Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie (także po rozwodzie i
gdy współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki), którzy chcą ratować swoje sakramentalne małżeństwa
Portal  AlbumAlbum  NagraniaNagrania  Ruch Wiernych SercRuch Wiernych Serc  StowarzyszenieStowarzyszenie  Chat  PolczatPolczat
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
 Ogłoszenie 

Poprzedni temat «» Następny temat
Czy mnie przyjmiecie i nie potępicie???
Autor Wiadomość
Ola2
[Usunięty]

Wysłany: 2008-10-28, 16:07   

Przypnę się do myśli Dorotki.‎
‎„jak zwał tak zwał, chodzi zawsze o przyczyny, powody”, a że:‎
‎1.‎ nie zawsze chce współmałżonek je wyjawić (słynne słowa: „siem wypaliło”, „straciłem ‎sens życia”) ‎
‎2.‎ lub wręcz chce zataić przyczyny (najczęściej w przypadku zdrady), ‎
‎3.‎ lub podaje bzdurne powody (przesolone zupy),‎
szkoda rozpraszać energię na pytania: Po co? Dlaczego?‎

Każdy przechodzi przez etap pytań. Trudno, niestety, go pominąć. Pół biedy, jeśli świadomi ‎jesteśmy prawdziwych swych win: biłem/łam-piłem/łam. No to ma jakiś sens. ‎
W przypadku „wydumanych win” sensu brak. Tam zaś, gdzie sensu brak, zaczyna się sens.‎
‎„NIE SZUKAJ więc przyczyny (gdy sensu brak), szukaj wyjścia (sensownego)”.‎
 
     
nałóg
[Usunięty]

Wysłany: 2008-10-29, 09:16   

Witaj Olka.... już mi brakowało Twojego pisania na forum (hhhhiiii)..........

Ola.... postawiłaś pytania...... a ponieważ ja pisałem o tym więc podejmę próbę wyjasnienia co miałem na mysli.Bo przykład z sukienką jest dobry...........

Na postawione pytanie :dlaczego? ..
wg mnie jest dość łatwo odpowiedzieć,wg mnie to dość powierzchowne pytanie i odpowiedż na nie jest też mozliwa jako powierzchown spychotechnika...... ktoś pyta więc cos tam odpowiem i niech sie odczepi np.bo mi było żle,bo szukam czegos innego,bo mi sie tak podobało itp......

natomiast pytanie :po co ??? ......tu wg mnie potrzebna jest głębsza refleksja......... bo potrzeba siegnąć jakby głębiej,do podłoża,do korzeni dysfunkcji i to raczej niezależnie co nia jest(zdrada,seksoholizm,alkohol,narkotyki,hazard,zakupomania,seksoholizm,dewocja czy inne zachowania kompulsywne).
Dalej -to są moje przemyslenia- potrzeba pogrzebania często bardzo głęboko aby zobaczyć przed czym ta ogólnie mówiąc dysfunkcja byłą ucieczką,co miała dawać,co zastąpić,jakie profity dawała w początkowym okresie wchodzenia w dysfunkcję,jakie oczekiwania i pragnienia popchneły do zastosowania dysfunkcji w początkowym okresie.

Tak stawiane pytania sa raczej do postawienia tym "popaprańcom' co juz zobaczyli swoje popapranie i cos z tym robią,pracują nad swoim "MNIE" nad swoim "JA".
I dalej -to jest moje przemyslenie- jak się jest w stanei odpowiedzieć sobie "PO CO" to i odpowiedż "Dlaczego" jest dośc prosta i łatwa-każda spychotechnika jest do zastosowania."PO CO" ma raczej ułatwiać rozpoznanie siebie.
Pewnie można by postawić sobie pytanie czy jest sens odróżniania tak nieistotnych na 1 rzut oka zagadnień................ dla zdrowego człowieka one są nie istotne być może,dla mnie ...... "popapranego" są istotne.Bo jak zaczyna działać mechanizm "nawrotu" to jestem w stanie go szybko rozpoznać i postawić sobie pytanie "co sie dzieje? po co mam cheć sięgnięcia po alkohol,przed czym uciekam,co chcę zdusić w sobie..........

Ola.... sądzę że ten Twój przykłąd :
"-Dlaczego założyłaś czerwoną sukienkę?
-Bo w niej wygladam ładnie.

-Po co załozyłaś czerwoną sukienkę.
- Żeby wyglądać ładnie

....... Nadal dla mnie to jest wsjo ryba "

jest dobry.
-Dlaczego założyłaś ........ bo w niej ładnie wygladam .............. -w tym momencie potwierdzasz swoje uczucia,potwierdzasz swoje samopoczucie....dajesz prosta odpowiedż.Tu juz jest stwierdzenie graniczące z pewnością.Bo mi jest z tym dobrze w tym momencie

-Po co założyłaś czerwona suklienkę???......... "żeby ładnie wyglądać"

Tu wyrażasz swoje pragnienie,pragnienie aby ktoś potwierdził najlepiej że łądnie ci w czerwonej sukience.Tu jest element "chciejstwa".Albo ucieczka od swojego standartowego wizerunku ,w którym podświadomie delikwenka może nie czuć sie dobrze.

Ola2.......... z szacunku uważałem że jestem Ci winein moje wyjasnienie........... Ale to są tylko moje odczucia i wcale innym nie musza odpowiadać.


Dorotka 71....... hhhhhiiiiii no widzisz..... uparty jak osioł jestem.Ale wiesz........ ja nie robiłem żadnego założenia i nie namawiam Cię do :"Uważasz że robię błędne założenie, chcąc tak żyć aby nie ranić????"

Ja tylko -z własnego dość długiego juz doświadczenia -wiem że tam gdzie są więzy emocjonalne,uczucia tam wystawiamy się na zranienia i jednocześnie mimowolnie ranimy.Bo tam gdzie jest przyjażn,tam gdzie jest miłość tam odkrywamy swoje najczulsze miejsca.Jednocześnie mamy dostęp do najczulszych miejsc tego/tych z którymi jesteśmy związani emocjonalnie.
Wiedząc o tym możemy mniej ranić i mniej byc ranieni.A gdy juz to zranienie nastąpi mimowolnie ,to jesteśmy gotowi na zadośćuczynienie i poproszenie o przebaczenie.

I fajnie Dorotko że sie spełniasz ,że bez presji podejmujesz działania aby nie ranić.Powodzenia. 3-mam kciuki,
Pogody Ducha
 
     
Ola2
[Usunięty]

Wysłany: 2008-10-30, 11:28   

Widzisz, Nałogu, dla osoby myślącej te pytania dotyczą przyczyny i nie ma potrzeby aż tak się ‎zagłębiać w niuanse.‎
Dla popaprańca, który nich widzi swego popapraństwa i jedno, i drugie pytanie należy do... ‎łatwych.‎
Dlaczego?‎
Dlatego!‎

Po co?‎
Po to!‎

Dla poprańca, który usiłuje się wydostać z bagna oba pytania należą do trudnych.‎
Żadne z tych pytań nie jest ani łatwe, ani powierzchowne. I każde z nich powinno prowadzić do ‎głębszej refleksji, do sedna sprawy.‎
Dlaczego płaczesz? Bo jest mi smutno... Dlaczego? Bo mąż się wyprowadził. Dlaczego? Bo znalazł ‎sobie inną. Dlaczego? Bo twierdzi, że już mnie nie kocha... Dlaczego?‎... Po nitce do kłębka...

Wydaje mi się, że nie w magicznych słowach: "dlaczego", "po co" tkwi sęk, ale w sposobie ich ‎zadawania oraz w tym, co po tych słowach się pojawia.‎

Hm, które pytanie skłania do głębszej refleksji: Dlaczego nie chcę rozwodu? Po co nie chcę ‎rozwodu? Po co płaczesz (żeby mieć mokrą chusteczkę :mrgreen: ) czy dlaczego płaczesz (mąż mnie opuścił)? ‎Matko, to chyba tylko językowców powinno skłaniać do głębszej refleksji. Ale jak rzeczywiście ‎popaprańcom pomaga, no to mnie też to może odpowiadać, chociaż właściwie , to mnie wsjo ‎rybka... etap pytań o przeszłość mam za sobą – wnioski wyciągnięte, działania pojęte.‎

Pozdro
 
     
NORBERT
[Usunięty]

Wysłany: 2008-10-30, 20:38   

Ola2 i tu się z tobą zgadzam....z przeszłoscia nalezy się uporac wykonac rachunek sumienia.wyciągnąc wnioski i do przodu....czy to popapraniec czy tez osoba skrzywdzona pezez popaprańca ..a ciągłe powroty do przeszłości do tego co złe,krzywdzące itd..to wieczne krążenie wokół własnego ogona .....a to bez sensu...bo człowiek nigdy sie nie wyzwoli....nie wiem czy to nie zabrzmi zbyt sucho ale ja mysle tak nalezy sie odciąc gruba krecha od tej złej przeszłości...czy tylko wszyscy to potrafią....
 
     
nałóg
[Usunięty]

Wysłany: 2008-10-31, 08:57   

Ola2, z Twojego miejsca ,z Twoim stanem emocjonalnym zapewne nie nie jest Ci to potrzebne......z resztą.....jak ktoś nie chce,nie musi sobie tych niuansów rozważać.
Ja sobie kiedys zadałem ......poszukałem i odpowiedziałem.Może właśnie bardziej właściwe są to pytania do uzależnionych.

Norbert??? odciąć gruba krechą? wiesz...... to jest najłatwiejsze.Chyba większość z "popaprańców" by tak chciała.
Czysta ,biała kartka do zapisania.
Ale zwykle są albo jest druga strona dysfunkcji. I nie sądzę że ta druga strona (zdradzana,poniżana,nie doceniana,bez czułości,zawiedziona wielokrotnie,zaniedbywana) ma taką chęć do amnezji i grubej kreski........... Oczywiści,piszę to od zawsze,stosuję w swoim życiu: nie można iśc do przodu tyłem,albo z głową ciągle zwrócona do tyłu,bo potknięcie jest bardzo prawdopodobne.Ale nie można wypchnąć dysfuncji z siebie.
Ja już nie piję,nie ćpam,nie zdradzam,nie kradę,nie gram więc cieszyć sie wszyscy i nie wspominac tamtego przeszłego okresu.Tu czas,trzeba dać czas czasowi.
Zresztą............... na ten temat pewnie więcej mogą powiedzieć inni,te nasze zdradzone forumowiczki............ i wielokrotnie piszą o tym.
 
     
Dorota.71
[Usunięty]

Wysłany: 2008-10-31, 13:51   

Zgadzam się w zupełności z Norbertem:

"ciągłe powroty do przeszłości do tego co złe,krzywdzące itd..to wieczne krążenie wokół własnego ogona .....a to bez sensu...bo człowiek nigdy sie nie wyzwoli....nie wiem czy to nie zabrzmi zbyt sucho ale ja mysle tak nalezy sie odciąc gruba krecha od tej złej przeszłości...czy tylko wszyscy to potrafią...."

No właśnie... odciąć grubą krechą.... ale to jest właśnie najtrudniejsze do zrobienia!!!!
 
     
lena
[Usunięty]

Wysłany: 2008-10-31, 14:32   

Dorota.71 napisał/a:
"ciągłe powroty do przeszłości do tego co złe,krzywdzące itd..to wieczne krążenie wokół własnego ogona .....a to bez sensu...bo człowiek nigdy sie nie wyzwoli....nie wiem czy to nie zabrzmi zbyt sucho ale ja mysle tak nalezy sie odciąc gruba krecha od tej złej przeszłości...czy tylko wszyscy to potrafią...."

.....nie nie potrafią...zwłaszcza skrzywdzeni.

Prawda.....ciągłe powroty są bez sensu..... są destrukcyjne.
Odciąć grubą krechą.....starać się nie wspominać, nie roztrząsać...... ale nie zapomnieć, bo tego zrobić się nie da.
nałóg napisał/a:
Norbert??? odciąć gruba krechą? wiesz...... to jest najłatwiejsze.Chyba większość z "popaprańców" by tak chciała.
Czysta ,biała kartka do zapisania.

Kartka raz zapisana....wymazana....nigdy nie bedzie śnieżnobiała ( jak z kiszonym ogorkiem ) ;-)
 
     
NORBERT
[Usunięty]

Wysłany: 2008-10-31, 15:50   

lena napisał/a:
Prawda.....ciągłe powroty są bez sensu..... są destrukcyjne.
Odciąć grubą krechą.....starać się nie wspominać, nie roztrząsać...... ale nie zapomnieć, bo tego zrobić się nie da.
..
Leno mnie właśnie o to chodziło nie wymazac bo tego sie nie da wymazac tylko po co wciąz wracać ....to tak jak z komunizem zakończył sie jest demokracja ..komuniz był zły to po co ciągle go przywoływać i wspominac ...czy po to by ciągle podkreślac ..że komunizm był zły....raz się powiedziało,raz udowodniło i chyba wystarczy....ale jedno wiem to zalezy od nas ..czy własnie lubimy przywoływać demony...a moze czas juz je raz a stanowczo ..przegonić!!!!! :lol:
 
     
Dorota.71
[Usunięty]

Wysłany: 2008-10-31, 15:52   

Leno, ja oczywiście miałam na myśli tych pokrzywdzonych, bo to dla nich zawalił się świat... i masz racje, już nigdy nic nie będzie takie samo jak wcześniej....
Pozdrawiam.
 
     
lena
[Usunięty]

Wysłany: 2008-10-31, 15:52   

...domyśliłam sie :-) i prawidłowo Norbert....przeganiaj!!!
 
     
NORBERT
[Usunięty]

Wysłany: 2008-10-31, 15:58   

dorota71...wiadomo ze nigdy nie będzie tak jak przedtem..a czemu bo przedtem było żle!!!!
ale czy to przeszkadza budować siebie,pracowac nad tym by było teraz i tu lepiej niz przedtem....pewnie nie to zalezy tylko od jednego jak długo popapraniec chce sie obnosić z tym że jest popaprańcem...a drugie jak długo skrzywdzony chce się obnosic z tym ze jest skrzywdzony....czyli jenak wszystko jest nadal zalezne od nas ..ten czas to my ....i jak zawsze od nas jest to tylko zalezna od kazdego z nas wewnątrz!!!
 
     
..monika..
[Usunięty]

Wysłany: 2008-11-04, 11:51   

Witajcie,
jestem Monika od Martina

zastanawiacie sie pewnie dlaczego my tez tu jestesmy, nie bedac malzenstwem.
otoz, choc moje przeszle czyny moga temu zaprzeczac :cry: , jestem osoba wierzaca. jakis czas po tym, jak Martin dowiedzial sie o moich zdradach, nie mogac sobie poradzic ze soba, z poczuciem winy, z Jego bolem [pomimo spowiedzi i powolnego, acz ciaglego procesu powracania do Boga] udalam sie do psychologa. nie byl to psycholog katolicki, jakis taki z pierwszym wolnym terminem, bo zalezalo mi na czasie. jak taki raptus chcialam pomocy na teraz zaraz juz. zeby nie bolalo. pan psycholog po wysluchaniu mojej historii najpierw zapytal mnie o moj znak zodiaku [ :?: ], a potem zaczal swoj dlugi wywod, ktorego mysli przewodnie mozna zamknac w stwierdzeniach, ze:
1. zdrada byla przed slubem, wiec nic nie szkodzi
2. zdrada to cos powszechnego i normalnego
3. on sam wolalby zenic sie z kobieta, ktora kiedys zdradzila jego albo kogos innego, bo juz zna konsekwencje
i ogolnie, ze mam sie nie przejmowac [ :?: :?: :?: ]

czytajac fora internetowe okazywalo sie, ze wiele osob ma podobne zdanie.. w prasie kobiecej mozna znalezc historie o tym jak to mezatki latami zyja majac podwojne zycie i jakie to z nich bohaterki.
powiedzialam NIE.

Moglabym bardzo latwo sie usprawiedliwic, wybielic, takie czasy itp.
ale ja sie na to nie zgadzam.
dlatego, mimo iz formalnie nie jestem zwiazana sakramentem malzenstwa, od pewnego czasu sledze to forum, a nawet osmielam sie teraz wypowiedziec.
z wielkim lekiem, ale tez wielka wielka nadzieja..

czasem czuje sie jak taka kometa.. byla na niebie i Martin patrzyl na nia z zachwytem, czasem az slepym.. jednak ona spadla, pozostawiajac w ziemi wielki krater. moze z czasem wyrosnie na nim trawa, a nawet drzewa, teren sie wyrownna i nie bedzie juz takiej wielkiej wyrwy. jednak na zawsze zostanie po nim slad.
a ja juz nigdy nie bede kometa.
Martin czesto w rozmowach ze mna mowi o mnie tak, ze czuje jakby byla mowa o kims, kto umarl, kto juz nie istnieje, wiec nie da sie juz nic zrobic.
wiem, ze dla Niego umarlam :-(

powoli ucze sie sobie radzic z moja swiadomoscia upadku.
z tym, ze wyrzucilam i podeptalam wiekszosc zasad i wratosci, ktore kiedykolwiek mialam w zyciu. z tym, ze zranilam tak strasznie najblizsza mi Osobe. ze strata Jego.
nauczylam sie nie rozmyslac wiecznie "co by bylo gdyby", skupic sie na terazniejszosci :arrow: "co bedzie jesli".
szlam tip topami, az do niedzieli, kiedy poszlismy na msze uzdrowieniowa odnowy w Duchu Św. od tego czasu bardzo czuje, dzialanie Łaski Pana w moim zyciu i Jego pomoc w moich przemianach.

Nie wiem co bedzie z Nami.
nie jestesmy zwiazani sakramentem [na szczescie dla Martina..], wiec sytuacja jest zdaje sie w miare jasna.. choc On czasem sie jeszcze waha i miota, zastanawia i rozmysla. mam wrazenie jakby sam sobie wyznaczyl date do kiedy MUSI podjac decyzje i strasznie Go to meczy. nic nie daje to, ze mowie Mu, zeby teraz zajal sie Soba, ze to nie jest w tym momencie najwazniejsze, zeby nie martwil sie teraz Nami ani mna.

mam do Was pytanie, bo jestem totalnie bezsilna...
jak moge Mu pomoc? czasami mysle, ze po prostu powinnam zniknac z Jego zycia, podjac za Niego ta trudna decyzje, choc we mnie jest wola i chec do walki o Nas. choc ja bardzo chcialabym odbudowywac.. ale nie wiem czego On chce. On sam chyba tego nie wie. moze gdyby mnie nie bylo, gdyby nie mial swiadomosci, ze tak blisko jest osoba, ktora tak Go zranila, byloby mu latwiej.. z drugiej strony widze, jak kiedy bardzo cierpi, pomimo tego, co zrobilam potrafie mu pomoc i ten bol ukoic.
:cry:
 
     
lena
[Usunięty]

Wysłany: 2008-11-04, 23:00   

od pewnego czasu sledze to forum, a nawet osmielam sie teraz wypowiedziec.
z wielkim lekiem, ale tez wielka wielka nadzieja.


Witaj i gratuluje odwagi.....tak....odwagi, bo niewielu na to stać.
Bać sie nie musisz, bo i czego.....nie jestesmy od rozliczania z grzechów i wymierzania kar.
Niewielu wolnych ludzi ma swiadomosc złas jakie czyni, bo przeciez.... nie sa zwiazani sakramentem. Ty masz....więc jestes na najlepszej drodze do uzdrowienia siebie i .......waszych relacji.
Moniko.....gdyby Martinowi nie zależało nie byłoby Go tutaj....czyż nie?
To walka o miłość Was obojga.
Nic na siłę....wszystko ma swój CZAS.....
 
     
nałóg
[Usunięty]

Wysłany: 2008-11-05, 10:14   

Witaj ...Monika od Martina............. wiesz...fajnie że tu jesteś.że weszłąś na to forum.Do tego trzeba odwagi i dojrzałości.Dojarzałości duchowej i emocjonalnej by stanac twarzą w twarz ze soba ,ze swoim problem wobec innych ludzi.Przyznać się do błędu,do "popapraństwa".

Wiesz co Martin??? żę Monika jest bardziej dojrzała ,chyba tak się postrzega,takie wysyła sygnały jak z przed "skoku na zieleńszą trawkę".
Monika.... jest takie powiedzenie:Pan Bóg pomaga w szczególności tym,co sobie sami chca pomóc.
Mam wrażenie że Ty(Wy) na tej mszy poprostu sie otworzyłas na te pomoc........i dostałas ją.Pielęgnuj te pomoc,dbaj o nią jak możesz najlepiej.

Piszesz:"Nie wiem co bedzie z Nami"............. HA..... tego nie wie nikt ,ale wiele zależy od Was,od Waszej woli zaakceptowania siebie nawzajem .Ty wyskoczyłaś sobie na "bok' .... Martin poczuł sie zraniony........... teraz czas rekonwalescencji.Czy sie uda??? zalezy od niego,od Ciebie od waszej woli bycia razem.
Ale wiesz co Monika??? wiesz co Martin??? Monika..... Ty jestes o krok w przodzie przed innymi......... a wiesz dlaczego??? bo wiesz juz że jesteś "popaprana" ... masz świadomość co dał Ci "skok do wyra" ,masz świadomość że to boli,masz świadomość swojej ułomności.
Masz szansę wykorzystać tę świadomość.Masz szansę.
...
Dalej piszesz ,pytasz :"mam do Was pytanie, bo jestem totalnie bezsilna..."
super postawione pytanie.Jestes bezsilana ale nie bezradna. Nie bezradna.Możesz naprawdę wiele zrobić dla siebie,dla Was.

Macie możliwości............... rekolekcje połączone z naukami przed małeżenskimi itp.
Pogody Ducha
 
     
martin
[Usunięty]

Wysłany: 2008-11-05, 12:29   

..monika.. napisał/a:
Witajcie,
jestem Monika od Martina


dlatego, mimo iz formalnie nie jestem zwiazana sakramentem malzenstwa, od pewnego czasu sledze to forum, a nawet osmielam sie teraz wypowiedziec.
z wielkim lekiem, ale tez wielka wielka nadzieja..

czasem czuje sie jak taka kometa.. byla na niebie i Martin patrzyl na nia z zachwytem, czasem az slepym.. jednak ona spadla, pozostawiajac w ziemi wielki krater. moze z czasem wyrosnie na nim trawa, a nawet drzewa, teren sie wyrownna i nie bedzie juz takiej wielkiej wyrwy. jednak na zawsze zostanie po nim slad.
a ja juz nigdy nie bede kometa.

:cry:



Hej Moni
Ciesze sie z tego, ze sie troche otworzylas.
Co do potepiania - sama widzisz...
Co do komety - to niestety racja. Tak to przynajmniej postrzegam w tej chwili. Na pewno bedzie inaczej.

Nawiazujac troche do dywagacji na temat DLACZEGO vs PO CO uwazam dyskusje za bezcelowa. Jesli ktos chce dociekac, niech najpierw zapytac DLACZEGO, aby dociec przyczyn, a potem PO CO, zeby wiedziec co mialo to dac. I tyle.
Pytam Monie wiele razy, ale nie umiem zaakceptowac odpowiedzi pt. "sama nie rozumiem". To juz nawet nie wynika z braku dobrej woli, po prostu nie wiem, jak mozna nie rozumiec doglebnie samego siebie. Czasem chce mi sie nawiazac do postu Oli mowiacej, ze "zdradzacz nie chce wyjawic, albo podaje bzdurne powody", bo tez momentami odnosze wrazenie, ze takie stwierdzenie wyraza brak umiejetnosci przekazania co sie czulo, albo strach przed podaniem bolesnych powodow. A uwazam, ze kazdy powod jest lepszy niz cos takiego.

Po przeczytaniu wielu watkow na tym forum nasunelo mi sie spostrzezenie, ze sa 3 typy zdradzajacych:
1) Ci co odeszli albo wrocili nie zalujac i nadal stosujac spychologie winy - raczej nigdy nie zobacza tego forum, bo jeszcze by musieli dojrzec, a na to gotowi raczej nie sa.
2) Osoby, ktore zdradzily, zdaly sobie sprawe z ogromu zla ktore zrobily i staraja sie zrobic wszystko, zeby budowac od nowa
3) nijaki typ udawaczy, czyli 1) udajace 2) - juz totalnie porabane.

I teraz sie zastanawiam - patrzac na te typy uwazam, ze osoby zyjace z typem 1) maja straszna mordege, bo nie wiadomo co ten czlowiek zrobi, czy tego nie powtorzy, bo przeciez siebie uwaza za niewiniatko. Moim zdaniem taki czlowieczek powinien dostac ostro w leb od osoby zdradzonej, bo inaczej nigdy nie zrozumie.
Osoby majace za partnera typ 2) i tak nie moga sie pogodzic z tym co sie stalo, ale jest szansa, ze ich zwiazek bedzie trwaly, jesli osoba, ktora byla zla naprawde zaluje i naprawia.
Ci pechowcy zwiazani z typem 3) (ostatnio pojawil sie post na forum osoby, ktorej maz przez rok udawal, ze wrocil, "zeby nie ranic", "bo nie umial sie z Nia rozstac" itp. ) maja najgorzej, bo siedza na bombie i nawet o tym nie wiedza.
Niestety ja nie umiem odrozniac typu 1) i 3) - ktos umie? Jesli tak to chetnie sie dowiem jak.
Bo ja widze w Moni 2), ale boje sie po poprzednich klamstwach, czy to wszystko jest prawdziwe. Poza tym nie wiem jak sobie radzic z nawrotami tych zlych mysli, co zrobila. Boli. Modle sie, na troche pomaga, ale i tak wraca i boli.

I jeszcze jedno pytanie - do osob zdradzonych. Czy czasem czujecie taka zupelna pustke, niemoznosc wyrazenia uczucia? Mowie o tym, ze ta druga osoba jest bardzo bliska, wyzwala czesto powroty wielkiego ciepla w srodku, ale czasem nawet kiedy Monia cierpi to nie umiem do Niej podejsc :(. Mowi mi, ze mnie Kocha, a ja nie umiem odpowiedziec, bo juz w tym poszarpaniu wewnetrznym tak daleko zaszedlem, ze teraz sam musze poukladac co czuje. Z drugiej strony, jak Jej nie ma obok, tak jak wczoraj, to wszystko o Niej przypomina i wywoluje potoki lez. Czasem z zalem, a czasem tesknoty za pieknem, ktore laczylo w relacji. A czasem bym chcial, zeby po prostu byla blisko. Jesli tak - jak sobie z tym radzicie? Czy to sie po jakims czasie zmienia, odbudowuje?

Nalog - dzieki, rekolekcje to dobry pomysl, musimy trafic takie, zeby Nam termin odpowiadal.

Mam pytanie do Agnieszki78 - co czujesz do meza? Bo bardzo ostro sie wypowiadasz, ale jestes z nim przeciez.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,03 sekundy. Zapytań do SQL: 8