Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie, którzy chcą ratować
swoje sakramentalne małżeństwa, także po rozwodzie i gdy ich współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki
Portal  AlbumAlbum  NagraniaNagrania  Ruch Wiernych SercRuch Wiernych Serc  StowarzyszenieStowarzyszenie  Chat
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  12 kroków12 kroków  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
 Ogłoszenie 

Poprzedni temat «» Następny temat
czy kochać to pozwolić odejść...?
Autor Wiadomość
..monika..
[Usunięty]

  Wysłany: 2009-06-17, 10:20   czy kochać to pozwolić odejść...?

Kochani,
czytajac Was, widzac Wasze zachwiania i hustawki.. pomyslalam, ze nie bedziecie mieli mi za zle, jesli tez zrzuce tu troche z moich emocji.
nie mam teraz kompletnie nikogo, z kim moglabym porozmawiac.. a czuje, ze jeszcze troche i to wszystko wyssie ze mnie resztki sil. i po prostu musze choc troche mysli wypuscic.

jestem tu juz jakis czas, wiekszosc kojarzy moja historie. ale mimo wszystko przyblize ja troche..
jestem Monika, mam 25 lat. nie jestesmy malzenstwem [narzeczenstwem tez nie..], mielismy nim zostac w zeszle wakacje. od poczatku zeszlego roku bywalo miedzy Nami roznie.. zreszta, jak teraz patrze na moje zycie z perspektywy czasu - to ja zawsze mialam problemy z komunikacja, uczuciami.. ze soba cala. oddalalismy sie od siebie. najpierw niby staralam sie o Nas walczyc, ale jak taka durna baba - sama. nie umialam wyartykulowac mysli, potrzeb, pragnien; a potem bylam zla, ze On nie wie. prawda byla taka, ze ja sama nie wiedzialam.
i stopniowo zmienialam sie w potwora :-( staczalam sie po rowni pochylej, dodatkowo bedac tak slaba psychicznie osoba, ze falszywi "przyjaciele" otaczajacy mnie, bez trudu spychali mnie po niej jeszcze szybciej. w czerwcu zeszlego roku stalam sie takim potworem, ze smok wawelski to przy mnie niewinna jaszczurka.. zdradzalam, klamalam, atakowalam, usprawiedliwialam sama siebie - wszystko to, co robia [lub robili] malzonkowie wiekszosci z Was.
w "lesie" bylam ponad 3 miesiace. widzialam "dym", juz prawie udalo mi sie wyrwac z tego lasu, ale ciagle zlo mialo nade mna kontrole. takie prawdziwe otrzezwienie i wyrwanie ze zla nastapilo dopiero, kiedy Martin wszystkiego sie dowiedzial.

jak jest od wrzesnia?
roznie.
ale raczej zle.
pracuje nad soba, poznaje sama siebie, skupiam sie na mnie, na moich wadach i brakach [dlatego tez pisalam tu o mojej czesci odpowiedzialnosci za kryzys], na zranieniach z dziecinstwa. wszystko, przed czym uciekalam cale zycie - chce przepracowac teraz. moje zycie upodobnilo sie do jakiejs telenoweli napisanej przez strasznie kiepskiego scenarzyste. nie chce tego! i nareszcie, pierwszy raz w swoim zyciu, chce to zycie wziac w swoje rece [nigdy nie mialam na to odwagi]. wiem czego chce i daze do tego. zmieniam siebie dla siebie i o wiele mi lepiej z taka nowa mna. [gdybym chciala zmieniac sie dla Niego, musialabym zmienic sie w genialnego wynalazce i skonstruowac wehikul czasu, bo to jedyna zmiana, ktora by go interesowala]
wiem PO CO byl mi ten kryzys i codzien prosze Boga, aby mnie przemienial, jak tylko uzna za stosowne, aby z tego zla wyciagnal dobro, bo tylko On to potrafi.

ale.. jest tez druga strona - Martin.
ktory tak bardzo cierpi :-(
po tym jak sie dowiedzial oczywiscie byl zalamany, wsciekly, smutny.. potem jakis czas nie kontaktowalismy sie ze soba - dajac sobie czas na okreslenie co tak naprawde do siebie czujemy. od grudnia jestesmy "razem".
ja juz wiedzialam, ze Go kocham z cala pewnoscia, wiedzialam, ze bedzie Nam ciezko. ale bylam gotowa na ta prace. powiedzialam Mu, ze poczekam az On tez bedzie wiedzial czego chce, az bedzie wiedzial, co do mnie czuje. zebysmy nie wracali do siebie na probe, tylko z pelnym zdecydowaniem, ze swiadomoscia zla, ktore sie miedzy Nami stalo, ale tez ze swiadomoscia, ze MIMO TO chcemy byc razem.
wiec, kiedy w grudniu postanowil, ze do mnie wraca bylam, przeszczesliwa..
na krotko.
okazalo sie bowiem, ze On mnie nie kocha, albo tez nie wie czy kocha [sam tego nie wie], ze jestesmy teraz na probe. i tak ta proba trwa od pol roku. bez najmniejszej zmiany w zadna strone. sa dobre chwile. nawet bardzo dobre. po ktorych przychodzi beznadziejny czas. wiecznych atakow, wypominania, przeklinania, wylewania pomyj, w kolko i w kolko tych samych rozmow. nawet moje zmiany moga byc zle odbierane.. w lepszych momentach sa czyms dobrym, w gorszych - pretekstem do tego by z nienawiscia w oczach z wyrzutem warknac, ze kiedys taka nie bylam.
ja wiem, ze zawinilam! staje w pelnej pokorze, nie usprawiedliwiajac sie, nie tlumaczac. bo nic nie usprawiedliwia i nie tlumaczy zla, ktore wyrzadzilam. i bede zyla z ta swiadomoscia do konca zycia.
ale czy to znaczy, ze teraz bede wiecznie z nienawiscia biczowana? [albo, ze sama powinnam ten bicz wziac i sie nim okladac?] nie wiem.. ja nie jestem znawca uczuc. terapeutka mowi, ze nie mozna dawac soba pomiatac i ja tez tak to czuje. ale prawda jest taka, ze kiedy probuje tak robic - jest jeszcze gorzej. coraz czesciej odpuszczam. opadam z sil. ciagle placze, nie moge sie na niczym skupic, malo jem, wiecznie boli mnie glowa, zle sypiam. siwieje. jestem wrakiem, czuje jakbym miala 2x tyle lat. po prostu chce zniknac.

ja juz nie wiem co mam robic.
jestem poczekalnia - nawet Martin nie wie na co.
nie chodzi wcale o to, ze jestem niecierpliwa i chce teraz zaraz juz. kocham trwam i czekam. ale ciezko czekac, kiedy nie wie sie na co.
podczas bezsennych nocy duzo mysle.. moze Martin jest ode mnie uzalezniony? NIC Go przy mnie nie trzyma. nie mamy slubu. nie kocha mnie. czasami mysle, ze moze po prostu w jakis sposob mu tak wygodnie.. albo, ze boi sie takich ostatecznych decyzji i dlatego nie chce odejsc.
mysle tez o Was wszystkich walczacych o malzenstwo. i sie zastanawiam... czy wiedzac o tym, jak bardzo malzonek Was zawiedzie - slubowalibyscie? nawet ci z Was, ktorym udalo sie uratowac malzenstwa.. decydowac sie swiadomie do konca zycia na taka trudna milosc..?

czasem mysle, ze najpiekniejszym aktem Milosci, na jaki moge sie dla Niego zdobyc - to pozwolic Mu odejsc. On sam sie na to nie zdobedzie nawet gdyby chcial.. nikt mi nie zabroni kochac Go nieodwzajemniona miloscia, jak teraz, tyle, ze z daleka.
a moze kiedy wreszcie zniknie Mu ciemna chmura gradowa, ktora dla Niego bylam, z horyzontu - wreszcie zauwazy swiecace slonce.....?
 
     
Katarzyna74
[Usunięty]

Wysłany: 2009-06-17, 13:33   

..monika.. napisał/a:
czasem mysle, ze najpiekniejszym aktem Milosci, na jaki moge sie dla Niego zdobyc - to pozwolic Mu odejsc


Myślę, że najpiękniejszym aktem miłości DO SIEBIE, na jaki powinnaś się zdobyć - to - odejść.

Terapeutka ma rację - nikt nie ma prawa Tobą pomiatać.

Jestem zazwyczaj daleka od osądzania - kto na co zasłużył. To wie tylko Bóg, a rozliczeni będziemy za wszystko po śmierci.

A "karanie" kogoś za czyny wobec nas kłócą się z codzienną modlitwą - "i odpuść nam nasze winy, jako i my odpuszczamy".


Sama widzisz, że to Cię niszczy. Nie śpisz, płaczesz. Myślisz, że Bóg taki ma właśnie plan dla Ciebie? Zajrzyj w siebie, szczerze. Jeśli rzeczywiście w pełni odbyłaś Spowiedź Świętą, zrobiłaś Rachunek Sumienia, odczułaś głęboki Żal za grzechy, obiecałaś Poprawę, przeżyłaś Pokutę - wyznałaś wszystko Jezusowi w konfesjonale - to nikt, żaden człowiek nie ma prawa tego zakwestionować. To bluźnierstwo. Nie jest to informacja dla kogoś, ze bluźni (on nie wie, jak jest naprawdę, bo nie jest Tobą) - tylko dla Ciebie - skoro wiesz, że wszystko odbyło się szczerze i w pokorze - to ktoś, kto temu przeczy - bluźni. Ty nie musisz udowadniać nic nikomu - ważne, abyś sama wiedziała, że jesteś uczciwa i możesz być już tylko lepsza. Po to Bóg dał nam Spowiedź Świętą.

Życzę Ci rozpoznania prawdziwego swoich uczuć, ustawienia hierarchii i abyś sobie wybaczyła wszystko. Bóg już to zrobił, a nikt nie może się wywyższać ponad Niego.


Jestem przekonana, że z taką wiedzą o sobie, jaką masz, doświadczeniem i postawą będziesz wspaniałą żoną i szczęściem prawdziwym dla przyszłego męża. Niekoniecznie Martina.



PS Bardzo kocham i szanuję swojego męża, ale nigdy nie pisałabym o nim "On", Niego", Jemu, z Nim". Tak piszę tylko o Bogu. Może tutaj jest wskazówka, aby strącić Martina z ołtarzyka, na którym go postawiłaś, Moniczko?
 
     
Basia73
[Usunięty]

Wysłany: 2009-06-17, 13:40   

Uświadomiłam sobie właśnie, że mój Mąż nadal jest na moim ołtarzyku... dzięki.
 
     
Elżbieta
[Usunięty]

Wysłany: 2009-06-17, 16:23   

..monika.. napisał/a:
moze Martin jest ode mnie uzalezniony?

Może tak być.

Byliście kiedyś na wspólnych oraz osobnych rekolekcjach?
 
     
Agnieszka
[Usunięty]

Wysłany: 2009-06-19, 17:21   

monika , to świetnie , że tu trafiłas . Poczytaj sobie rózne historie ku przestrodze . Na pewno jest Ci trudno , czujesz się samotna , szukasz sensyu zycia . Chciłabys wiedziec czy jesteś tak ważna dla Martina , że zrobiłby dla ciebie wszystko. Ty potrzebujesz rozpaczliwie miłości , On też . Ale jaki związek możecie stworzyc wchodząc w niego tacy poranieni, niepoukładani, z deficytami....Ja tez kiedys byłam zagubiona młoda dziewczyną i szukałamtej miłości nie tam gdzie trzeba . Wejśc w małżenstwo to dawać siebie i kochać taka miłościa Bożą , która jest nastawiona na dawanie . A ludzie poranieni chca brać , albo daja , ale nie to co ta druga strona chce tylko co sami chcieliby dostac . a problem w tym , że ta druga strona wcale tego nie chce . Więc jestes we wspaniałej sytuacji , bo nie jesteś mężatka , bo całe życie przed Tobą . Postaw na miłośc Jezusa , daj mu sie porwać , postaw go na pierwszym miejscu i zadbaj o swoje życie , czytaj ksiązki, chodz do terapeuty. Wyprostuj się zanim wejdziesz w małżeństwo , teraZ zasiej w to co zbierzesz jutro .

polecam ksiązke " Miłość to wybór"
 
     
nałóg
[Usunięty]

Wysłany: 2009-06-20, 13:34   

...moniko..... czy Martin jest Ci przypisany?? czy warto aby wchodzić ,trzymac sie w związku towarzyskim z kimś kto rani,kto jasno mówi że nie kocha...........
Martin........... badż facetem i zamknij ten rodział............ Stań w prawdzie,możesz więcej niż tylko uzalać sie nad sobą i dokopywać Monice.
Nie chciejcie na siłę łączyć sie w związek małżeński by sie unieszczęśliwiać,by walczyć ze sobą ,z własnymi emocjami .................
Widocznei nie jesteście dla siebie stworzeni......... nie jesteście na szczeście małżństwem.
Może warto zastanowić się dlaczego,po co Pan Bóg dopuścił do tego skoku w bok Moniki..........
Najwidoczniej pewnie nie jesteście dla siebie................

Nic nie musicie ...jesteście wolnymi ludżmi..............
 
     
artuana
[Usunięty]

Wysłany: 2009-06-20, 14:36   

Moniko, powinniście się rozstac. Po takich przejściach nie dacie rady zbudowac małżeństwa. Na pewno nie teraz....może za rok, dwa by się udało, gdy emocje opadną. Ale i to nie jest pewne. Była zdrada - co prawda nie w małżeństwie, ale jednak tak to należy nazwac. Martin sobie z tym jeszcze nie poradził i nie wiadomo czy w ogóle dałby radę z Tobą życ, wiedząc co zrobiłaś.
Pytasz, czy osoby zdradzone, gdyby wiedziały co ich czeka, wchodziłyby w związek małżeński. Ja na pewno nie.
Zdrada to coś gorszego niż śmierc małżonka ( ja tak to odbieram). Bo śmierci każdy może się spodziewac i nie ma o to do nikogo żalu - to naturalna kolej rzeczy.
A zdrady, nikt ze stających przy ołtarzu i ślubujących, nie bierze pod uwagę. Zdrada to wbijanie noża w plecy osobie najbliższej. Czasem ślad po nożu się zagoi, a czasem nie i rana może jątrzyc się stale.
Parę osób Ci napisało, że dobrze że nie jesteście małżeństwem. To prawda !!!!
Nie musicie byc razem nieszczęśliwi, a możecie byc szczęśliwi osobno. Z innymi partnerami
 
     
Basia73
[Usunięty]

Wysłany: 2009-06-20, 20:18   

Moniko, co u Ciebie? Nie odzywasz się. Mam nadzieję, że nie stało się nic poważnego, że to tylko odpoczynek od forum...
 
     
Paloma
[Usunięty]

Wysłany: 2009-06-22, 12:16   

artuana napisał/a:
Pytasz, czy osoby zdradzone, gdyby wiedziały co ich czeka, wchodziłyby w związek małżeński. Ja na pewno nie.
Zdrada to coś gorszego niż śmierc małżonka ( ja tak to odbieram). Bo śmierci każdy może się spodziewac i nie ma o to do nikogo żalu - to naturalna kolej rzeczy.

Zgadzam się z Tobą w pełni Artuano. Dla mnie zdrada też jest gorsza od śmierci małżonka. Ja zdradę przeżywam jak ciągłą śmierć męża.
I tak jak Ty, nie weszłabym w związek małżeński, wiedząc, że mąż mnie porzuci.
Wszystko mogłam sobie wyobrazić, ale nie odejście męża, człowieka tak wielkiej wiary.
 
     
Darek
[Usunięty]

Wysłany: 2009-06-28, 22:01   

Paloma napisał/a:
człowieka tak wielkiej wiary
Widocznie nie była tak wielka. To był test.
 
     
Mirela
[Usunięty]

Wysłany: 2009-06-29, 15:23   

"Gdybym też miał dar prorokowania
i znał wszystkie tajemnice,
i posiadał wszelką wiedzę,
i wszelką [możliwą] wiarę, tak iżbym góry przenosił.
a miłości bym nie miał,
byłbym niczym."


:cry:
 
     
samotna26
[Usunięty]

Wysłany: 2009-07-07, 23:31   

Hej Monika,

Moja historia jest troche podobna. Jeszcze 4 miesiace temu bylam szczesliwa narzeczona, ktora planowala slub i chodzila na przymiarki sukni...
5 miesiecy temu zakonczylam romans. Skonczylam z tym 'trzecim',bo sobie uswiadomilam, ze kocham narzeczonego, nie wyobrazam sobie zycia bez niego i nie chce go krzywdzic. Dlaczego zdradzilam? Z wielu powodow, ale tak naprawde to nie wiem - jak mozna wytlumaczyc dlaczego skrzywdzilo sie osobe, ktora sie kocha?
Dlatego postanowilam tez o niczym mu nie mowic, niestety, miesiac pozniej sprawdzil moje maile i znalazl pamietnik...
Kazal mi sie wyprowadzic. Tak z dnia na dzien, mialam wyjsc do pracy i nie wrocic. I tak sie stalo. Nie mialam gdzie isc, bo mieszkam za granica, przyjechalam tu dla niego i wlasciwie nie mam znajomych.
Teraz mieszkam sama, w nowym miescie do ktorego przeprowadzilam sie za praca, nikogo tu nie znam, nie mam z kim porozmawiac, a to wszystko tak mi ciazy.
Probowalam przekonac bylego narzeczonego, zebysmy sprobowali jeszcze raz, ale przeciez nie moge go do niczego zmusic. A on nie chce mi dac drugiej szansy. Chce, zeby byl szczesliwy i chyba powinien tego szczescia szukac u boku innej.
Bardzo go kocham, ale nie moge wymagac, zeby byl ze mna do konca zycia ze swiadomoscia, ze ukochana osoba tak go zawiodla.
Zerwalismy kontakt, ale ja ciagle mam nadzieje. Minely dopiero 4 miesiace od kiedy sie dowiedzial, moze jest jeszcze za wczesnie na wybaczenie? A moze wlasnie juz za pozno?
 
     
Kobieta74
[Usunięty]

Wysłany: 2009-07-17, 21:56   

Moniko,
pozwól sobie odejsc. nie mozna zaczynać małżeństwa od pola gruzowiska,jakim jest zdrada i zycie po niej.nie mozesz sobie nawet wyobrazic,co moze przezywac Twoj chłopak/narzeczony. przeczytaj uwaznie to wszystko,co Ci pisza Forumowicze.
wiesz,jest taki utwór Rubika,chyba z "Tu es Petrusa" (śpiewa Miecznikowski) i tam sa takie słowa,ktore wywolywaly we mnie okropny ból duszy w okresie zdrad mojego męża "...nic nie boli jak ból czyjejś zdrady,która nigdy nie znika pod blizna...".tego nie da sie opisać. spróbuj wyobrazic sobie odwrotna sytuacja.

chyba, że jesteście obydwoje gotowi na terapię.sama rozważ.

pisze to po to,aby Ci uswiadomic, ze zadałaś swojemu chlopakowi cios w samo serce.i nie wiem,czy do konca zdajesz sobie z tego sprawe.

najlepszym wyjsciem wydaje sie rozstanie. rozlaka czesto pomaga spojrzec na wszystko z innej perspektywy.jesli jestescie sobie pisani to Bóg sprawi,ze bedziecie razem.tylko zaufaj.

świetnym pomysłem sa rekolekcje.

trzymaj sie.

Mądrości Ci życzę:)

[ Dodano: 2009-07-17, 22:57 ]
Mirela,
to cudne słowa.mój mąż czytał je podczas naszego ślubu, podczas Mszy Św.(cały psalm) potem zapomniał:(
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,03 sekundy. Zapytań do SQL: 8