupełnie inaczej. Wyszłam ze swojego schematu myślenia i zachowań. I do dzisiejszego dnia nie wiem, dlaczego tak, a nie inaczej postępowałam

Masz rację. Taki dostałam scenariusz i tak go rozegrałam. Każdy dostaje inny scenariusz.

Niepotrzebnie się porównuję do np. Swallow, która "nie chciała męża takim, jakim wtedy był"". I to jest słuszne, i to jest mądre. Swallow stanęła w prawdzie zanim się musiała zdeklarować czego chce.
Ja najpierw się zdeklarowałam na ślepo, nie wiedząc co czynię, a dopiero potem stanęłam w prawdzie. I wyszło, że odzyskiwałam zdrajcę a nie męża. Głupio się czuję z tym i tyle.
Ale widocznie taki był scenariusz tego dramatu dla mnie.

nutka napisał/a:
hmmmm.... jakież to dziwne. Typy naszych mężów tak po wstępnej analizie jakże podobne - wszystko robił i się zachowywał, abym to ja podjęła decyzję - wywaliła z domu, spakowała rzeczy, podjęła decyzję za niego, a ja się zawzięłam, że to musi być jego decyzja i że daję wolną rękę, choć pokazywałam, jak bardzo mi zależy, aby jednak pozostał,

Tak, schemat ogólny podobny.
Unikanie podejmowania decyzji. Zrzucanie odpowiedzialności na drugą stronę.
Edit: ale ja wcale nie jestem też taka święta i mądra. Wiele miesięcy przed zdradą odrzucałam męża i wspominałam sama o rozwodzie, a gdy mnie zapytał w Wigilię czy rozwód, odpowiedziałam wtedy Nie wiem..
Tak, nasze małżeństwo było chore i to co się stało jest jedyną okazją do uzdrowienia go.

Nutka - strasznie mi przykro czytać, że Twój mąż w tej sytuacji wycofał się. Wręcz głupio mi pisać jak u mnie potoczyło się w dobrą stronę - zwłaszcza że to wszystko jest bardzo nowe.
Ale kto wie, co się dzieje w sercu ludzkim. Może w Twoim mężu wciąż dojrzewa przemiana. Pomodlę się za Was.

Anonymous - 2013-10-11, 12:16

dzięki bardzo...
no właśnie... bo to smutne, że dajesz wybór, że czekasz, że próbujesz, że szukasz pomocy - że wiesz, że kryzys sięgnął dna nie przez Ciebie - a on się odwraca na pięcie ... i pozostaje tylko żal, poczucie krzywdy i ból dzieci, na który codziennie patrzysz ... nawet jak chcesz zapomnieć na chwilę, to są dzieci i ich cierpienie, tęsknota, miłość i tylko smsy od taty. Dlatego uważam, że warto pokazać choćby dzieciom i dlatego nie decydować się nawet na separację, że wszystko się da pokonać z wiarą i nadzieją i miłością - tylko obawiam się, że u tych zamkniętych zorientowanych na jeden cel "rozwód" - i wiara i nadzieja i miłość już nie istnieją - przynajmniej nie dla tego związku ... I dlatego szukam rad - jak się zachowywać na tym etapie - skoro poprzednie nie przyniosły efektu - albo przyniosły - tylko nei takie jakich oczekiwałam, i jeszcze w tym złym postępowaniu (bo jakby nie było - opuszczenie rodziny jest złem) nie widzę sensu, nadziei.. chciałabym wierzyć, ze w sercu mego męża następuje jakaś przemiana, modlę się o to i wierzę, że kiedyś to nastąpi - ale póki co on widzi tylko te zewnętrzne burze i niedogodności, za które i tak mnie wini. Dlatego to takie trudne! więc dziękuję za nadzieję, którą mnie wspierasz !

Anonymous - 2013-10-11, 12:34

grzegorz_ napisał/a:
Lepsze jest realne spojrzenie na sytuacje , zamiast tkwienie w złudzeniach.


Grzesiu, a jakie to jest "realne" spojrzenie? Statystyczne?
Wiesz, jak to jest ze statystyką. Jeśli ja mam dwie nogi, a pies cztery, to statystycznie mamy po trzy nogi.

Piszesz to jakbyś:

- znał przyszłość nie tylko swoją, ale i bliskich
- znał myśli, motywacje innych
- znał i doświadczał życia innych

Nie patrz na innych, na statystyki, na to co ktoś uznał coś za realne, a coś za nierealne. Bo w ten sposób sam zamykasz sobie wiele drzwi, ograniczasz się, a wynikiem tego są smutne myśli, niechęć do zmian, zniechęcenie, pesymizm.


grzegorz_ napisał/a:
Uświadomienie sobie smutnej prawdy pozwala odbić się od dna, w miejsce dreptania
w miejscu i myślenie ....może jutro stanie się cud.


Ależ zabronione jest dreptać w miejscu. Dreptaniem w miejscu jest poddanie się pesymizmowi, bo skoro nie widzisz dobrze przyszłości i nie masz nadziei, to po co w ogóle coś robić? Jeśli cel wydaje Ci się nierealny, to może zmień cel? Może wystarczy ten cel urealnić? Dlatego ja modliłam się o siebie, o swój nastrój, o swoja pogodę ducha. Bo wtedy cokolwiek mnie spotkałoby - dam radę!

grzegorz_ napisał/a:
A co do romantyzmu Swallow, w innych wątkach kreśliłaś obraz mężczyzny
który zabiega o kobietę, przynosi kwiaty, stara się cały dzień, aby otrzymać nagrodę wieczorem , zatem twoja wizja zwiazku aż taka racjonalna i przyziemna nie jest;)


No mam nadzieję, że nie jest przyziemna. :mrgreen:

I co do nagrody wieczorem - e-e. Musiałeś coś źle zrozumieć. Robienie czegoś dla nagrody jest zawsze moim zdaniem rodzajem manipulacji. Dajesz miłość - nie oczekując. A nagroda sama wpada, jakoś tak nieoczekiwanie.

Nie wiem, czy pamiętasz wpis mojego męża - pisał, że najpierw zdecydował o powrocie i wcale nie trafiła go druga strzała amora do mnie. Po prostu chciał żyć lepiej, z Bogiem. Dopiero kiedy wrócił duchowo, mogliśmy popracować (oboje!) nad tą romantyczną stroną. Myślisz, że ja tkwiłam cały czas w zakochaniu do męża? Ależ absolutnie nie. Musiałabym być mocno zaburzona, by czuć silne zakochanie do kogoś, kto zawiódł, kto się upadla, kto żyje z kimś innym, zdradza mnie, kto niszczy rodzinę. Kochałam go, ale na 100% nie byłam zakochana, trudno mi było go szanować. Ale czy teraz, po tych miesiącach mogę powiedzieć, że nadal jest tak "bez zakochania"? No nie mogę. Mnóstwo uczuć i emocji miłych wróciło, wrócił szacunek, wróciła bliskość, wróciła tęsknota, przyjemność z przebywania razem. To jest inne, niż na początku znajomości i małżeństwa, ale wcale nie gorsze. I nie przyszło od razu po kryzysie. Najpierw była rozmowa "biznesowa". Chcemy spróbować, budujemy na skalę i zaufamy Jezusowi. A potem dobra wola z obu stron. Wszystko jest teraz inne, głębsze, słodsze. Choć okupione bólem. Nie szkodzi. Liczy się to, co jest tu i teraz.

nutka napisał/a:
Ale czy w sprawie błędów popełnianych wobec dzieci przez "męża w amoku" też byłaś taka łaskawa, bez napominania, niech robi co chce - spotyka się raz na dwa tygodnie - to też OK? mimo, że inaczej to przedstawiał? Tu bez wymagań ... bez zasad - czy jednak z podpowiedzią kiedy to mógłby łaskawie się zająć, czy sztywno ustalone reguły? Ach... też już chciałabym tak móc udzielać rad , ale tak jak piszesz, trzeba tę troskę zostawić Panu, on ma swój plan.


Wiesz, co? Był czas, że obawiałam się, jak dzieci (zwłaszcza córka) zniosą nieobecność ojca. Ale nigdy nie miałam okazji wchodzić z mężem w dyskusje na temat wychowania dzieci w tej trudnej sytuacji, bo tutaj on całkowicie poddał się mojej wizji. To znaczy, wizyty u nas w domu, w domu jego rodziców i w miejscach neutralnych - kino, pizzeria, plac zabaw. Mnie nie ma wtedy - bawią się razem, ale beze mnie (ja wtedy zajmowałam się sobą). Żadnego udawania rodzinki. Ale zawsze i wszystkie rozmowy były spokojne, bez podnoszenia głosu, dzieci nie widziały nas kłócących się. Oczywiście - poprosiłam, by dzieci nie spotykały się z tą kobietą. Zgodził się i pilnował tego. Nie miałam więc problemu. Co by zrobił, gdyby chciał i złamał ustalenia? Szczerze? Nie wiem. Staram się nie gdybać i nie martwić się na zapas, bo to bez sensu, więc naprawdę nie wiem. Miałam jeszcze jeden sposób na w miarę poprawną komunikację między nami. Ja jestem dość złośliwa, walczę z tym, ale bywam złośliwa. Żebyś wiedziała, jakie rozmowy prowadziłam z mężem, którego nie było? Uch! Wióry fruwały. Ale po takiej wyimaginowanej rozmowie, emocje opadały, przychodziło opanowanie, rozum (że po co się tak wyzłośliwiać? ani to nie spowoduje cofnięcia czasu, ani nie będzie prawdziwym przekazem, ani by się to Bogu nie podobało). Rozmawiałam więc uprzejmie, ze spokojem, chłodno, ale uprzejmie, bez złośliwości. To była też praca nad sobą w tym momencie, bardzo trudno jest powstrzymać się od szpilki, kiedy wiem, co go zaboli. Ale czy o to chodzi? O wbijanie szpilek, o pokazywanie marności tego małżonka? On i tak ani nic na ten moment nie zrozumie, a jedynie będę go utwierdzać w decyzjach, bo od takiej jędzy złośliwej tylko uciekać. :mrgreen: Mąż mówił, że nastawiał się na szpilki. A tu zero szpilek. :) Lubię zaskakiwać swojego męża. :)

[ Dodano: 2013-10-11, 13:39 ]
krawędź nadziei napisał/a:
I wyszło, że odzyskiwałam zdrajcę a nie męża. Głupio się czuję z tym i tyle.


No weź przestań, Dziewczyno, co Ty wygadujesz? Mąż jest mężem. Wyszłaś z miłością, dając miłość, z serduchem na dłoni. Byłaś Żoną, przez duże Ż. Komu innemu powinno być głupio... Budujecie, nie każdy potrafi się zatrzymać, Twój mąż potrafił. Z poślizgiem, ale dał radę. Nie dołuj się i faktycznie nie porównuj się, bo nie ma to sensu. Pozostaję w modlitwie. :)

Anonymous - 2013-10-11, 12:57

Swallow Twoje wypowiedzi napawają mnie strasznym optymizmem, pogodą ducha, dają wiarę, że nie ma sytuacji beznedziejnych i wiele wiele uczą.
Swallow napisał/a:
Ja jestem dość złośliwa, walczę z tym, ale bywam złośliwa

To takie moje, tyle razy obiecuję sobie, jak przyjedzie mąż do dzieci, będę opanowana, nie dam ponieść się emocjom. A potem zaczynają się szpileczki. Jedna, druga, trzecia...
Swallow napisał/a:
On i tak ani nic na ten moment nie zrozumie, a jedynie będę go utwierdzać w decyzjach, bo od takiej jędzy złośliwej tylko uciekać

Tak święta prawda, tylko trudno z tym wyciszeniem u mnie jak go widzę, jak zgrywa raz na miesiąc super tatusia przez 2 dni, zasypuje dzieci prezentami, a potem miesiąc siedzi z kobietą i jej dzieckiem. :cry:

Anonymous - 2013-10-11, 13:04

dorotakm napisał/a:
Swallow Twoje wypowiedzi napawają mnie strasznym optymizmem, pogodą ducha, dają wiarę, że nie ma sytuacji beznedziejnych i wiele wiele uczą.

Podpisuję się pod tym obiema rękami.
Dzięki Swallow.

Anonymous - 2013-10-11, 13:42

Dziękuję Swallow za Twoje świadectwo :-)
Anonymous - 2013-10-11, 21:28

Myślicie, ze stracone zaufanie u partnera (przez zdradę) można odbudować? Tym bardziej ze próbowaliśmy przez rok, ale wszystko skończyło sie separacja. Myślicie ze takie mieszkanie oddzielnie może wpłynąć na to ze maz mi zaufa na nowo?
Anonymous - 2013-10-12, 17:32

myślimy ,że można odbudować :lol: -trzeba się tylko ...BARDZO starać

ale bardzo znaczy ....BARDZO :lol:

Anonymous - 2013-10-14, 06:23

Walka o małżenstwo sie juz chyba skończyła, zona chce sie wyprowadzic, znalezc mieszkanie, ja niby zostanę w naszym domu. Opieka naprzemienna, separacja, bo na rozwod nas teraz nie stać. Teraz tylko sie martwię jak dzieci to przeżyją. Nic nie jest jeszcze pewne ale tak to ustalilismy. Teraz mogę sie juz tylko modlic, im bardziej się starałem, tym bardziej rosły jej skrzydla. Straszenie rozwodem nie pomoże, bo ona tego chce. Jej głownym i jedynym celem to połączenie sie z kochankiem.
Anonymous - 2013-10-14, 07:23

niech idzie i niech poniesie konsekwencje swoich wyborow, sa dzieci wiec tak rozowo i kolorowo nie bedzie ani jej samej, ani z kochankiem
przyjmuj co przynosi zycie, pracuj nad soba
pozdrawiam

Anonymous - 2013-10-14, 09:55

Peter, poczytaj o różnicach między separacją a rozwodem. Mam na myśli zwłaszcza te duchowe, ale prawne też. Fajnie by było, jakbyś w pewnym momencie doszedł do wniosku, że rozwód nie, ale nie dlatego, że kasy brak, tylko dlatego że to jest złe.
Anonymous - 2013-10-14, 11:23

grzegorz_ napisał/a:

często pada dużo górnolotnych słów....odpowiedzialność, sakrament, empatia, sumienie,
obowiązek, właściwa postawa, ale tak naprawdę...każdemu chodzi o MILOSC. Nie ma się co czarować.


Ja myślę, że chodzi o szczęście, którego szuka się poza sobą - w drugim człowieku.
Cytat:
"Jak reagujesz na swoje rozczarowania? Albo stałeś się cyniczny, albo stałeś się religijny. Jeśli stałeś się cyniczny, obwiniałeś wszystko, tylko nie siebie. Jeśli jesteś żonaty, mówiłeś: "Gdybym miał inną żonę, byłbym szczęśliwy". Lub mówiłeś: "Gdybym miał inną pracę, gdybym odwiedził inny klub nocny, gdybym mieszkał w innym mieście, byłbym szczęśliwy". W każdym przypadku czyniłeś własne szczęście czymś, co pochodzi z zewnątrz ciebie. Nic dziwnego, że nigdy nie jesteś szczęśliwy. Gonisz za mirażami, aż dopadnie cię śmierć.
Arcybiskup Fulton J. Sheen.
To trudne słowa ale czuję że jest w nich prawda.

Mój mąż nie był szczęśliwy w małżeństwie już dwa lata. Ja też nie byłam szczęśliwa. Oboje nie zrobiliśmy nic prócz ignorowania tego i przedłużania. I niestety okazało się, że mój mąż uznał że ma prawo "szukać szczęścia z kimś innym, skoro my sobie go nie dajemy"
I to szczęście miało postać najpierw fajnego flirtu, potem przekroczenia czerwonej linni seksu, a potem zauroczenia, akceptacji bezwarunkowej (bez zrzędzenia żonowego), odmłodzenia, podróży w czasie, odnalezienia tego co było między nami 15 lat temu, szału zmysłów, zatracenia. Chyba tego, co nazywasz Grzegorzu Miłością. Jedną z jej postaci.

Potem to uciął. Sam najlepiej wie dlaczego.
Teraz gdy zapytałam go (napadają mnie nieuzasadnione obawy), czy wciąż do niej coś czuje, odpowiedział "Do kogo? do tamtej..? nie, już nic.".
Zakładam że to prawda (oczywiście nigdy nie uwierzę już na 100% zwłaszcza samym słowom, ale tu akurat idą za tym czyny). Zresztą muszę dać ten kredyt zaufania jakiś.
Poza tym laska pociesza się już innymi i też wygląda że odpuściła sobie. Więc przyjmijmy że sprawa jest przeszłością.

No i gdzie teraz jest mój mąż?
Miłość gorącą romantyczną do mnie stracił/wyrwał, bo inaczej przecież by nie zdradził.
Miłość zatraceńczą zakazaną gorącą do kochanki uciął i ona szybko uschła.
Co mu zostało?
Nasza przyjaźn, partnerstwo, zrozumienie. Jego miłość i szacunek do mnie jako do matki naszych dzieci. Nasza teraz wspólna rozpaczliwa walka.
Zostały mu drzwi otwarte przeze mnie i szansa. Została mu rodzina, którą odzyskał.
Moje wsparcie, chociaż też i moje huśtawki. Moje cierpienie i moje oczekiwania zmian w nas obojgu. Świadomość konieczności tych zmian, zmian na lepsze.

Twierdzi, że jest wypalony emocjonalnie i "nikogo już nie kocha prócz dzieci".
I to ja też akceptuję bo muszę. Bardzo ciężko mi to akceptować, bo przecież ja też liczyłam na jego uczucie po powrocie, a tu nic. Ale są działania, praca, starania. I mnie też to czegoś uczy.

Myślę, że dotrze do niego, że tamte emocje (i ze mną i z tą drugą) to były rzeczy ważne i wpływające na życie, ale fundamentem jest coś innego. Coś trwalszego.
I na tym fundamencie mogą zakwitnąć znowu emocje.

Moja znajoma, ta co zdradzała partnera nieraz (!), tak mi tłumaczyła swoją przemianę: "tak się stało, że złamałam wtedy nogę. Z pełnej energii, brylującej w towarzystwie dziewczyny, dla której kolejne ognisko z wódeczką poza domem z nowymi interesującymi adorującymi ją mężczyznami było czymś co jej się przecież należy, i co jest takie fajne i takie ważne! - otóż nagle z tej roześmianej flirtującej ślicznotki, którą pozornie tak życie kochało, zamieniłam się w kogoś, kto nagle siedzi na wózku i nic nie może. I jakoś kochankowie spuścili z tonu i jakoś ich nie ma. Ani tych motylków.
I kto pcha wózek inwalidzki, ogarniając drugą ręką dzieci? Zdradzony partner."
Wtedy ustawiły się jej wartości. Przykre że dopiero wtedy. Ale lepiej późno niż wcale.


Peter75 , bardzo mi przykro, że żona nie opamiętała się. Że wciąż ma zachwiany system wartości.
Szkoda może, że nie spotkała kogoś takiego jak mój mąż: jedyny jego kumpel, który wprost powiedział mu, że rozwodząc się i rozbijając rodzinę będzie idiotą i kretynem. Ten kolega jest po rozwodzie, żona z dziećmi za granicą, on się pociesza nową kobietą która go złapała na dziecko, jest totalnie pogubiony, pije, jedzie na antydepresantach i bardzo bardzo cierpi. powiedział, że tego co sam przeżywa w związku z brakiem dzieci najgorszemu wrogowi by nie życzył. Był to żywy przykład do czego może prowadzić taki krok.. I to na mojego męża miało jakiś wpływ.

Oby Twoja żona kogoś takiego spotkała. Niezbadane są wyroki boskie. A Ty trwaj i buduj swą siłę.

Anonymous - 2013-10-14, 11:34

Nirwanna napisał/a:
ale prawne też.

Prawnie???
chyba nie ma różnicy,
opłaty za pozew te same,a i status w zasadzie identico z wyjątkiem "jednego"
(cywilnego małżeństwa)....

co dalej??...
alimenty -tak samo
życie na własny rachunek -tak samo
i kazdy ze współmałzonków jak mawiaja "rzepkę sam sobie skrobie"

ale....

Czym innym jest Peter separacja kościelna(nieformalna)
...i zapewne o takowa najczęściej chodzi na tym forum.
Zatem nie mylmy separacji cywilnej(formalna) ..z separacją kościelna(nieformalną).
Pierwsza to albo przedsionek do rozwodu..albo status już prawie jak rozwód

Czasami ta pierwsza to alternatywa.
znana pod hasłami w necie..
"dożywocie separacyjne"

szczególnie gdy to jest:
separacja cywilna na czas nieokreślony.

Podchodząc do tematu separacji chyba warto zadać sobie podstawowe pytanie.
Czego oczekuje po tej separacji..............

Anonymous - 2013-10-14, 13:33

miodzio63 napisał/a:
i zapewne o takowa najczęściej chodzi na tym forum.

Akurat mam dokładnie odmienne odczucia.


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group