Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie (także po rozwodzie i
gdy współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki), którzy chcą ratować swoje sakramentalne małżeństwa
Portal  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  Chat  StowarzyszenieStowarzyszenie
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload  StatystykiStatystyki  PolczatPolczat
 Ogłoszenie 

Poprzedni temat «» Następny temat
Jak dotrzeć do poranionej (psychicznie) żony ?
Autor Wiadomość
administrator 
Administrator

Dołączył: 16 Mar 2006
Posty: 520
Wysłany: 2006-07-17, 19:22   Jak dotrzeć do poranionej (psychicznie) żony ?

Wyslane przez: marcin

3 tygodnie temu moja żona powiedziała mi, że już mnie nie kocha, Jej uczucie wypaliło się
i chyba lepiej będzie się rozstać, bo nie ma sensu kontynuować naszego małżeństwa tylko z poczucia obowiązku.
Jesteśmy od ponad 3 lat małżeństwem (ślub kościelny) - w tym roku planowaliśmy starać się o dziecko.

Oczywiście nie spodziewałem się tego - przeżyłem ogromny szok. Wiem, że były niedociągnięcia, lecz nie sądziłem, że dojdzie aż do czegoś takiego. Nie odebrałem właściwie sygnałów, które do mnie słała, bagatelizowałem je, żyłem sobie wygodnym życiem, miałem wszystko: żonę, dużo wolnego czasu i rozrywki.

Zawsze Jej mówiłem, że jest dla mnie najważniejsza, lecz za słowami nie szły czyny, nie pielęgnowałem tej miłości i niestety nie zauważyłem, że coraz bardziej żona się ode mnie oddala.
Ja Ją naprawdę bardzo kocham i od 3 tygodni chcę być inny, żyć dla Niej tak jak kiedyś żyłem dla siebie.
Nawróciłem się, wiem że jestem teraz o wiele mocniejszy i mógłbym dać mojej żonie szczęście, gdyby tylko zechciała. W bardzo trudnych chwilach pomogło mi również to forum.

Ale do rzeczy - wszelkie moje starania napotykają w tej chwili na mur: żona ciągle powtarza mi, że nic nie może obiecać, że znając swój charakter, nie sądzi by kiedykolwiek zaufała mi znowu, że boi się, że gdy znów poczuję sie bezpieczny - wróci to co było. Sądzę, że przez ostatnie kilka miesięcy dojrzewała w wielkich bólach do tej decyzji i boi się tego co teraz się dzieje, na pewno widzi, że się staram, że bardzo mi na Niej zależy, ale głęboki uraz psychiczny nie pozwala Jej przyjąć to z otwartym sercem.

Czy któs mółby mi coś poradzić ? Psycholog, albo ktoś, kto był w podobnej sytuacji ? Będę wdzięczny za każdą podpowiedź.

--------------------------------------------------------------------------------

Wyslane przez: Tomasz
Email:

Marcinie,
to co spotkalo Ciebie teraz spotkalo mie rok temu. Od roku walcze o swoje malzenstwo. Powiem Ci tak: kochaj swoja zone i nie wymagaj. Bedziesz wielkorotnie upadal i sie podnosil to poczatek dlugiej drogi i byc moze bardzo dla Ciebie bolesnej. Uzbroj sie w cierpliwosc i miej sile wybaczac. Byc moze czeka cie wiele przykrych niespodzianek ze strony zony, nie bedziesz mogl spac nie bedziesz mogl normalnie pracowac, zycze Ci duzo sily i wiele wiele cierpliwosci. Ja mam po co zyc bo mam dzieci. Musisz sie zmienic, zmienic swoje nawyki, zachowanie, nawet sposob w jaki ze swoja zona rozmawisz, to bedzie bardzo trudne ale nie niemozliwe. Musisz byc odporny na to ze z duzym prawdopodobienstwem Twoja zona ma juz kogos a jak nie ma to tylko kwestia czasu. I to nie musi byc od razu zdrada, ale w Twojej glowie beda sie rodzily niesamowite historie. Bedziesz musial stawic czolo swojej zazdrosci. To bedzie bardzo trudne. Bedziesz musial sie nauczyc zonie wybaczac mimo ze bedziesz sie czul upokorzony. I przede wszystkim musisz byc silny psychicznie, zona ma czuc ze ma w Tobie oparcie, mimo wszystko.
Moze Wam sie uda czego Wam zycze, podobno niektorzy wygrywaja i trzeba w to wierzyc.
pozdrawiam
Tomasz

--------------------------------------------------------------------------------

Wyslane przez: marcin

Wiem, że nie wchodzi tu w grę zdrada. Przyznam, że zgrzeszyłem, mysląć tak, lecz tak nie jest. Na przykład wczoraj, gdy dzwoniłem do Jej pracy - nie było Jej, lecz to dlatego, że składała podanie do innej firmy (Jej obecna praca jest ponad siły i ma już dość). Innym razem była u spowiedzi, a ja Ją podejrzewałem. To naprawdę wspaniała dziewczyna - lecz maksymalistka. Nie potrafię przebić się przez ten mur. który przede mną teraz stoi. Wiem, że potrzebna jest cierpliwość - staram się taki być, lecz przeraża mnie też upływający czas.

--------------------------------------------------------------------------------

Wyslane przez: Tomasz
Email:

Niestety bedziesz potrzebowal duzo czasu. Na razie odpusc, nie narzucaj sie, nie dzwon itp. Wiem ze to trudne i wiem ze nie do wytrzymania ale musisz dzialac w tym kierunku. Raczej wiecej rob niz mow. I cokolwiek sie stanie badz silny.
Tomasz

--------------------------------------------------------------------------------

Wyslane przez: michu2233
Email:

Ja także jestem zraniony psychicznie, czuję blokadę/ mur przed żona i nie potrafię się przemóc. Ciężko Ci będzie odbudować ten związek, ale musisz dać jej przede wszystkim wolność. Nie wiem, jak to pogodzić z dawaniem oparcia i okazywaniem zainteresowania...

U mnie była podobna sytuacja po 3 latach. Ja się poprawiłem, żona była zadowolona, zdecydowaliśmy się na dziecko i mamy kochaną córeczkę. A teraz, gdy myślę, że z powodu żony muszę się z nią rozstać i że nie będę codziennie widzieć córki... Makabra. Już lepiej się teraz rozstać, niż zdecydować się na dziecko, które potem będzie cierpieć.

--------------------------------------------------------------------------------

Wyslane przez: Błękitna

Marcinie, bardzo Ci współczuję.
Jestem psychologiem. Zastanawiam się na ile żona na bieżąco informowała Cię o tym, czego nie jest w stanie stolerować w Twoim zachowaniu, a na ile cierpiała w milczeniu?
Jeżeli rzeczywiście od początku usiłowała o Ciebie walczyć i mówiła Ci o tym wprost, to ciężko jej przyjdzie uwierzyć w Twoją natychmiastową przemianę. A i ty masz mnóstwo do zrobienia (to naprawdę dopiero początek twojej drogi, teraz czeka Cię żmudna praca i morze cierpliwości i pokory).

Jeśli jednak cierpiała w milczeniu, nie dając Ci informacji zwrotnych jak bardzo jest źle, to po części sama jest odpowiedzialna za fatalny stan waszego związku. Wygladałoby na to,że żyliście tak naprawdę w dwóch różnych światach, mało o sobie nawzajem wiedząc. Kazde z was miało jakiśtam wizerunek drugiego i zamiast komunikować się ze sobą żyliście wyobrażeniami. (Ty wyobrażeniem tego co niby masz, a ona wyobrażeniem tego, czego nie ma ( i nawet nie próbuje mieć).

Tak czy inaczej, możesz spróbować prosić ją o szansę i razem z nią wybrać mediatora (najlepiej kogoś spośród przyjaciół). Taki czlowiek może być swiadkiem waszych rozmów i ustaleń. Będzie dla Twojej żony znakiem i gwarantem tego, że masz wielką wolę zmian.

Niestety jako psycholog powiem Ci, że moim zdaniem każde z was powinno się poddać terapii. Znowu nie jestem oryginalna i brzmi to pewnie jakbym polecała czary. Ale tak nie jest. Psychoterapia pozwala zrozumieć siebie i dzięki temu z większą świadomością swoich potrzeb i tego co można z siebie dać wchodzić w związki.

Pozdrawiam.

--------------------------------------------------------------------------------

Wyslane przez: marcin

Bardzo Wam wszystkim dziękuję za słowa otuchy.

Tomaszu, z innego wątku dowiedziałem się w jak ciężkiej sam znajdujesz się sytuacji, tym bardziej doceniam to, że chcesz mi pomóc.

michu - Twoja żona mówiła, że przestała Cię kochać a potem dała Ci szansę ? I co się teraz dzieje ? Dlaczego musisz się z nią rozstać ?

Błękitna - dziękuję za fachową pomoc.
Informowała mnie wcześniej. Jakieś 2 lata temu płakała przy mnie, że za mało wykazuję Nią zainteresowania i to kilka razy. Robiła to bardzo delikatnie, liczyła, że ponieważ jestem od Niej starszy o 10 lat, to reszty sam się domyślę. Potem przestała płakać. Mówiła tylko ze złością:
"Rzuć to cholerstwo" (gdy siedziałem przy grze komputerowej) albo: "Mogłabym wyjść z domu i nawet byś nie zauważył".
Z drugiej strony odbierałem szereg pozytywnych sygnałów: tuliła się do mnie jak dawniej, mieliśmy udane wieczory w łóżku (myslę, że tutaj jesteśmy bardzo dobrze dopasowani), no i przede wszystkim planowaliśmy dziecko. Wiele kładłem na karb Jej przepracowania (przez długie miesiące musi pracować po 10-12 godzin dziennie) i miałem nadzieję, że
gdy pojawi się dziecko - ponownie zbliżymy się do siebie. Tak było też mi wygodnie, podświadomie nie dopuszczałem do siebie żadnego innego scenariusza, że na przykład rzuca się w wir pracy, bo zwyczajnie mnie ma dość.
Jeżeli chodzi o mediatora, to na moja żona nie zgadza się na nikogo takiego, mówi, że nie chce, aby ktokolwiek Jej mówił co ma robić, że najlepiej sama zna swoje uczucia i nic ich nie zmieni. W sumie mamy kogoś w rodzaju mediatora - myślę tu o siostrze mojej żony, rozmawiamy z Nią oboje - najczęściej przez telefon (mieszka w innym mieście), choć ja na pewno rzadziej.
Jest to jedyna osoba, której moja żona w tej chwili ufa. I nie chcę tego nadużywać - nie chcę, żeby poczuła, że zabieram Jej to jedyne oparcie. Zresztą wiem, że siostra jest w pewnym stopniu po mojej stronie i stara się racjonalnymi argumentami wytłumaczyć, że warto mi dać szansę. Lecz racjonalne argumenty nijak się mają do uczuć.
Ja już jestem w trakcie nazwijmy to "terapii". Po olbrzymim szoku, jakiego doznałem - przyznam, że wariowałem, nie miałem już mojego oparcia (żony), nie miałem gdzie poszukać pocieszenia. Pierwsze co zrobiłem - spowiedż. Następnie musiałem przed kims się wygadać, najchętniej przed osobą duchowną, miałem chwile, że chciałem zaczepiać na ulicy siostry zakonne, żeby mnie wysłuchały, tak mi ta potrzeba doskwierała.
W końcu poszedłem do kościoła i poprosiłem o rozmowę z ojcem-zakonnikiem nie tyle o spowiedź co właśnie rozmowę. Niestety postawa wojującego katolika, jaką mi wszczepił, podziałała jak przysłowiowa płachta na byka - żona już chciała się wyprowadzać i od razu składać pozew o rozwód. Jakoś Ją przebłagałem, żeby odłożyć to w czasie. Potem miałem rozmowę z jeszcze jednym księdzem oraz z psychologiem i tutaj też głównie to "wygadanie się" przyniosło jakąś ulgę.
Aż w końcu znalazłem tą stronę i zwróciłem się do najlepszego "terapeuty" jakiego możemy mieć - wiecie o Kim mówię. Zrozumiałem jak marne było moje życie, jak wiele grzeszyłem dzień w dzień i jak można i trzeba inaczej żyć - jednym słowem nawróciłem się. Diabłu już teraz o wiele, wiele trudniej do mnie dotrzeć a jeśli to tylko na chwilę i zaraz go z serca wyrzucam, staję się mocniejszy psychicznie.
Wiem, że moja żona była u spowiedzi, wiem, że argumenty spowiednika nie do końca do Niej trafiły ("Spróbuj znów cieszyc się radością dziecka Bożego") - mówi, że nie czuje teraz tej radości i nie wie czy kiedykolwiek ją znowu poczuje.
Tak więc trwamy nadal ciągle w tym samym położeniu - żona czuje do mnie uraz, boi się mi ponownie zaufać, by nie być kiedys ponownie zranioną. Mieszkamy ciągle razem, lecz żona wraca wciąż późno do domu, tłumacząc się pracą. Wiem, że po spowiedzi nie patrzy juz na mnie złym wzrokiem, lecz wciąż jesteśmy daleko od siebie.
A ja nie wiem, jak Ją przekonać. W tej chwili liczę na to, że "czas leczy rany" - a może powinienem zrobić coś innego ?

--------------------------------------------------------------------------------

Wyslane przez: Zuza


Marcinie,
Przestań jej opowiadać jak się zmieniłeś. Trwaj chłopie przy żonie i swoim postępowaniem a nie mówieniem okazuj swoją przemianę. I bądź cierpliwy. Jak sam pisałeś żona próbowała dość dawno dawać delikatnie do zrozumienia że coś jest źle. Teraz kolej na Ciebie. Jak kochasz to poradzisz sobie.
Widać jasno że masz powód- bo kochasz.
Pozdrawiam

--------------------------------------------------------------------------------

Wyslane przez: michu2233
Email:

Działaj, póki jeszcze masz siły i chęć. Mnie żona zaczeła zdradzać 2 lata po urodzeniu dziecka, na początku też walczyłem o nią, zapraszałem do teatru, dawałem bez okazji kwiaty... Ale kilka miesięcy cierpienia sprawiło swoje - teraz przebywanie z nią sprawia mi ból i to raczej ja dążę do rozstania, bo nie potrafię przemóc własnej niechęci.

--------------------------------------------------------------------------------

Wyslane przez: jarek1
Email:

Ja także jestem zraniony psychicznie, czuję blokadę/ mur przed żona i nie potrafię się przemóc.
Wczoraj pierwszy raz zetknąłem się z Forum, bardzo zainteresowało mnie. Pewnie głównie z racji mojej sytuacji. Właśnie mur /blokada do mnie, to to co wydaje mi się, ze odczuwa moja żona. Ja próbuję wyjąc cegłę - ona wstawiane trzy nowe. Jest mur więc żyjemy w oddzielnych, oddalających się światach, w zasadzie jak obcy sobie ludzie i to wstyd przyznać się - już dobrych kilkanaście lat. Mur gołym okiem jest niewidoczny. Na zewnątrz mniej więcej wszystko gra, tylko ja już tak dużej nie mogę. Żona twierdzi, że ja nie potrafię stanąć w prawdzie. (być może tak jest) ale to ona nie dopuszcza do dialogu, do konfrontacji ze specjalistą, czy z duszpasterzem. Trzeba by dodać, że nie ma jakiś zasadniczych powodów kryzysu, (to jest moje zdanie).
Więc modlimy się żarliwie w oddzielnych pokojach, i oczywiście obwiniamy się wzajemnie. No i żona traktuje mnie jak piąte koło u wozu, jak (podoba mi się to określenie z Forum) stary mebel, który wrósł w krajobraz. A najbardziej oczywiście cierpią dzieci, choć pewnie jeszcze tego nie są świadome. Rekolekcje a także literatura psychologów chrześcijańskich pozwoliła mi spojrzeć inaczej na nasz problem. Uświadomiłem sobie, że to nie ja jestem winny, albo, że to nie ja wnoszę główny ciężar winy do naszego związku. Myślę sobie - główny problem to zranienia psychiczne mojej żony, ciągnące się od dzieciństwa, wynikające z chorej miłości, którą była obdarzana. To ten rodzaj miłości na którą trzeba było sobie zapracować, zasłużyć. Wszystko jest dopasowane, dopracowane ale zimne, obce i sztuczne. Brak tu: "miłosierdzia raczej niż sprawiedliwości"
Podobno pierwszy zawód na świecie to ... budowlaniec, Adam poukładał kamienie zabezpieczając wejście do jaskini, by Ewa była bezpieczna. Biorę się więc dziarsko za ten mur i mam w pamięci, że "mury runą, mury runą" i w związku z tym mam wielką nadzieję. A póki co jestem na fali J. Dobsona no i próbuję kochać będąc stanowczym.

--------------------------------------------------------------------------------

Wyslane przez: Ari
Email:

WITAM MARCINIE
jak widze mamsz ten sam problem co ja i powiem ze moja sytuacja zaczela sie 3 misiace temu kidy zona zaczela wykladac karty na stol. od poczatku malzenstewa nic mi niemowila tylko godzila sie na wszystko a ja jej wiezylem ze nierobie nic zlego wiec robilem. zajalem sie soba tylko nie nia. teraz wiem gdzie jest blad ale jest za puzno zaduzo razy mi juz zaufala i niechce mi dac tej ostatniej wczoraj ozekla separacjie taka umowna zemna. Wiem ze skrzywdzilem ja psychicznie ona zdaje sobie sprawe ze jest tez jej wina ze nie mowila mi zaraz na poczatku ze jes cos nie tak. a ja zdaje sobie sprawe z popelnionych bledow. i ma tak samo mysli leprze i gorsze szarpia mna jak padlina ale powtazam sobie tak. przeciez to jest moja zona i napewno nieodchodzi odemnie bo mnie juz nie kocha, tylko odchodzi bo niewidzi juz innego wyjscia z tej sytuacij, niewidzi nadzij w dawaniu mi szansy za szansa wiec podiela takie drastyczne srodki bo inaczej niemoze. oczywiscie niepowie mi nic co mnie uspokoii bo wedy bym przestal walczys z samym soba. mowi mi ze mam mnie dosyc, nienawidzi mnie ,zdejmuje obroczke, niwie czy mnie kocha i na dzien dzisiejszy mi nieufa i nie wiezy w moje slowa i wto ze potrafie sie zmienic. dawala mi tyle razy szanse a ja nic wiec teraz juz niechce zemna gadac tylko daje mi do zrozumienia, ze chlopie to jes twoja szansa pokaz mi co jestes wart a ja wruce tylko mi pokaz i nic mi nieobiecoj tylko wes sie za siebie i udowodni mi to czego chce , a ja ci zaufam jak tylko zobacze zmiane i wtedy bede mogla z toba rozmawiac o dalszym zwiazku jak zobacze. Kobiety jak sobie cos powiedza i beda pewne ze je kochasz i ze nieopuscisz ich nigdy to posuwaja sie nawet do takich rozwiazan niepatrzac jak cierpimy i dziala to tez w drogo strone nieobrazajac kobiet.mysla wtedy tylko o sobie i maja racie ty caly czas myslale o sobie to teraz ci pokaze i zaczyna myslec o sobie zeby sobie zrobic dobrze i robi to z impetem. ale w glebi duszy cie kocha i wie ze to jest jedyna droga ale najskuteczniejsza na leprze jutro. ta droga bedzie bardzo dloga ale pamietaj ze oplaci sie i trzeba w to wiezyc . A jesli chcesz sie blizej zapoznac z moja sytuacja zapraszam na moj temat na pierwszej stronie (zaczela sie separacja) stary biesz sie do roboty, mnie zona zostawila wczoraj a ja juz zabralem sie do roboty i nieplacze nad rozlanym mlekiem , owszem cierpie strasznie czasami placze wieczorami , ale ciezko pracuje nad soba i zmieniam sie i widze to.
Pozdrawiam i sory ze niema polskich znakow ale mam angielskiego windowsa bo mieszkam w angli i klawiatora tez angielska Pozdrawiam jeszcze raz Ari

--------------------------------------------------------------------------------

Wyslane przez: beata

życzę Wam aby wszystko się ułożyło pomyślnie bo szkoda by było abyście się rozstali trzeba ze wszystkich sił ratowac swój związek u mnie już jest za późno choc ja bardzo chciałam ratowac swoje małżeństwo myślę ze mąż wtedy nie dorósł do tej rozmowy i nie chciał jej a przede wszystkim była już od dawna inna osoba -kobieta tylko to ukrywał myślę sobie że chyba nigdy nie zrozumie tak do końca co zrobiłi na jakie przeżycia mnie naraził z całego serca życzę powodzenia rozmowa i cierpliwośc jest ważna pamiętajcie o tym

--------------------------------------------------------------------------------

Wyslane przez: jarek1
Email:

Dla mnie jest różnica pomiędzy: nie dorosąc do rozmowy i nie chcieć rozmawiać. Ten kto nie chce rozmawiać okazuje brak dobrej woli woli - wręcz uniemożliwia porozumienie. Ten kto nie dorósł,.. cóż można zastanawiać sie dlaczego, dlaczego jest niedojrzały, wiele rzeczy mogło na to wpłynąć. Właściwie to może nie być jego wina. Można też zastanawiać się dlaczego wybieramy na partnerów życiowych osoby niedojrzałe, wręcz niedorosłe (to pytanie zadaję również sobie, bo właśnie próbuję odciąć pempowię łączącą moją żonę z jej mamą)

--------------------------------------------------------------------------------

Wyslane przez: marcin

Na razie wygląda to jak syzyfowa praca - wydaje mi się, że coś osiągnąłem - jakiś postep w relacjach między nami, ale potem żona mi mówi, że nic się nie zmieniło, że wręcz Ją irytuję i ląduję z hukiem znów tam gdzie byłem. Dziękuję, że zainteresowaliście się moim problemem, dziekuję za wpisy i słowa pociechy. Modlę się o jakąś wskazówkę z nieba - bo po ludzku jest bardzo ciężko to uzdrowić.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Nie możesz ściągać załączników na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,09 sekundy. Zapytań do SQL: 9