Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie (także po rozwodzie i
gdy współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki), którzy chcą ratować swoje sakramentalne małżeństwa
Portal  AlbumAlbum  NagraniaNagrania  Ruch Wiernych SercRuch Wiernych Serc  StowarzyszenieStowarzyszenie  Chat  PolczatPolczat
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  StatystykiStatystyki
 Ogłoszenie 

Poprzedni temat «» Następny temat
Jak przezwycięzyc kryzys małżenski?
Autor Wiadomość
Małgorzta
[Usunięty]

Wysłany: 2008-02-19, 11:48   

Tak modlitwa to podstawa. I myslę, że modlitwa + ufność nie da postawy roszczeniowej. Ciężko jest działać w sytuacji kiedy ze strony męża napotykam totalną obojetność niby rozmawiamy normalnie, ale słowa które usłyszałam o tym że mu nie zależy i nie zmuszę go do kochania nas dzielą jak jakis mur i naprawdę nie wiem jak mam działać. Najchętniej to schodze mu z drogi. I wieszczcie mi, że gdyby nie modlitwa i wiara, która mnie umacnia to żal i smutek nie pozwoliłby mi normalnie funkcjonować czułam że zwarjuję. Bo kiedy człowiek daje z siebie wszystko i w nagrode dostaje takie słowa to ludzki umysł nie jest w stanie to pojać. Naprawdę modlitwa już mi pomogła. Pomogła mi już się wyciszyć i nabrać dystansu stanąć jakby z boku tej sytacji i chyba odpuścić dać mężowi zastanowić się nad życiem nie naciskać.
Niecierpie sytuacji niewyjaśninych ja nie jestem pamietliwa. Jest mi jeszcze bardziej przykro kiedy mąż mi wypoina jakieś drobiazgi sprzed 5 czy 10 lat bo to było mineło powinien powiedziec co Go boli co się nie podoba i chcieć naprawić uzdrowić nasze relacje a On nie chce i tego też nie mogę pojać bo mu nie zależy nie moge tego pojać . Teraz modlę się o dary Ducha Świetego dla męża i siebie o odnalezienie się na nowo bo życie jest zbyt krótkie, aby sie ranić. Trzeba naprawdę zaufać i dać się pprowadzić bo Bóg nie chce źle dla nas tylko po przez przykre doświadczenia pokazuje nam jak mamy żyć lepiej co robiliśmy nie tak. Wierzę że miłosierny Chrystus tak nami pokierujeże znów się uśmiechniemy do siebie.
 
     
Mirela
[Usunięty]

Wysłany: 2008-02-19, 11:52   

Serdecznie Witam:)
To bardzo ważny temat.
Nałogu napisałes:

Cytat:
Do Boga,do Pana Jezusa mozna,trzeba sie zwracać.............ale trzeba tez wiedzieć o co ............ bo cud?cud natychmiast,juz ,dziś.......bo tak najczęściej sie modlimy,roszczeniowo,błagalnie,bo nam sie wydaje że to o co prosimy , co chcemy dostac jest najlepsze............. a co sie dzieje jak tego nie dostajemy??????? Często żal,pretensja,rozczarowanie ......bo prosiłam/em a nie dostałem,bo Bóg,bo Jezus nieczuły,bo nie dał,nie uzdrowił.”

Owszem, człowiek nie wie na początku relacji z Bogiem o co się zwracac, modli się jak piszesz życzeniowo…jest rozczarowany efektem braku spełnienia…
Tylko nie można na to popatrzec jak człowiek. Łatwiej nam patrzec na tą relację z perspektywy Ojciec – dzieci. Dzieci są spontaniczne , proste i trzeba przyznac ,ze i taka modlitwa jest prosta. Nie można też powiedziec ,że ona jest bezwartosciowa…czy rozpatrywac ją w kategoriach nie przynosząca efektu i nie podobająca się Bogu. Człowiek w relacji z Bogiem jest ograniczony i nie wynika to z” kalectwa”. Nie można wykluczyc efektów modlitwy, efektów , które widzi sam Bóg. To przecież On bez względu czy ktoś jest gnuśny, pyszny bądź jeszcze bardziej „chory” nie odwraca się plecami do człowieka. To działanie jest w naszej perspektywie niewidoczne. Samo pokładanie nadziei chocby tej znikomej w Bogu jest owocem Bożej Łaski. Zobacz na swoim przykładzie. Pięknie opowiadasz o tym jak się modliłes… jak modlą się ludzie…owocem tej modlitwy jest uświadomienie człowiekowi ,że Bóg jest czymś więcej niż spełnieniem marzeń ziemskich…Jest uświadomienie ,że On jest Mocą do działania, że On jest PRAWDA I ZYCIEM. Kiedy cierpiałeś nie widziałeś w tym błogosławieństwa jak Hagar (Rdz 21,8-21), byłeś tak utopiony w cierpieniu, że ograniczało to rozwój Twoich talentów jakie dał Ci Bóg …i co się dzieje… WPADA CI W RĘCĘ książka …aż takiego posunięcia użył Bóg, żebyś mógł się ocknąc… Nie pozostawił Cię, a wspominasz ,że modliłeś się przyjmowałes Sakramenty i nic się nie zmieniało. A zmieniało się wiele… tylko po ludzku, może jak Hagar niedostrzegalne było to dla z Ciebie.
Największym sprytem kusego, tak go nazywasz, to pokładanie wiary w siebie , bez Boga.
Rozdzielanie modlitwy od działania , nie wydaje mi się do końca uzasadnione. Modlitwa jest już początkiem działania…, sama w sobie jest już działaniem.
Napisałeś:

Cytat:
„Ale nie modla sie o to aby coś sie samo zrobiło.
Owszem,modlitwa powoduję najczęściej pewną refleksję,modlitwa (o ile nie jest roszczeniowa) powoduje troche inne spojrzenie na siebie,zastanowienie sie nad własnymi działaniami,nad własanym stosunkiem do męża/żony.czy czasami to nie modlący sie jest w znacznym stopniu wywołującym irytację u swojego partnera w małżeństwie.?????????
Elżebieto........... ja znam to uczucie z własnego życia,kiedy modliłem sie o pomoc ale taką jak ja sobie wyobrażałem,jaką ja chciałem dostać.Modliłem sie leżąc na szpitalnym łózku,przed operacją.
Tak,modlitwa jest bardzo ważna.Ale modlitwa bez stawiania warunków.
Czytam wszystkie Twoje posty.......... epatuje od Ciebie bardzo głęboka wiara.”
Nałogu…czy myślisz , czy uważasz ,że sam uczysz się modlic? Czy te spostrzeżenia były by możliwe bez działania Bożego?


Bóg jest tak Łaskawy i Miłosierny, że w każdym szczególe towarzyszy człowiekowi.
Sam Jezus Chrystus uczy nas modlitwy (Mt 6,9-15).
Wiara Elżbiety jest obrazem tego o czym wspominał Benedykt XVI w swojej encyklice „Spe Salvi”. Wiara, Nadzieja, Miłośc, żadna z tych trzech nie wyklucza działania, rozumności wręcz przeciwnie, rozpoczyna się już ona w modlitwie.
Tak bardzo często modlitwę rozpatruję się jak coś naiwnego, coś co jest ograniczeniem do działania; Albo zauważam coś takiego…” Pan Bóg , Panem Bogiem a my tu na ziemi” jakby oddzielając Go od naszego życia tego prostego , tego codziennego…

Myślę sobie ,że to duże osiągnięcie kusego, stworzyc Boga i relacje z Nim jako coś co jest ABSTRAKCJĄ, stworzyc obraz wiary nierozumnej, mało tego, stworzyc obraz nadziei złudnej, naiwnej pozbawionej siły do działania, kochania. To się kusemu UDAJE…

Wystarczy popatrzec na życie Chrystusa i na Jego modlitwę…WSZYSTKO BYŁO DZIAŁANIEM KU MIŁOSCI . Sama Milosc jest już siłą. Modlitwa jest miłowaniem ( a miłośc jest działaniem) , tylko ten zaszczyt uświadomienia człowiekowi tego faktu ,pozostał zastrzeżony dla samego Boga.

Nałogu ...Pan Bóg odkrywa nam siebie tak jak my chcemy Go odkrywac i poznawac... To żywa relacja nawet w tych codziennych sprawach...sam sie o tym przekonałeś...

PS. Matka Boża w Medżugorje wspomina cyfrę 7 , która jest dopełnieniem w modlitwie, ma wymiar symboliczny. Mamy modlitwę o 7 DARÓW DUCHA SW.
http://www.modlitwa.info/page_5.php
I nie ma nic prostszego żeby sie nie pogubic...
http://www.modlitwa.info/page_4.php

Z POWODU NIEWIARY NIE UCZYNIł TAM CUDóW...Czy wierzymy w Jego obecnosc w naszym codziennym życiu, w tych prostych zwyczajnych zmaganiach , troskach i radościach?
Ostatnio zmieniony przez Mirela 2008-02-19, 11:57, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
Elżbieta
[Usunięty]

Wysłany: 2008-02-19, 11:53   

Leno, my z Nałogiem zawsze piszemy o tym samym, myśmy to już dawno stwierdzili.
Po prostu piszemy, ojej, ja trochę bardziej kolorowo... przepraszam. ;-)
 
     
lena
[Usunięty]

Wysłany: 2008-02-19, 12:05   

...czyli zaczynam kumać...skoro zauwazyłam że to to samo
i nie przepraszaj bo to ja niekumata byłam :lol:
Może być i kolorowo.
 
     
Elżbieta
[Usunięty]

Wysłany: 2008-02-19, 12:10   

Leno, odniosłam do pierwszego zdania Nałoga.
Do jednego z pierwszych zdań "bardziej, bardziej" się odniosłam.
Wszystko ok. Kumata. ;-)

Małgorzta napisał/a:
Jest mi jeszcze bardziej przykro kiedy mąż mi wypomina jakieś drobiazgi sprzed 5 czy 10 lat bo to było mineło powinien powiedziec co Go boli co się nie podoba i chcieć naprawić uzdrowić nasze relacje a On nie chce i tego też nie mogę pojać bo mu nie zależy nie moge tego pojać.


Zauważ Małgorzato jedną ważną rzecz:

pewną NIEUMIEJĘTNOŚĆ MĘŻA

"mąż wypomina" - czyli widzi problem = > zależy mu więc

ale
wypomina, bo nie umie rozwiązać problemu INACZEJ, mądrzej i konstruktywniej


więc nie jest tak, że "nie chce" tylko NIE UMIE.

Spróbuj znaleźć rozwiązanie na miarę inteligencji kobiecej

(podobno dlatego wąż skusił Ewę, nie Adama,
bo gdyby skusił Adama --> Ewa - inteligentniejsza - powiedziałaby, gdyby jej proponował: "coś ty głupi! zostaw to jabłko!" - cóż, tą opowieść opowiedział pewien człowiek duchowny....)

Małgorzato myśl, ufaj, proś o światło Ducha Bożego i DZIAŁAJ!
 
     
nałóg
[Usunięty]

Wysłany: 2008-02-19, 19:15   

Mirello............ piszesz:
"Myślę sobie ,że to duże osiągnięcie kusego, stworzyc Boga i relacje z Nim jako coś co jest ABSTRAKCJĄ, stworzyc obraz wiary nierozumnej, mało tego, stworzyc obraz nadziei złudnej, naiwnej pozbawionej siły do działania, kochania. To się kusemu UDAJE… "

Czyżbyś takie wnioski wyciągneła po lekturze tego co napisałem?

I jeszcze jedno Mirello:
piszesz:"Nałogu ...Pan Bóg odkrywa nam siebie tak jak my chcemy Go odkrywac i poznawac... To żywa relacja nawet w tych codziennych sprawach...sam sie o tym przekonałeś... "

Ja ujmuje to tak (też z własnego doświadczenia):Bóg pozwala nam siebie pojmować tak jak Go chcemy pojmować......... nawet w sposób dysfunkcyjny.Bo mamy wolną wolę................Dopiero ból fizyczny czy duchowy często prostuje wyobrażenia.
Ale wiem tez ze Pan Bóg pomaga tym co sobie chca pomóc...............juz tu,na ziemi
 
     
Elżbieta
[Usunięty]

Wysłany: 2008-02-19, 19:49   

nałóg napisał/a:
Elzbieto................
Czytam wszystkie Twoje posty.......... epatuje od Ciebie bardzo głęboka wiara

:-D
Mirela napisał/a:
Wiara Elżbiety jest obrazem tego o czym wspominał Benedykt XVI w swojej encyklice „Spe Salvi”. Wiara, Nadzieja, Miłośc, żadna z tych trzech nie wyklucza działania, rozumności wręcz przeciwnie, rozpoczyna się już ona w modlitwie.

Dziekuję Mirelko.

Pozdrawiam serdecznie.
Z Panem!
Mirela napisał/a:
Modlitwa jest już początkiem działania…, sama w sobie jest już działaniem.

takie proste stwierdzenie ...
rzeczywiście

modlić się: uklęknąć (działanie)
złożyć ręce do modlitwy (działanie)
zrobić znak krzyża (działanie)
otworzyć usta i mówić, mówić, mówić, do Boga
a On? do mego serca....
 
     
Mirela
[Usunięty]

Wysłany: 2008-02-19, 20:40   

nałóg napisał/a:
Mirello............ piszesz:
"Myślę sobie ,że to duże osiągnięcie kusego, stworzyc Boga i relacje z Nim jako coś co jest ABSTRAKCJĄ, stworzyc obraz wiary nierozumnej, mało tego, stworzyc obraz nadziei złudnej, naiwnej pozbawionej siły do działania, kochania. To się kusemu UDAJE… "

Czyżbyś takie wnioski wyciągneła po lekturze tego co napisałem?


Nie nałogu...

Pozdrawiam serdecznie :)
Bardzo się ciesze ,że jesteś z nami:)
 
     
Małgorzta
[Usunięty]

Wysłany: 2008-02-20, 13:12   

Dziekuję Elżbieto za słowa otuchy bo czasami dopada mnie straszny smutek i bezradność mimo ogromej pracy nad sobą. Wtedy oczywiscie co robię ? MODLĘ SIĘ I JESZCE RAZ MODLĘ SIĘ i wtedy moje serce się uspokaja i powtarzam JEZU UFAM TOBIE TY WIESZ CO MAM CZYNIĆ POKIERUJ MNĄ TY WSZYSTKO MOŻESZ. Fakt, że oczywiście wybaczyłam przykre słowa które gdzieś głęboko siedzą bo ludzki umysł nie jest wstanie pojąć jak robisz dla kogoś wszystko i dostajesz za to słowa że nie zmusisz go do kochania a co wieczór odwraca się i poprostu Cię nie widzi jako kobiety mówi że jest dla dzieci. To przyznaję czuję sie bezradna i boję się działać. Przychodzą mi rózne myśli staje się podejrzliwa i staram się odrzucić te myśli, ale mi cieżko. Nigdy nie sądziłąm, że ludzie wierzący świadomie przysięgający na dobr i złe mogą wpaść w kryzys. Uważałam zawsze, że trzeba rozmawiać przebywać ze soba poświecać sobie czas szanować się itd... Ale jak można być tak obojetnym i nie podjąć rozmowy słuchaj to i to mnie denerwowało pracujmy nad soba i zacznijmy od nowa to naprawde ludzki umysł nie jest w stanie tego pojąć. Niby rozmawiamy ze sobą normalnie ale dzieli nas jakiś mur zero ciepła miłych słów normalnych ludzkich odruchów tylko słuchość. Myślę że ja też muszę być słucha i pokazac obojetność może wtedy sie zastanowi tylko że mnie jest trudno taką być kiedy oddała bym serce aby drugiej osobie było dobrze. On zachowuje sie jakby nie musiał się starać bo ja niepotrzebnie powiedziałam że mi zależy. Dla mnie małżeństwo to świetość której trzeba strzec, ale naprawdę jestem skołowana jak robić aby ratować aby przyszedł się przytulić a jak przyjdzie to co odtrącić i pokazać że mnie zranił czy co robić jak jeszcze długo nie przyjdzie bo nie przychodzi już trzeci miesiąc. Z góry dziekuje za wsparcie, które znalazłam na tej stronie.
 
     
RADOŚĆ
[Usunięty]

Wysłany: 2008-02-29, 15:04   

Pomodlę się za Was, Małgosiu. Mam podobną sytuację. Jak trwać, żeby znowu emocje nie wźięły góry. Też powiedziałam, że mi zależy, bo mi zależy. Trudno znosić obojętność, brak ciepła, samotność.
 
     
Małgorzta
[Usunięty]

Wysłany: 2008-03-03, 09:51   

Radość dziekuję za modlitwę ja też staram się pamietać o małżeństwach które zaglądją na tą stronę. Powiem Ci Radość, że oddałam wszystko w Bogu , Duchowi Św., Miłosiernemu Jezusowi, Św. Judzie , Matce Najświetrzej i czuję naprawdę już czuję ich pomoc a nawet cudziki. Mąż zaczął przynajmniej normalnie sie odzywać nie jest wylewny, ale rozmawiamy a nawet zaczął troszkę z siebie dawać jeśli chodzi o obowiązki zwiąne z dziećmi. Ja się wyciszyłam. Myślę, że to znak, który nas umacnia i mówi nam módlcie się i wierzcie a Ja was nie zostawię, ufajcie złóżcie wszystko we Mnie.
 
     
Dunia
[Usunięty]

Wysłany: 2008-03-06, 13:04   

Małgorzato, domyślam się co czujesz. Chcę bardzo podziękowac Wam wszystkim. Panu Bogu za to, że weszłąm nie tak dawno na tę stronę. Wtedy byłąm nad psychiczną przepaścią. To nie znaczy, ze już jest u mnie dobrze. nie wiem czy kiedykolwiek będzie...ale we mnie jest całkiem inaczej. Ja dopiero teraz więcej rozumiem, modlę się, nie mogę sie doczekac kolejnego dnia,żeby przeczytać następną cząstkę nowenny do Św. Judy. Dziekuje Ci Ado. Bardzo. To Ty pokazałaś mi tę drogę. Dzała. Na mnie działa. Mam wrażenie, że i na mojego męża. To jednak mówię bardzo pocichutku i nieśmiało, bo nic radykalnego się u mnie nie stało. Jest trochę weselej i spokojniej . Bardzo dziękuje Jagodzie. Modlę się,zeby Pan nasz opiekował się nią i jej rodziną. To niesamowite, gdy dostaje się bezinteresownie tyle dobra co tu. Małgorzato., mój mąż tez wciąż "wieje chłodem"...i to jakim. Kiedy na niego patrzę to ni go badzo żal. Bo widać w nim wielkie nieszczęści. On nie wie jakie życie wybrać. Czy z ukochaną kobietą (to moje przypuszczenia rzecz jasna), czy poświęcić się (jak mówi) i zostać z DZIEĆMI. swoją drogą wciąż nie mogę uwierzyć, że w ogóle ma jakieś dylematyy w tej dziedzinie. Dla mnie to niepojęte. Tym bardziej uważam, że to jakaś choroba czy coś...Jeszcze dwa miesięce temu byłam w takim stanie, że teraz nawet nie chcę o tym myśleć, ale uwierzcie, ze jest coraz lepiej, ze mną. To może egoistyczne ale ważne, bo wiem, ze dzięki temu lepiej równiez funkcjonuje moja córka. mój mąż mnie obserwuje i widzę u niego narastające zdziwienie : jak to? po tym co jej zrobiłem , co powiedzaiłem ona jest spokojna, (już) nie płacze, nie chce wyjaśniać, nie rozpacza... Nie moja to zasługa jak wiecie Kochani. Pomaga mi Bóg. Wiem to. Modlę się do Św.Judy, do Matki Najświętszej. To mi pomaga a o to chyba chodzi. Naprawde nie wiem jak długo tak ze mną bedzie. Oewnie, że jeszcze dwa dni temu miałam ból żołądka jak kończył się dzień pracy i miałam wrócić do domu. Chyba dla tego tak się dzieje, ze mąż trochę przestał być epicentrum moich zainteresowań, a jest tam teraz Bóg. Tak pewnie powinno byc zawsze. Oczywiście,że nadal bardzo boli mnie obojętność i chłód. Małgorzato, Radości wiem co przeżywacie. Wyciszyłą się we mnie potrzeba ciągłej bliskości męża, która niedawno jeszcze bardzo mnie niszczyła, bo on mnie wyraźnie unikał, wręcz odtrącał. Ostatnie trzy dni to był cazs rekolekcji w moim Kościele. Pierwszy raz od wielu lat pocszłąm na nie. Ludzie, co za ptrzeżycie. Żadnego zniecierpliwienia z mojej strony, jakaś radość, ufność. Kiedy wracałam codziennie wieczorem to coś mi w duszy grało. Dziękuję Bogu za ten stan. Co się dzieje?...
 
     
Jagoda0710
[Usunięty]

Wysłany: 2008-03-06, 17:57   

Duniu, ten stan to odnalezienie właściwej hierarchii wartości w Twoim życiu. Jeśli Bóg znalazł się na właściwym (czytaj: pierwszym) miejscu, to wszystko inne też.
Przed Tobą długa droga, całe Twoje życie. Więc niech ta RADOŚĆ i MUZYKA gości w Twoim sercu każdego dnia. Bo przecież człowiek ufający Bogu i trwający na modlitwie wcale nie musi być cierpiętnikiem.
Duniu, pamiętam... Czekam na wiadomości. I dziękuję.
 
     
Jo-anka
[Usunięty]

Wysłany: 2008-03-07, 08:16   

Małgorzta, Dunia, Radośc- to co Wy, w szczegolnosci mogę sie podpisac pod każdym slowem Malgorzaty, przezywam juz od 3 lat,
pierwszy rok naszego kryzysu byl straszny, moja rozpacz, placz, ciągly bol brzucha i glowy Duniu w obenosci męza i na jego wspomnienie trwal ok 1,5 roku, przeszlo w koncu...choc czasem wraca ale nie tak silnie

pomoglo wyciszenie odnalezione przez modlitwę, dopiero po okolo 1,5 roku kryzysu moglam zajęac sie sobą- widzicie Kochane oprocz modlitwy czas pomaga i zyczliwi ludzie wokol.Ja nieprzerwanie wysławiam Sw Ritę!!!modle sie do niej codziennie
nie załujcie ze powiedzialyście ze Wam zależy- co w tym zlego- niech wiedza, wlasciwie powinni to wiedziec
najwazniejsze to nie NARZUCAC SIE!i nie pozwalac na ponizanie( moj maz ma z tym problem, wyszydza i poniza mnie czesto- tzn w gorszych momentach, bo czasem w ciagu tych 3 lat bywalo naprawde normalnie i fajnie)

i to co pisze sie na tym forum od zawsze- trzeba sie zajac sobą- , po to by umysl odpoczal, by pokazac dzieciom i mezowi usmiechnieta, wypoczeta mame i zone- pamietam, jak kiedys ( w trakcie strasznego kryzysu, mojej depresji 47 kg wagi itp) bawilam sie z maluszkami, spiewalismy wygluopialismy i smielismy sie- wtedy wszedl maz do domu niezauwazony i nas obserwowal i powiedzial- zapomnialem juz jaka mozesz byc fajna...
zamiast mu powiedziec ze to przez niego tak rycze i sie czuje , jakos sie do niego usmiechnelam resztka sil, i pamietam ze od tamtej pory bylo jakos lepiej(do kolejnej fali kryzysu... ;-)
ale tez wykorzystuje jego "lepsze chwile" bez narzucania sie usmiecham sie do niego, pogladze po reku...nie chce, fuknie, odepchnie mnie- to nie, ale jak widze ze sam sie przytuli to nie odpycham go(dziewczyny ale na to czekam dosc dlugo, choc myslalm ze to nigdy sie nie zdarzy- w ciazy po prostu sie mna brzydzil i nawet patrzyc na mnie nie chcial, co dopiero przytulenie)
jak natomiast mnie tak poniza, wyzywa, dokucza- zamykam sie bardziej w sobie, nie rycze juz(!!!- co uwazam za moj sukces ;-) jestem bardziej asertywna- zdarzylo sie nawet kilka razy ze mnie przeprosil za wybuch agresjii(!!- nie do pomyslenia wczesniej)


reasumując- spokoj, zycie takze dla siebie, zyczliwi ludzie wokol nas, modlitwa- bo coz pozostaje innego zreszta

szkoda jednak ze 100% recepty na uzdrowienie małżeństwa nie ma

ADO, JAGODO, JUSTYNKO- dziekuje Wam serdecznie za kazde slowo ktorym mnie wspieralyscie, bardzo dziekuje
 
     
Dunia
[Usunięty]

Wysłany: 2008-03-07, 09:40   

Niesamowite jest to co napisała o swoim życiu Jo-anka. Ile trzeba miłości, cierpliwości, siły, mądrości, zeby tak świadomie trwać przy drugim człowieku. Wyraźnie to widać dopiero u kogoś drugiego, z dystansu. Jesteś piękną osobą Jo-anko. Nie chcę, zeby to brzmiało jakoś przesadnie, ale tak właśnie myślę. Ty nosisz w sobie Jo-anko mądrość swoją i męża i dobroć za Was dwoje. Życzę Ci ,żeby to zauważył. Żeby go oświeciło. Napisałaś o Stosunku Twojego męża do Ciebie w czasie ciąży. To niepojęte. Mój mały synek też został poczęty już w czasie kryzysu, w momencie próby udowodnienia sobie nawzajem, że jest dobrze. Mąż oczywiście nie chciał wtedy dziecka. Mówił o tym jakieś dwa lata wczaśniej. Ja wówcas bałam się radykalnych zmian. Już w kryzysie bardzo chciałam, ale wiedziałam ,że w tej syt. , w której znalażło się nasze życie, nie można decydować się na dziecko. I wyobraźcie sobie, w najmniej oczekiwanym momencie, biorąc pod uwagę relne okoliczności, na przekór wszelkiej wiedzy na ten temat, poczęło się nasze maleństwo. Byłam zszokowana, ale bardzo szczęśliwa. Mój mąż zaskoczony i niezadowolony. Wielokrotnie powtarzał mi, że nie powinniśmy mieć teraz dziecka. Zresztą, ze względu na wiek, jego zdaniem już nie tylko teraz. Jak już się mały urodził też ciągle podkreślał jak to on nie ma już (!) cierpliwości, bo za stary... co oczywiscie jest przesadą. To raczej dla mnie jest póżno. Kidy maluszek przyszedł na świat miałam 39 lat. Mąż niedużo wiecej . Pewnie, ze to óźno, ale uwierzcie to Ktoś zdecydował za nas. Zresztą powiedział to kilka razy nawet mój mąż. Też to do niego dotarło...ale jakoś wniosków nie zauważyłam. A co do ciąży Jo-anko to również był zimny i nieczuły. Kiedyś razem oglądaliśmy film , w którym mężczyzna przytula się do widoczego już dzidziusia w brzuchu swojej partnerki, ja z moim 7-miesięcznym brzuchem siedzę obok męża, a on jak skała. Jak bardzo było mi wtedy przykro. Uświadomiłam sobie na moment, ze to jest jakaś norma przytulić , wesprezć człowieka, który przechodzi tak niezwykły ale trudny stan jak ciążą. On nic. Odwzajemnił jedynie cierpliwie moje próby bliskości. Tzn. nie odwzajemniał tylko znosił. Był ze mną przy porodzie, chociaż wcale tego nie chciałam. W ostatniej chwili położna powiedziałą, ze mąż chce wejść. Nie miałam siły ani możliwości, zeby nie zgodzić się na to. Naprawdę lepiej czułąbym się gdybym była sama. Trzymał mnie ptrzez cały poród za rękę, jak pielęgniarz wyszkolony, który ma obowiązek wesprzeć chorego. To było dość przykre, taki kikut naszej miłości. Po porodzie ani jednego miłego , ciepłego słowa, bliskości, nic. Prosiłam wtedy Pana Boga o wytrwałość. Pomógł. Musiałam z dzieckiem być w szpitalu dłużej- 6 dób, bo miało niewielką infekcję i antybiotyk w związku z tym, ale to było właśnie dobre, bo mogłam dzięki temu poukładać sobie wszystko w głowie i wyciszyć się po porodzie. Moja starsza córka tylko tęskniła i odrabiałayśmy niektóre lekcje przez telefon. Ale byłąm wtedy spokojna. Później bywało różnie. Nie raz płakałam cicho, kiedy moje maleństwo zasnęło. Martwiłam się, bo przecież do 9 mieisąca karmiłam naturalnie. nie chciałam, zeby maluszek jakoś te moje zmartwienia przejmował, ale chyba jakoś się udało. Na razie. teraz jest fantastycznym 16-miesięcznikiem. Kochamy go wszyscy bardzo. Dla mojej córci to oczko w głowie...żeby tylko jeszcze tatuś wyzdrowiał, kochał mamusię, a nie jakąś inną panią (ech życie...). Modlę się. Trzymaj się Jo-anko. Jagódko nawet nie wiesz jak mi cieplej dzięki Tobie.

[ Dodano: 2008-03-07, 09:42 ]
Boję się, ze wkrótce będę miała zakaz odzywania się na tym forum , bo chyba przoduję w długości postów. Wybaczcie. Postaram się to bardziej kontrolować.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,08 sekundy. Zapytań do SQL: 9