Uzdrowienie Małżeństwa :: Forum Pomocy SYCHAR ::
Kryzys małżeński - rozwód czy ratowanie małżeństwa?

Kącik psychologiczny - Mam problem. Moje relacje interpersonalne.

Anonymous - 2012-06-21, 11:02

delirium
Koniecznie muszę napisać ...poruszyło mnie to...

Cytat:
I chociaż jest ogrom łask od Boga to moje nieprzebaczenie stoi okoniem, w poprzek, blokuje dostęp do tych wszystkich łask, do Miłosierdzia Bożego, które chce nas ogarnąć a nie może, bo nie ma na to mojej zgody.



Zaskoczę Cię ...

http://www.youtube.com/watch?v=oDavxRLjgL0
Zamknij oczy , odpręż się i przywróć do pamięci scenę biblijną UKRZYŻOWANIE...powoli zimno...ciemno...słychać krzyki przekleństw... pod Krzyżem Matka stojąca w ciszy...wszystko jakby bez sensu...tyle zamieszania...tyle drastycznych obrazów...i nic...a tu nagle...ostatkiem siły Chrystus powiada "Ojcze przebacz im, bo nie wiedzą co czynią " Chrystus patrzy na ludzi , którzy teraz nie potrafią przebaczyć, bo przecież nie chodzi o przebaczenie wewnątrz psychiczne, którzy teraz nie sa gotowi, nie potrafią ( bo przecież człowiek tego nie potrafi) , nie marnuje się Syna ofiara...Syn oddaje to Ojcu Niebieskiemu...Obraz nieogarnionego Bożego Miłosierdzia...
Sięgnij kilka lat wstecz...Jan Paweł II nie przypadkiem tulił się do Krzyża na którym Chrystus ma podniesione Oblicze ku niebu wołając do Ojca o przebaczenie w wielkim Miłosierdziu Bożym....Papież umiera w wigilię Bożego Miłosierdzia...
Ten Krzyż i ta scena której byliśmy świadkami pozostawia obraz po to by nie zapomnieć o BEZGRANICZNYM BOŻYM MIŁOSIERDZIU... zły chciałby żebyśmy uwierzyli w granice Bożej Mocy i Bożego Miłosierdzia....nie daj się zwieść...

Bóg działa mimo drzwi zamkniętych...kocha Cię tak mocno ,że nie pozbawi Cię najmniejszego detalu miłości Bożej...ufaj...

Nich Bóg błogosławi Tobie i Twoim Bliskim Bozym Miłosierdziem

Anonymous - 2012-06-21, 15:42

Mirela, dzięki.
Człowiek w codzienności zapomina o tym co napisałaś, patrzymy tak przyziemnie na Boga i Serce Jego, wkładamy Go w nasze ramki i widzimy Go w tych ramkach, tak najprościej. A przecież Jego tak się nie da, nie można Go tak potraktować. Jemu trzeba TYLKO i aż TYLKO ZAUFAĆ.
Obym i ja o tym pamiętał i inni ludzie i wszyscy kiedyś. [/u]

Anonymous - 2012-06-21, 17:58

Mirela serdeczne dzięki. Zresztą wszystkim. Marek12b7 pomyliłam ostatnio Twoje......
Ja w domu nie mam internetu, tylko w pracy. Na razie mam ograniczony dostęp. W poniedziałek będę miała więcej czasu na forum.
A na razie, cieszę się z tego co napisaliście. Co do tego przebaczenia?
Muszę to przemyśleć. Zgadzam się co do tego, że to Chrystus uzdalnia nas do przebaczenia, że sami nie jesteśmy w stanie tego zrobić. Myślę, że ufam. W każdym razie staram się na ile potrafię. Jutro 22-gi. To tak na marginesie.
Chrystus, Jego Ofiara. Zgoda. Wiem.
Ale jakoś w mojej świadomości ważny jest fakt naszej woli, oddania tego Cgrystusowi, może prośba o uzdolnienie, pomoc, a właściwie przemiana serca, żeby ...........przebaczyła? albo nie czuło nie przebaczenia. Dlatego chciałam oddać to Chrystusowi w sakramencie pojednania. Jakoś myślalam, albo byłam pewna, że bez "tego" jakoś .Do poniedziałku poczekam. Wiem, że Cgrystus działa cały czas. Może coś się we mnie............zmieni?, trochę ukształtuje................
Pozdrawiam.

[ Dodano: 2012-06-25, 09:24 ]
Pan Bóg jest niesamowity, Chrystus, to co robi, ile jest w stanie zmienić w nas i nie tylko.
Zawsze wprowadza mnie w zachwyt i podziw. Wdzięczność. I chociaż jest jeszcze dużo do zrobienia. Może bardzo dużo? Nie wiem. Zawsze wyłaniają się kolejne problemy, to co trzeba zmienić, uzdrowić. Można by powiedzieć, że bez końca, bo niby poczuło się, że lepiej i znów gorzej? Niby.............dlaczego jeszcze tak źle? Ale tak naprawdę, chociaż czuję, że znów jest z czymś źle, to jednak jestem szczęśliwa, bardzo szczęśliwa, bo jeden z problemów "odszedł", zniknął? Pozostała po nim pamięć.
I.....................Jak nie zachwycać się Bogiem, Jego Wszechmocą? Miłosierdziem? Zainteresowaniem człowiekiem, jak bardzo przejmuje się ludzką niedolą, niedoskonałością. słabością, grzesznością? Jak bardzo daje nam Siebie, udziela się, żeby tylko nas wspomóc? Pomóc nam?
Od jakiegoś czasu idąc przez życie, doświadczając pomocy od Boga, takiej można powiedzieć namacalnej, myślę, zastanawiam się, jestem pewna, że całą wieczność będziemy trwać w zachwycie nad Bogiem, będziemy Go poznawać, nigdy do końca nie poznawszy; i ciągle na nowo trwać........................w niesamowitym zachwycie, podziwie i......w ogóle.
Jest Bogiem ze Wszystkimi Przymiotami, ja tylko bardzo ograniczonym człowiekiem. ale też...........aż człowiekiem.
Boże! Dzięki Ci za wszystko co robisz dla mnie, mojego męża, moich dzieci, całej mojej rodziny.
Daj mi mądrość, żebym umiała Ciebie słyszeć, słuchać, postępować wg Twoich wskazówek.
Jest jeszcze tak bardzo dużo do zrobienia. Tylko Ty wiesz co i jak, jak postepować po kolei, jak z tego wychodzić, jak uzdrowić; Ty uzdrawisz a my tylko musimy nie sprzeciwiać się Tobie, pozwolić Ci działać. Oddać Ci nasze wszelkie troski. Chociaż czasami tak bardzo chcemy po swojemu, jest bardziej "logicznie" po naszemu, jakieś niedowierzanie, że po "Twojemu" będzie dobrze. Takie nasze sprzeciwianie się, kombinowanie. Staram się tego nie robić, ale nie zawsze mi wychodzi.
Wiem, że Ty to wszystko uzdrowisz najlepiej. pokierujesz najlepiej i w ogóle. I.................Miłość usuwa lęk. Wszystko wiem, a jednak.....................czasami jest lęk w moim sercu. Nie, żeby duży, staram się. Ale jestem tak bardzo, tak potwornie nieudolna w tym wszystkim.
Ale wiem, że znasz moje serce, rozumiesz jaka jestem, rozumiesz mnie, moje postępowanie, nawet jeśli jest trochę nie tak Ty tym bardziej pochylasz się nade mną z miłością, czułością, przytulasz, i mówisz "Nie martw się tak bardzo, przecież wiesz, że ci pomogę, tylko zaufaj Mi, oddaj te twoje troski, którymi się trapisz. Pomogę ci z tym wszystkim uporać się. Postępuj tak, jak będę Ci podpowiadał. Ja wiem co z tym wszystkim zrobić. Znam tych którzy są przy tobie, ich serca. Tylko Ja znam sposób jak to wszystko poukładać, rozwikłać".
Jest jeszcze dużo do zrobienia. W różnych dziedzinach. Czasami jest ciężko. staram się na ile potrafię. Staram się wsłuchiwać co powinnam robić wg Boga, co w danej chwili, jakie podejmować kroki.
Różnie mi to wychodzi. Czasami błądzę. Zbłądzę., wtedy jest mi z tym źle, nawet bardzo źle, staram się jak najszybciej wrócić, przeprosić, prosić i przebaczenie. Tyle już Chrystus w moim życiu zmienił, naprawił, że nie sposób nie wierzyć, że będzie dobrze. Nie wiem jeszcze kiedy, nie wiem jak, nie wiem jaka droga jeszcze przede mną, przed nami, ale wiem, że mnie nie zostawi, jeśli będę szczerze szukała, starała się.
Być może po drodze będzie jeszcze ciężko, ale będą chwile pocieszenia, żeby starczyło sił. A ................może nie będzie już tak bardzo źle?
Czasami (a może często) myślę, że to co najgorsze to już było. Teraz może być już tylko lepiej, nawet jeśli czasami.............trochę gorzej.
Czy nie nadmiar optymizmu?

Wiem, że nie czas na spoczynek, odpoczynek, odpuszczenie sobie. Dopóki na tej ziemi?Trzeba Naprzód.
Ale z Bogiem???????????????????????????????????????
Nie ma nic niemożliwego.

Pozdrawiam wszystkich.
P.S.
Bardzo dobrze wiem, że .........nie wiem gdzie koniec drogi, ale nie mam zamiaru spocząć. Tak jak pisałam już wyłaniają się następne problemy, ale musiałam...........pozachwycać się tym, czego już Bóg dokonałał i co robi każdego dnia. Czasmi jest to mało widoczne zewnętrznie, ale ja wiem.
:-D :-D ;-)

Anonymous - 2012-06-25, 08:38

Delirium??a jak mityngi?

PD

Anonymous - 2012-06-25, 10:27

Delirium - piękna Twoja modlitwa, sercem :-)
Anonymous - 2012-06-25, 11:20

Mityngi?
Chodzę. Regularnie 2 razy w tygodniu. Chcę chodzić z 1 grupą. dzisiaj też idę. Właściwie nie opuszczam. Wiem, że jest mi to potrzebne. Raz nie byłam i 2 razy po połowie, ale dlatego, że była jakaś uroczystość, albo że bardzo potrzebowałam być akurat w kościele. Siła wyższa.
Na mityngach pracuję, staram się czuć, rozumieć. Bardzo dobrze czuję się w tej społeczności. Obecność tam dowartościowuje mnie.
Ale muszę dozować bliskość człowieka. Po drodze właśnie wychodzą różne sprawy, to co mnie blokuje. Zbyt szybkie wchodzenie to jakby wszystko co jest nie tak zbyt szybko mnie uderzało i nie wytrzymałabym tego. Dlatego dozowanie i trzymanie się Boga, nawet jakby...........krótsze lub dłuższe; mocniejsze lub słabsze ucieczki od człowieka do Boga. Tak, żeby tego drugiego człowieka nie było raptem więcej, bliżej niż jestem gotowa na tą chwilę znieść.
Tak z grubsza chyba ogarnęłam temat.
A tak przy okazji, mam pytanie.
Nałóg, jedziesz na wakacje z Sycharem?

Serdecznie pozdrawiam.

Anonymous - 2012-06-25, 20:08

Nie.Nie jadę.
PD

Anonymous - 2012-06-25, 21:16

nałóg napisał/a:
Nie.Nie jadę.
A szkoda... :-(
Anonymous - 2012-06-26, 10:12

Witam!
Wyłonił się mój kolejny problem. Wyszedł na światło dzienne. Był tak bardzo ukryty gdzieś wewnątrz mnie, że w ogóle nie miałam o nim zielonego pojęcia. Tak subtelnie się schował, zakomflował, jakby nigdy nic. Taki sprytny? Ale.......................jak przeszkadzał? i przeszkadza nadal, drąży od środka, wszystko psuje.
Od początku ostatni czas.
Któregoś dnia powiedziałam mężowi, że dużo między nami narosło. Chyba chcemy być razem i żeby było lepiej, ale jeśli będziemy zaczynać od teraz to nie bardzo to wychodzi. Jakieś żale, pretensje. Tyle narosło. Ale przecież z jakiegoś powodu się pobraliśmy, wzięliśmy ślub. Zrobiliśmy mnóstwo błędów. Ale jeśli cofniemy się do tamtego okresu co nas łączyło, i zaczniemy od .........jakby od nowa od tamtego okresu, to myślę, że jeszcze jakoś się poukłada.
Dodam, że to nie ja jestem taka mądra, żeby wpaść na taki pomysł. Na którymś ze spotkań Sycharu Ksiądz poddał taką myśl, podczas spotkania, żebyśmy się zastanowili jak przed ślubem odbieraliśmy swojego męża, swoją żonę, co nas łączyło.........itp
A teraz, tak jakoś niespodziewanie przyszło mi do głowy, żeby to wykorzystać w swoim małżeństwie.
Na początku mąż podszedł do tego sceptycznie. Że to niemożliwe, nie uda się, żeby naprawdę było dobrze. Przeprosiłam go, że byłam tak niedojrzała, że za mało go szanowałam jako męża, za bardzo polegałam na innych. Odparł, że nie ma sensu i żebym umarłym dała spokój, oni nic do tego nie mają.
Ale.......Bóg działa. Trochę czasu..................I...........? Może doszły wzajemne starania, żeby być w porządku, coś dać z siebie.
M.in. Ja czasem chrapię. To denerwuje mojego męża bo przeszkadza mu spać. Nie raz budził mnie trochę zdenerwowany. A teraz? Obudził mnie całująć w rękę! Nic nie powiedział, że chrapałam, ale znalazł sposób, żeby..........sam mógł spać.
Też................miałam niezapłacone za obiady za syna za ponad 2 miewsiące. Powiedział, że nie ma pieniędzy, Ty zapłać. Ja, że jeśli od kogoś pożyczę to zapłacę. I.........zapłacił.
Nie, żeby już bardzo chciał, żebym nie miała problemów finanspwych. Nadal mam sporo długów, o których wcale mu nie powiem, bo to i tak nic nie da (na razie), ale to był jednak wyraz jego dobrej woli. Chciał być w porządku? Może bardziej, żeby nie wyszło, że muszę pożyczać, pokazać, że jest w porządku, a nie żeby naprawdę tak było. A może było w jego przekonaniu? Miał takie poczucie? Ale też chciał, żebym go doceniła.
Powiedział dopiero gdy zapłacił.
Podziękowałam mu był zadowolony.
I...........następnego dnia znów mnie zaskoczył.
Cały czas nie potrafię sobie poradzić z porządkiem. walczę, walczę i nic. Nie wychodzi mi, nie potrafię. Wracam do domu i................w jednym pokoju ładnie posprzątał. Nie, żeby sam, zagonił syna, jakiś chłopak mu pomógł coś powynosić, ale..............naprawdę postarał się. Byłam zaskoczona, zdumiona. Dałam temu wyraz. Ale................od razu poczułam niesamowite zobowiązanie. Ja też muszę coś zrobić.
Ale syn mi powiedział, że w poniedziałek prawdopodobnie ma przyjechać kolega męża na kilka dni. i co? Od razu we mnie reakcja w środku, że to wcale nie ze wzgłędu na mnie, ale na kolegę. Że chce się pokazać, że on jest w porządku. Ostudziło mnie trochę. Ale i tak czułam się zmobilizowana, że nie mogę być gorsza. Chociaż znając mojego męża, to zrobił to jednak ze względu na mnie, tylko sam przed sobą gdzieś to kamfluje. Też mi nie do końca ufa, albo nie ufa, że ja chcę, że będę się starać. Taki hamulec, który jest włączony z obydwu stron. z mojej i jego. Z obydwu stron funkcjonuje niskie poczucie wartości i niedowierzanie.
Następny dzień, sobota. Miałam zamiar zrobić sporo. Ale źle się wzięłam, nie chciałam jakby kończyć w tej kolejności co zaczął mąż, to co zostało. Duma? Nie wiem. Zaczęłam od "niby" swojego pokoju. Niewiele zrobiłam, zdenerwowałam się. Potem jeszcze coś próbowałam, nie wyszło.
Doszło jeszcze kilka innych spraw, ale nie chodzi o to, żeby wszystko opisać. I tak chyba za dużo osobiście to zrobiłam, ale niech zostanie.
To co we mnie nie gra. Przeszkadza.
Chcąc przebaczyć mężowi miałam między innymi wypisać na kartce to co dobre w moim mężu. I............przypomniało mi się, że na początku wieloma umiejętnościami mojego męża byłam zachwycona. I w ogóle nim, jak sobie radzi (wtedy radził) w życiu pomimo inwalidztwa.
Teraz, przypomniało mi się to co mu kiedyś powiedziałam,.................że........(jest taki fajny, wspaniały, tyle potrafi - chodzi o sens)..........dokładnie nie pamiętam, i że gdyby był zdrowy, nie inwalidą to w ogóle nie chciałby zwrócić na mnie uwagi, na pewno nie chciałby być ze mną. Że nie dorastam mu do pięt. Wtedy chyba zaprzeczył, ale ja nigdy w to nie uwierzyłam.
Zapomniałam, cieszyłam się, że jesteśmy razem, ale chyba to poczucie niskiej wartości, bycia gorszą itp, jakoś wpłynęlo na to wszystko co między nami przez te wszystkie lata. Nie potrafiłam być sobą, tylko ciągle coś starałam się.
I tak jest nadal. teraz nie potrafiłam posprzątać. Zbyt mocno siedzi we mnie przekonanie, że jestem gorsza, że............i tak nie zrobię, tak dobrze jak on, że i tak mi się nie uda. Na tej zasadzie żyłam jak przyssawka. Zmuszona czerpać enrgię od kogoś kto.....potrafi, mojego męża?........źle skończyłam. Też innych............przynajmniej czasami się chwytając. Dużo skorzystałam na plus. A co dalej? teraz?
Z takim przekonaniem gdzieś bardzo głęboko nie da się naprawdę zrobić niczego dobrze. Wszystkie próby i wysiłki, niewspółmierne, ja się eksploatuję ale zupełnie bez rezultatów, albo z bardzo miernymi.
Przypuszczam, że nie wszyscy albo tylko rzadko kto mnie zrozumie. Z reguły ludzie potrafią. Ja - nie.
I...........na razie to ja wszstko rozwalam. no bo co może pomyśleć mój mąż? On stara się, coś zrobił, pierwsz krok ( Nawet jeśli motywacja nie do końca pozytywna, to jednak możnaby wiele z tym zrobić) a ja? Jakbym to wszystko, łącznie z nim całkowicie olewała. Właściwie nic nie zrobiłam. Dużo spałam nie dając sobie rady ze sobą.
Oczywiście, mam jeszcze do męża wiele ale., ale jednak......................wyraźne jego kroki żeby do przodu a ja? odpadam. Nie daję kompletnie rady. Wyszła na wierzch kolejna............moja blokada nie do przeskoczenia. Nie da się nic z nią nie zrobić i iść dalej ku dobremu. Męczy mnie, zżera od środka. A świadomość, że tak jest całkowicie rozkłada mnie na łopatki. Może to trudne do zrozumienia, ale jestem potwornym słabeuszem i nie dam sobie rady z czymś takim żyć, dopóki jest nie rozpoznane i nie uzdrowione.
teraz rozpoznane. Czy do końca? Nie wiem. Trzeba poddać leczeniu (JAK?), a potem się okaże.
Dzisiaj idę do psychologa. Z kim bardziej? Z jednak pewnego rodzaju przemocą finansową? Kamflowaniem przez mojego męża jak jest rzeczywiście? Czy....ze sobą? jakoś połączę.

[ Dodano: 2012-06-26, 11:14 ]
A BÓG?
W jaki sposób skorzystać z jego pomocy?

[ Dodano: 2012-06-26, 11:47 ]
Psycholog. Może wskazać jak zewnętrznie sobie radzić, ale żeby uzdrowić?

Anonymous - 2012-07-02, 07:32

Delirium................ Ty nie walcz......a pracuj.Systematycznie.Malutkie kroczki.
Wiesz.............najważniejsza jest postawa.
W chwili gdy podejmujesz decyzję o przyjęciu określonej postawy ,do akcji wkracza Opatrzność .I wtedy zaczynają się dziać różne rzeczy ,które bez tej gotowości do przyjęcia postawy nigdy by się nie wydarzyły.
Piszesz o pojednaniu........................ z męzem
Tylko pamiętaj:zanim nastąpi pojednanie musi być wybaczenie.
Bez wybaczenia nie ma pojednania.
Delirium...........jesteś na początku drogi............to moment przebudzania sie do życia.
Daj sobie czas na całkowite przebudzenie.
Zanim wyjdziesz rano z domu wykonujesz ileś tam czynności.....od toalety po makijaż i dobór stroju................ czas.Daj czas Czasowi.
Naprawę dialogu i relacji zaczyna sie od naprawy komunikacji .
PD

Anonymous - 2012-07-02, 19:44

Witam Renatko.....tak chyba masz na imię?

Z "ogromną przyjemnością" czytam Twoje posty i z niecierpliwością czekam na następne(chyba nie tylko ja).
Nie cieszą mnie oczywiście problemy o których piszesz,ale sposób w jaki to robisz,a............robisz to wyjatkowo.
Tak pieknie potrafisz przekazać swoje myśli,rozterki....tak szczerze,przejrzyście i prosto

Czasem odnajduje w nich swoje,tyle,ze ja nie potrafiłam ich "tak" przekazać.
Dzis jestem po kryzysie(tym konkretnym,moze inne przedemną?),jestem szczęśliwa,tylko.....czasem coś doskwiera,meczy,denerwuje,a ja nie wiem co?
....i....od tego(miedzy innymi) mam to forum właśnie,coś nowego przeczytam,czasem napisze i....olśnienie...acha,to o to chodzi.
Przystanełam na chwilę,ale dzieki ludziom takim jak Ty(a jest ich tu troche,szczegolnie dla mnie ważnych) ....wstaje i idę dalej.
Przepraszam...ważni sa wszyscy,ale od niektórych wyjatowo i "egoistycznie"czerpie dla siebie.

Renatko......właśnie (nieświadomie chyba) mi pomogłaś,mnie Lenie,szczęśliwej mężatce po kryzysie.
Jesteś dobrą,madrą i wartościowa osobą.......szkoda tylko ,że Ty sama tego nie widzisz.

....i dla jasności......wiem,ze masz niskie poczucie własnej wartości(jak dla mnie to główny Twój problem),ale nie ja jestem od jego podniesienia,nie po to piszę.

Po co więc?......a sama nie wiem.....nie potrafie chyba,tak jak Ty wyjaśnić zrozumiale....?
Może też dla samej siebie.....może dla Ciebie....a moze tak po prostu....musiałam...po coś???

Dziekuję Ci ,że tu jesteś.

Anonymous - 2012-07-02, 19:48

lena napisał/a:
Dziekuję Ci ,że tu jesteś.
i ja również ;-)
Anonymous - 2012-07-03, 11:23

Witam!
Serdeczne dzięki za wpisy.
Nałóg napisałeś, że jest to początek przebudzania się do życia. Myślę, że masz rację. Ja dopiero uczę się życia, jak żyć. Niby mam już sporo latek ale jeśli chodzi o umiejętności normalnego funkcjonowania, jestem na wskroś zielona. Ale lepiej późno uczyć się niż wcale.
Mam spore problemy z tym kim jestem, jaka powinnam być. Nie jaką inni chcieliby mnie widzieć (łapię się na tym), ale żeby jakoś to grało z tym co we mnie, w co wyposażył mnie Bóg jako człowieka, osobę, kobietę. Tu też tkwi problem, jakoś chyba (podobno) mało we mnie kobiecości. może związane rzeczywiście z niskim poczuciem wartości, ale jakoś to we mnie się nie rozwinęło. Jakoś............? Lepiej, bardziej swobodnie czuję się jako......"nijaka" Tak czuję się lepiej, bezpieczniej, nie rzucając się w oczy. Tak..............żeby istnieć skoro już żyję ale najlepiej, żeby inni nie za bardzo mnie zauważali, przynajmniej, żeby................może nie taką jaką jestem? Jakoś jeszcze sama nie do końca to rozszyfrowałam. ale.....czasami jakbym "chciała się pokazać". Zwłaszcza przed kimś kto jest dla mnie ważny, a może raczej...............KOGO ZDANIE JEST DLA MNIE BARDZO WAŻNE. To tak, żeby poczuć się lepiej. Ale to też jest nienaturalne. Chociaż niby nie pokazuję się z innej strony niż jestem rzeczywiście, to jednak.......jest w tym coś nie tak.

DZIEWCZYNY!!!!!!!!!!!!!!!!!
Jestem Wam wdzięczna za to co napisałyście. Zwłaszcza Lenie (dobrze rozpoznałaś moje imię! :-) ). Napisałaś do mnie bardzo serdecznie, szczerze to co myslisz, przynajmniej tak to odebrałam. Maryniaa też się pod tym podpisałaś.
Lena ! Wiesz co?
Twoje słowa wpłynęly na to, że wyzwoliło się we mnie sporo endorfinek (tak to określa moja 27 letnia córka, ale w tym przypadku całkowicie się z nią zgadzam). Bardzo podniosło się poczucie mojego ego. Na pewno nie jest to na stałe, nie całkowicie ale myślę......................?............., że jednak o jakiś szczebelek podskoczyło!!!!!!!!!!
Co do szczerości. Nauczyłam się, że szczerość i prawda w pracy nad sobą są bardzo ważne. "Prawda was wyzwoli". Więc jesli chcę skorzystać z tego czasu danego mi na tym świecie, Bożej łaski, pomocy, którą Bóg chce mi ofiarować, to muszę iść na całość. Jeśli będę oszukiwać, to nic nie da. Będę kręcić się jak bączek w kółko; do tego też potrzeba sporo energii, wysiłku, ale to............tylko [pozorna praca, która tak naprawdę w dalszej perspektywie nic nie daje, tylko złudzenie pracy nad sobą, jakieś chwilowe..............może nawet efekty, ale tylko pozorne, które za jakiś czas prysną. Czasami też tak postępuję gdy mi się nie chce wziąć na poważnie, oszukuję siebie, że coś robię, ale potem pozostaje mi niesmak. ( ale zdarza się, zdarza...........czasami gdy mniej wysiłku włożę to nawet skutecznie sama siebie oszukam, a potem dziwię się, że nic nie wychodzi, nic do przodu). Czasamo człowiek jest trochę leniwy, również z tą szczerością.
Bóg zawsze działa. Wiem. Czas też jest potrzebny.
Jeśli chodzi o szczerość, to rzeczywiście jakoś mam wypracowaną. Nauczyłam się, że "szczerość aż do bólu", żeby nie wiem co. Powiem Wam, że.............naprawdę warto. Na początku może tochę trudno (albo bardzo trudno; boli, wstyd itp). Ale to naprawdę ma sens. gdy było mi ciężko z prawdą taką całkowitą to mówiłam sobie "nie ma nic ukrytego co by nie wyszło na jaw" Pewnik. Jak umrzemy to i tak wszystko dla innych z naszego życia będzie jasne. Teraz czy za sto lat? Czy to taka wielka różnica? Na obecną chwilę? Trochę tak. Na pewno. Ale w perspektywie wieczności? Żadna różnica. ba, nawet jeśli teraz ta jawność pomaga mi w pracy nad sobą, to nawet jest to lepsze wyjście w perspektywie życia wiecznego.
Poza tym? Bóg wszystko widzi i wie. Skrywać więc mogę, ale tylko przed ludźmi. Przed Bogiem i tak nie jestem w stanie.
Czyje zdanie jest ważniejsze; jakiegoś tam człowieka ( nikogo nie mam zamiaru obrazić)czy Boga? Z KIM bardziej się liczyć?
To takie rozumowanie, którym staram się kierować, na ile potrafię. Co wcale nie znaczy, że jest mi zawsze bardzo łatwo. Przyzwyczaiłam się tak myśleć, a właściwie ....."staram się " tak myśleć. Wcale to nie oznacza, że nie wymaga to ode mnie jakiegoś wysiłku. Może już mniejszego niż na początku, kiedy to pokonywanie siebie, własnej dumy było czasami trudne. Też nie znaczy, że zawsze mi się udaje.
To taki mechanizm. Nawet jeśli czasmi wiem co jest nie tak a nie "przyznam się", "nie wypowiem", poza własną świadomością, gdzieś ukrytą we mnie, to jakbym tego nie uznała i niby wiem, ale nic nie potrafię z tym dalej zrobić. Dopiero kiedy to coś "ujrzy światło dzienne", jest odkryte, przyjęte. wtedy jakby daje się modelować, zmieniać. Może znikać a może przekształcać, zależy o co chodzi.
Ale się rozpisałam.
Lena? Dla kogo napisałaś? Myślę, że zarówno dla siebie jak i dla mnie. Dla siebie, przyznałaś tu na forum, że coś z tego czerpiesz. Może dzięki temu będziesz czerpać więcej? Nie wiem Ale wiem, że nie jest to żaden egoizm. A jeśli jest to bardzo zdrowy. Jaśli cokolwiek nam się przyda do pracy nad sobą, do.................tego, żeby było lepiej, to trzeba brać całymi garściami. (jeśli nikogo nie krzywdzimy, a tu na pewno nie). Napisałaś ? :-D dla mnie. I to bardzo mocno.
Pozytywnie odebrałaś, odbierasz to co piszę. Wiesz ile to dla mnie znaczy??? Niesamowicie dużo. Zwłaszcza na tym etapie mojej pracy nad sobą. Nad relacjami z ludźmi, odnalezieniem się w życiu z ludźmi, funkcjonowaniu między ludźmi. Takiemu zdrowemu podejściu.
Twoje słowa, to co napisałaś jakoś pozwoliło mi "przychylniej" spojrzeć na siebie. bardziej uwierzyć w.....................................?
Przez kilka dni nie pisałam.
Trochę zastanawiałam się czy nie przynudzam.(teraz mogłam to napisać :-) ).
Ale też,....................myślałam sobie,..................że mogę się zaplątać w............pisanie zamiast działania, że zbytnie rozpisywanie się może zastąpić mi rzeczywistą chęć pracy nad sobą. Że tu "utonie" moje energia. Będzie to taka farma zastępcza. Słowa zamiast życia.
Może dlatego trochę tu przystopowałam, żeby zachować...............równwagę.
Również żeby pracować dla dobra własnego i tych którzy obok mnie a nie po to, żeby..............tu...o tym napisać.
Jestem takim człowieczkiem, że (lubię, albo...........) bardzo łatwo wpadam w jakieś pułapki, skrajności, jakieś boczne uliczki bez przejazdu.
Na pewno napiszę ale może teraz potrzebuję trochę czasu, żeby.............mieć odwagę popatrzeć na siebie? Jaka jestem? Coś bardziej konkretnie podziałać, żeby........poczuć się, uwierzyć......? itp we własną................? pozytywność?
Bardzo odważnie to teraz napisałam, sporo na wyrost. Wcale tak się nie czuję, szukam takiego "poczucia", "po czucia"?
Chętnie przeczytam ewentualne sugestie. Ale żeby były zawsze szczere, bardzo szczere, takie sobie cenię. Bardzo mi pomagają, zarówno te pozytywne jak i te bardziej naprowadzające, dające coś do myślenia.
Serdeczne dzięki, pozdrawiam.

[ Dodano: 2012-07-03, 14:00 ]
Muszę dopisać!
To wszystko trochę połechtało moją próżność. jestem podatna, łasa na...........pozytywny odbiór.Może potrzeba wynikająca z niezbyt wysokiego poczucia wartości. ale też może wene spostrzeżenia wykrzywiać.
Oczywiście proszę też o wszelkie ewentualne krytyczne spojrzenia.
Też? O szczerości i prawdzie właściwie napisałam wszystko jak myślę, ale mam problem z przyjęciem siebie jaka jestem, akceptacją, pogodzeniem się. czyli...........? Ze szczerością i prawdą jaka jestem.

Anonymous - 2012-07-03, 13:50

Muszę dopisać!
To wszystko trochę połechtało moją próżność. jestem podatna, łasa na...........pozytywny odbiór.Może potrzeba wynikająca z niezbyt wysokiego poczucia wartości. ale też może wene spostrzeżenia wykrzywiać.


...ano musiałaś,bo jakże....Ja taka?... niby mądra,dobra itp....eee...nie moze być.
Łasa na...i prózna jestem.

Tak wolisz myśleć i w takim przekonaniu trwać....a ponoć szczerośc i prawde lubisz.

Co do szczerości. Nauczyłam się, że szczerość i prawda w pracy nad sobą są bardzo ważne. "Prawda was wyzwoli". Więc jesli chcę skorzystać z tego czasu danego mi na tym świecie, Bożej łaski, pomocy, którą Bóg chce mi ofiarować, to muszę iść na całość. Jeśli będę oszukiwać, to nic nie da.

Jeśli chodzi o szczerość, to rzeczywiście jakoś mam wypracowaną. Nauczyłam się, że "szczerość aż do bólu", żeby nie wiem co. Powiem Wam, że.............naprawdę warto. Na początku może tochę trudno (albo bardzo trudno; boli, wstyd itp). Ale to naprawdę ma sens. gdy było mi ciężko z prawdą taką całkowitą to mówiłam sobie "nie ma nic ukrytego co by nie wyszło na jaw" Pewnik.

Więc jak?
Chcesz prawdy"prawdziwej prawdy",czy tylko "swojej prawdy" tej aż do bólu i wstydu?
Zakładasz,że prawda musi boleć,owszem często boli,ale niekoniecznie zawsze.
Musisz nauczyć sie przyjmować kazdą prawdę.


Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group