Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie (także po rozwodzie i
gdy współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki), którzy chcą ratować swoje sakramentalne małżeństwa
Portal  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  Chat  StowarzyszenieStowarzyszenie
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload  StatystykiStatystyki  PolczatPolczat
 Ogłoszenie 

Poprzedni temat «» Następny temat
Jak odbudować moje małżeństwo
Autor Wiadomość
skowronek
[Usunięty]

Wysłany: 2007-06-10, 16:14   

Wanbomko, jesteś kochana. Tyle w Tobie dobrego i w ogóle w Was wszystkich. Dajesz(cie) tyle nadziei. Ale powiedz mi jak mam wzbudzić w nim te uczucia, kiedy dzieli na tysiące kilometrów, jak mam pokazać, że życie bez niego nie ma sensu? Jak? Sms-em wiele nie zdziałam, dzwonić za często nie mogę, bo po prostu jest to zbyt dla mnie drogie. Listu nie mam jak napisać, bo mąż powiedział, że tam gdzie mieszka, nie jest to dom na przesyłanie listów, choć chciałam to zrobić. Jest mi z tym wszystkim tak bardzo cięzko, że żadne słowa nie oddadzą tego co czuję. Budzę się i zasypiam z myślą o nim. W ciągu dnia plącze mi się przez wszystkie dokumenty, którymi obracam, telefony, rozmowy i nie wspomnę o chwilach, kiedy mam troszkę spokoju. Czasem jadąc tramwajem łzy same lecą mi po policzkach. Jak to boli... Ktoś tu tak fajnie napisał, że prawdziwej miłości nawet z pistoletu się nie zabije, że można ją schować pod stertę różnych spraw, a ona i tak sprytnie któregoś dnia wystrzeli ze zdwojoną siłą. Ale czy mogę mieć nadzieję, że po dwudziestu latach małżeństwa ta miłość jest gdzieś w jego sercu ? Wanbomko, ryczę po nocach, modle się i brakuje mi już sił. Czasami myślę, że zaraz coś we mnie pęknie. Ta niemożność rozmowy z mężem mnie dobija. Tak wiele chciałabym powiedzieć, wyjaśnić. A tu mogę sobie tylko pogadać do siebie i czasem do Was. On wie bardzo dobrze, że mam mu wiele do powiedzenia i milczy od ostatniego mojego telefonu, kiedy z płaczem wykrzyczałam moją miłość. Co mam jeszcze zrobić?! W tym tygodniu na pewno pójdę do spowiedzi, umówionej z księdzem, bo będzie to długa spowiedź. Bardzo tego chcę. Ale co dalej ?
 
     
wabona
[Usunięty]

Wysłany: 2007-06-10, 16:27   

Skowronku, wykrzyczałaś mu swą miłość i...może to narazie wystarczy - niech on to przetrawi.

Rozumiem Twój ból, czuję się podobnie - zwyczajnie nic nie mogę zdziałać - nic. Ja już nawet modlić się nie potrafię, rzadko płaczę. Tylko myslę, a te myśli powoli mnie dobijają.

Jeśli możesz, módl się, to Ci powinno pomóc w wyciszeniu, uspokojeniu się. Powierz też Bogu swego męża, niech kieruje jego wyborami. Wiem, że to ciężkie, ale cóż innego mozna zrobić? Pisz choć sms-y do męża - od czasu do czasu - niech wie, że myślisz. Tak, jak radziła EL, życząc mu chociażby miłego dnia, czy kilka miłych snów na dobranoc - to są te małe kroczki. To tak niewiele, ale co jeszcze możesz zrobić? Ja nawet tego nie mogę...

Pozdrawiam Cię gorąco

Ania
 
     
skowronek
[Usunięty]

Wysłany: 2007-07-14, 20:10   

Witajcie, troszkę czasu nie pisałam, ale może i dużo się nie wydarzyło. Wanbonko, co u Ciebie ? Nie mogę się doczytać informacji ze spotkania z Twoim mężem. trzymaj sie cieplutko. Ostatnimi czasy każdego dnia gdy sie modlę proszę Boga o wsparcie dla Was wszystkich. Mam dzisiaj zły dzień, może wyjątkowo zły. Od czasu gdy wykrzyczałam mężowi swoją miłość, niewiele się zmieniło. Może poza tym, że dalej jesteśmy w jakimś tam kontakcie telefonicznym. Na dzień Ojca syn zadzwonił do taty i złożył życzenia, ale dodał również,że chciałby abyśmy pogodzili się i byli razem. Mąż zapytał syna- co go tak wzięło? Nie był niemiły, czy też odpychający. Zresztą od syna nie za wiele się dowiem, bo ma podobny charakter do swojego taty. Ale później mąż dzwonił do mnie z prośbą, abym przekazywała mu informacje sportowe (konkretnie żużlowe). Później - z prośbą o zebranie przeze mnie informacji na temat lotów do Polski lub przyjazdów autobusów. Zorientowałam się w temacie i oddzwoniłam przekazując , że najlepiej przyjechać autobusem. Zgodził się ze mną i sama zaproponowałam, że mogę wykupić bilet na miejscu. Nie chciał mnie tym obciążać, twierdząc,że może nie mam pieniędzy i nie chce robić mi kłopotu, ale w końcu się zgodził. Wykupiłam bilet, zarejestrowałam do dentysty (mojego kolegi, jeszcze ze szkoły), na badania w kierunku boreliozy i czekam, aż na początku sierpnia przyjedzie na całe trzy tygodnie. W tym czasie rozpocznę planowany urlop. I bardzo się boję, że będzie to najgorszy urlop w moim życiu, spędzony na oczekiwaniu na telefon, na spotkanie, na nie wiem co jeszcze. Już płaczę. Kiedy był ostatni raz w Polsce po świętach Wielkiej Nocy i próbowaliśmy rozmawiać o nas, powiedział mi, że i tak dużo zrobił, że widuje się ze mną i proponuje mi przyjaźń. Jaka to może być przyjaźń po 20 latach wspólnego życia, kiedy mnie serce rozrywa na jego widok. Czy można mówić tylko o przyjaźni o koleżeńskich stosunkach ? Wiem, że czuje się przeze mnie bardzo zraniony. Nie omieszkał mi tego powiedzieć. Ale tak sobie myślę, że gdyby tak naprawdę miał kogoś, czy dzwonił by do mnie w sprawie takich pierduł ? Wysyłam te informacje żużlowe systematycznie, jak sie oczywiście coś dzieje i przyznam, że żużel zaczyna mnie też interesować. Jakie to wszystko idiotyczne..... to już za trzy tygodnie, tak bardzo sie boję.
 
     
wabona
[Usunięty]

Wysłany: 2007-07-15, 18:36   

Skowronku - do spotkania nie doszło. Mąż telefonicznie zawiadomił mnie tylko, że złożył pozew...
 
     
_zosia_
[Usunięty]

Wysłany: 2007-07-15, 21:02   

Wanbomo, ale on juz wiele razy tak gadal... Co u Ciebie? Jak zyjesz? Podjełas jakies konkretne kroki?

Sciskam
_zosia_
 
     
Renata
[Usunięty]

Wysłany: 2007-07-16, 11:47   

_zosia_, Bardzo mądre to co napisałas ja mam podobna sytuacje mąz odszedł ale...
 
     
skowronek
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-06, 23:38   

kochani, cały czas jestem z Wami. Codziennie modlę sie do Boga aby i Wam ulżył w cierpieniu i pomógł przezwyciężyć te wszystkie problemy, które nas dotyczą. Nigdy nie zapominam o tym w sowich modlitwach. Czytam Wasze posty codziennie. Wszystkie po kolei. Staram się wyciągnąć jakąś naukę dla siebie. Bardzo jestem Wam wdzięczna. Ale dzisiaj, kiedy przyjechał mój mąż na trzy tygodnie do Polski i jestem z nim po pierwszych rozmowach, pomyślałam sobie , czy ta nadzieja, którą każda z nas ma w sobie bardziej lub mniej jest właściwa, Cierpimy i to bardzo. Ja też. Pomyślałam sobie zatem, czy nie lepiej przestawić się na takie oto myślenie. Umarł mój mąż, umarła moja miłość i trzeba to pochować, po prostu. Niech wreszcie dzień nie zaczyna się z myślą o nim i kończy z myślą o nim. To nie ma sensu. Trzeba jakoś zacząć żyć. Była miłość i jej nie ma.... Zagrzebać gdzieś głęboko i przeżyć jak żałobę, To jest chyba prostsze jak oczekiwanie na nie wiem co. Ja dłużej już nie potrafię. palę papierosy jak smok, zaczynam pić coraz więcej piwa, a to nie tędy droga.... Czy naprawdę nie lepiej potraktować tego jako śmierć, odejście na zawsze... przeżyć i zacząć zyc od nowa. Pozostawić w sercu wszystko co najlepsze, rozejrzeć się wokół i zobaczyć, że żyć warto. Coś się kończy, coś zaczyna.... nie wiem sama. Ileż można sie modlić,m oczekiwać jak i tak nic z tego się nie ma. Wracam czasem z kościoła, jakby lżejsza, pełna nadziei... ale na krótko. Nie można nikogo zmusić do miłości. Byłam w związku małżeńskim ponad 20 lat i być może mojemu mężowi było tylko tak wygodnie. Teraz robi z siebie ofiarę, bo to też wygodne. A tak naprawdę być może nigdy nie kochał mnie tą prawdziwą miłością , która potrafi przetrwać najcięższe burze. Moja przetrwała, ale dzisiaj muszę ją chyba tylko pochować..... Płaczę, cierpię, palę, pije piwo, modlę sie i do czego to doprowadzi? Jedynie do mojej klęski, którą już chyba zaliczam. Jest mi tak ciężko, że żadne słowa tego nie oddadzą.
 
     
Elżbieta
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-07, 00:00   

skowronek napisał/a:
Byłam w związku małżeńskim ponad 20 lat i być może mojemu mężowi było tylko tak wygodnie. Teraz robi z siebie ofiarę, bo to też wygodne. A tak naprawdę być może nigdy nie kochał mnie tą prawdziwą miłością , która potrafi przetrwać najcięższe burze. Moja przetrwała, ale dzisiaj muszę ją chyba tylko pochować..... Płaczę, cierpię, palę, pije piwo, modlę sie i do czego to doprowadzi? Jedynie do mojej klęski, którą już chyba zaliczam. Jest mi tak ciężko, że żadne słowa tego nie oddadzą.

Skowronku, miłości uczymy się przez całe życie. Tej prawdziwej, tej pięknej i tej dojrzałej. Uczy nas miłości Sam Bóg dając Chrystusa. Chrystus Nauczyciel jest w stanie pomóc Ci we wszystkim!

Papierosy, piwo, uzależnienie,
cierpienie, ból, brak nadziei,
lęk, bezsilność, brak pomocy od bliskiej Ci osoby,
brak zrozumienia,
jakikolwiek brak czegokolwiek

Wszystko, dokładnie wszystko zaniesione Bogu - zwłaszcza te słabości! - zaniesione Bogu..
Bóg zabiera, daje siły na przetrwanie, ale to są małe światełka od Niego, małe punkty oświetlające drogę do Niego, najpierw do Niego.

Uzdrowienie relacji małzeńskich następuje tylko przez Niego.
Skowronku, tylko przez Pana Boga tak naprawdę można ujrzeć głębszy wymiar i sens. Tylko przez pryzmat Boga Ojca.
Bo mężczyzną i niewiastą stworzył ICH, czyli nas.
On.
On więc tylko wie jak rozwiązać, a raczej nawiązać ICH KONTAKT. Męża i żony.

"Zwróć twarz swą w stronę Pana i spróbuj jeszcze raz
On pójdzie tuż przed Tobą, bo Twoje drogi zna"

Z Panem Bogiem!
 
     
skowronek
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-13, 13:40   

Droga Elżbietko, Ty na wszystkich działasz jak balsam na zorane dusze. Chciałabym mieć w sobie tyle mądrości, którą ty posiadasz... Byłam wczoraj w kościele, poszłam do spowiedzi i zrobiło mi się cieplutko na sercu. Masz rację Elu "Zwróć twarz swą w stronę Pana i spróbuj jeszcze raz. On pójdzie tuż przed Tobą, bo Twoje drogi zna" . Wiem, że miłości uczymy się całe życie. Dzisiaj też wiem jak bardzo kocham mojego męża - mimo jego trudnego charakteru i tej cholernej upartości. Ale wtedy, prawie cztery lata temu miałam dość jego milczenia, nie rozumiałam , patrzyłam czubkiem własnego nosa, a on nie umiał ze mną rozmawiać. Gdybym wtedy zrobiła parę innych posunięć, popatrzyła przez pryzmat nasz, a nie mój, może i nie doszłoby do rozwodu. Ale jest to już rozlane mleko.... Jest w Polsce tydzień. Mieszka u swoich rodziców, niedaleko naszego domu. Odwiedził syna podczas mojej nieobecności, zostawił również dla mnie piękny upominek i ciągle jesteśmy w telefonicznym kontakcie. Wiążą nas sprawy, o których w rozwiązaniu poprosił mnie o pomoc. Oczywiście robię co mogę. Odnoszę wrażenie, że on boi się spotkania ze mną. Boi się rozmowy o przeszłości, o tym co może być w przeszłości, znając przy tym moje pragnienia i marzenia. Będąc jeszcze za granicą, w której z rozmów telefonicznych powiedział mi, że będziemy musieli porozmawiać, ale teraz odpuszcza, wręcz mi to powiedział - nie chce o tym rozmawiać. Zastanawiam się też nad tym, że gdybym to ja nie zadzwoniła wtedy w listopadzie ub. roku do niego, to dzisiaj prawdopodobnie nie mielibyśmy żadnego kontaktu ze sobą. A teraz kiedy już jest, nie możemy dojść "tołku". Przecież gdyby mu nie zależało, nie miał w sobie maleńkiej iskierki w sercu, to czy ten kontakt by trwał ? Elżbietko, kiedy nie wiedziałam już o czym pisać w sowich sms-ach, to wiesz o co mnie poprosił ? Żebym przesyłała ciekawsze wiadomości ze sportu i informowała o wynikach ligowych. Choć mi nawet nie odpisywał, nawet nie puszczał "strzała", tylko od czasu do czasu dzwonił. Dzisiaj rano też zadzwonił i obiecał, że przyjedzie, chociaż myślę, ze znowu przełoży to na inny dzień. Za dwa tygodnie wyjeżdża i będzie dopiero na Boże Narodzenie. Nie wiem co mam myśleć, co robić i na co czekać. Zmieniły się również informacje, które mi przekazuje. Ubiegłym razem, jeszcze w kwietniu, kiedy był w Polsce tylko 5 dni, jak zapraszałam jego do domu to zawsze odpowiadał, że nie ma czasu, bo jest umówiony, szczególnie jeśli chodziło to o wieczór. Jakby chciał wzbudzić we mnie zazdrość, że spędzać będzie ten czas z inną. Teraz nie ma czasu, bo jedzie do do siostry, ojcu pomóc na działce, na ryby odpocząć lub w domu, bo mama coś potrzebuje, bo do urzędu, bo, bo ... Ale nie ma takich informacji, które prowokowały by mnie do myślenia, że jest inna. Postanowiłam nie rozpoczynać tematów o przeszłości, o teraźniejszości, po prostu o nas. Muszę chyba uzbroić się w cierpliwość i mieć nadzieję. Ale czy to jest sens ? Pozdrawiam wszystkich Sycharowiczów. Wierzcie mi, ze zawsze modle sie do Boga o pomoc dla Was, aby ulżył Waszym cierpieniom i nam wszystkim pomógł uzdrowić nasze małżeństwa. Jakie byłoby to cudowne !!! Cieszę się bardzo, że niektórym z nas sie udaje i trzymam mocno kciuki.
 
     
Elżbieta
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-14, 11:36   

skowronek napisał/a:
Muszę chyba uzbroić się w cierpliwość i mieć nadzieję. Ale czy to jest sens ?

To ma ogromny sens.
Cierpliwość, nadzieja, ale też i pokora wobec bezsilności i niemocy.
Tam gdzie Ty nie możesz już nic zrobić, zostawiasz to Panu Bogu, On też chce podziałać.
Nie po to stworzył ludzi, aby tak zawsze i tylko oni byli sami dla siebie. W przeciwnym razie te wszystkie cuda, które miały miejsce byłyby fikcją, prawda?
Pozdrowienia
 
     
skowronek
[Usunięty]

Wysłany: 2007-10-20, 22:20   

Witam wszystkich po jakimś czasie milczenia, co nie znaczy, że nie śledziłam Waszych postów. Elżbieta ostatnio napisała mi, że sprawy trzeba też powierzyć Bogu. I powierzyłam, bo sama nie mam już siły. Nie mam już nadziei na odbudowanie mojego związku. Przepadło. Miesiąc temu otrzymałam sms-a całkiem pożegnalnego. Napisał mi, że bardzo sie zawiódł na mnie, czego wybaczyć mi nie może, a zdrady, gdyby takowa była - tym bardziej. Woli być sam. I dodał - żegnaj. Od miesiąca milczę, on też. W listopadzie są jego urodziny. Zamierzam wysłać krótkie, zwyczajne życzenia. Widać, te ponad 20 lat wspólnego życia nie miały dla niego tak wielkiego znaczenia jak dla mnie. Ktoś powiedział, że gdy kochasz, pozwól odejść, jeśli wróci - znaczy, że był zawsze Twój, jest i będzie. Mój mąż nie będzie, bo nie kochał tak naprawdę. Prawdziwa miłość zwycięża wszystko, ale nie moja, a właściwie nie jego. Mój mąż nie umie dostrzec własnych błędów. Nie rozumie, że moja decyzja o rozwodzie nie wzięła się z niczego. Potrafi widzieć jedynie tylko siebie.Nic więcej. Zaczynam to rozumieć. Nawet nasz syn powiedział mi kiedyś - mamo, przestań żyć mżonkami. Przecież gdyby nawet tata wrócił miałabyś to samo - życie pod jednym dachem, a obok siebie-w milczeniu. On się nic nie zmienił. Mimo to kocham go bardzo i nie wyobrażam sobie życia z kimś innym. Może go idealizuje ? Bóg mi w niczym nie pomaga. To, że jestem bardziej spokojna, bardziej wyciszona, pogodzona z losem - to wynik dotychczasowych wydarzeń. Wydarzeń, które nie są na pewno spełnieniem moich marzeń i pragnień. Ból przycichł, nadzieja odeszła i pozostała pustka wypełniona niespełnioną miłością. Próbuję jakoś żyć znajdując sobie jakieś zajęcia. Czasem zastanawiam się, że może byłam zbyt namolna w stosunku do męża, za bardzo chciałam, oczekiwałam, pisałam o swoich uczuciach, wybiegałam "przed orkiestrę" próbując pomóc mu w różnych sprawach. I straciłam. Dzisiaj mogę powiedzieć sobie jedynie - trudno. Widać tak m usiało być. On mnie po prostu nie chce. I z tym muszę się pogodzić i zacząć w wieku 50 lat zacząć życie od nowa. Trudne zadanie, ale możliwe. Wiem jedno - nigdy z nikim nie będę, bo mąż był moją miłością - jest moją miłością. Cholera! Takie jest życie. Nie dla każdego pomyślne i szczęśliwe. Znowu powiem - trudno. Z tym też trzeba się pogodzić. Życzę wszystkim wszystkiego co najlepsze, spełnienia oczekiwań i cudów, w które akurat ja nie wierzę. ale może prócz w bajkach gdzieś w prawdziwym życiu się zdarzają. I chyba tego najbardziej Wam wszystkim życzę. Ewa
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,32 sekundy. Zapytań do SQL: 8