Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie (także po rozwodzie i
gdy współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki), którzy chcą ratować swoje sakramentalne małżeństwa
Portal  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  Chat  StowarzyszenieStowarzyszenie
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload  StatystykiStatystyki  PolczatPolczat
 Ogłoszenie 

Poprzedni temat «» Następny temat
Przesunięty przez: administrator
2007-04-13, 09:17
Nie byłam dziewicą...
Autor Wiadomość
tygrys
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-12, 22:11   Nie byłam dziewicą...

Jestem już po trzydziestce, mężatką jestem od 6 lat, męża znałam wcześniej również 6 lat. Dzieci nie mamy. Oboje mamy wyższe wykształcenie, pracujemy i żyjemy na tzw. wysokiej stopie.
Mąż pochodzi ze znanej i szanowanej, bardzo katolickiej rodziny. Ja z kolei z rodziny rozbitej, rodzice (oboje) byli alkoholikami, ale matka z tego wyszła i ułożyła sobie życie na nowo. Wychowywała mnie babcia, bo matka zajmowała się głównie swoim nowym życiem. Jestem jedynaczką, mąż – najstarszy z trójki rodzeństwa.
Miałam 15 lat gdy straciłam dziewictwo. Z głupoty – myślałam, że to ten jedyny. Potem było jeszcze kilku chłopaków – każdy wydawał się tą miłością do grobowej deski. Tak strasznie chciałam żeby ktoś mnie pokochał, że seks wydawał się naturalnym uzupełnieniem. Młoda byłam i głupia. Zmieniali się oni szybko, potem były okresy samotności i znów szybki seks. Z żadnym z nich (w sumie było ich siedmiu) nie byłam długo (max 3 m-ce, min – 3 dni). Miałam 19 lat, gdy zrozumiałam, że to nie o to chodzi…
Teraz płacę za ten błąd ogromną karę. Zanim wyszłam za mąż wyznałam mu całą prawdę o swoich doświadczeniach. Okazało się, że on nie potrafi zaakceptować tego, że nie jestem dziewicą. Robił mi wyrzuty i wymówki. Potem przepraszał. Były rozstania (nie wytrzymywałam tych rozmów i takiego traktowania mnie) i powroty (bo znów mówił, że kocha i że już nie będzie o TYM myślał ani mówił). W międzyczasie kilka razy mnie zdradził (jak wyznał z pełną premedytacją i znając ewentualne konsekwencje). I potem na kolanach wyznał, że jestem kobietą jego życia, że nic się nie liczy. Że kocha. Że będzie nosił na rękach. I zgodziłam się za niego wyjść. Boże, czemuś mnie nie złapał wtedy za kołnierz…
Nocy poślubnej nie było – koledzy i wódeczka byli ważniejsi. Kiedy go zapytałam, jak mógł usłyszałam, że i tak nie jestem dziewicą, więc po co komu taka noc. Potem okazało się, że koledzy (sami kawalerzy) są nierozłącznym elementem naszego życia. Spędzał z nimi wieczory w tygodniu i w weekendy. Oczywiście alkohol tez był. Mnie się odechciało żyć, a przede wszystkim współżyć. Oczywiście winą byłam obarczana ja – bo nie byłam dziewicą. Gdybym mu dała cnotę byłby aniołem, a tak jest w pełni usprawiedliwiony. I chodzi z kolegami bo nie może na mnie patrzeć. Bo inni też mnie mieli, bo nie mam mu nic do zaoferowania - dlatego woli czas spędzić z kolegami.
Obelgi dotyczące mojego prowadzenia się były i są na porządku dziennym. Po alkoholu, kiedy nie chcę uprawiać seksu – szczególnie bolesne.
Należy zwrócić uwagę, że forma nękania mnie ewaluowała – kiedyś myślał jeszcze, że swoim postępowaniem sprawia mi przykrość, umiał przeprosić. Teraz gdy mu o tym mówię zawsze odpowiada – „a co nie prawdę mówiłem? Nie puszczałaś się? Boli Cię to? I słusznie – musisz ponieść karę za to co MI zrobiłaś. Bo roztrwoniłaś to co się MI należało.” Forma jest raz „lżejsza” raz bardziej obraźliwa – wszystko zależy od jego stanu (czy trzeźwy czy pijany) i humoru.

Nasz dom jest chłodny – mąż nie lubi okazywania uczuć, trzymania za rękę czy przytulania się. Jedyną formą okazywania uczuć jest seks. Nie ma wspólnych radości czy prezentów na imieniny bądź święta. Nie ma tradycji ani zwyczajów. Jak on to ładnie ujmuje – nie obchodzi go to. Święta? A po co to komu… Tak właśnie było u niego w domu rodzinnym i tylko tę tradycję potrafi on kultywować. Ja natomiast lubię dawać prezenty – bo lubię sprawiać bliskim radość. Mąż twierdzi, że cierpię na „chorobę prezentową” i robi mi wyrzuty, że wydaję pieniądze na głupoty. Mówi mi też, że nikt tych prezentów ode mnie nie chce ani nie oczekuje i tylko wprawiam ludzi w zakłopotanie bo wtedy czują się zobowiązani do rewanżu. Tak być może jest, ale tylko w przypadku rodziny męża – i faktycznie zrezygnowałam z dawania im czegokolwiek.

W pierwszym roku małżeństwa, gdy zbliżało się Boże Narodzenie poszliśmy po choinkę – nie zmieściła się do bagażnika – rzucił nią o ziemię na środku ulicy i naubliżał mi. Potem w domu pchnął mnie na drzwi – krwiak na ręku, aż miło było patrzeć. Przetrzymałam jakoś.
Któregoś dnia, po kolejnej kłótni wyrzucił mnie z domu (mieszkanie kupili jego rodzice jeszcze przed ślubem). Poszłam do rodziców (matka i ojczym). Mieszkałam z nimi przez pół roku – pogodziliśmy się na nomen omen - kolejne Boże Narodzenie. Chwilę było dobrze. I znów to samo. I znów moja wina – bo z kolegami to on się odstresowuje, bo ma ciężką pracę, bo nic go w domu nie trzyma.
Długo nie wytrzymał mojej krnąbrności (zazwyczaj nie jestem bierną słuchaczką) i znów wywalił mnie z domu. Tym razem dwa lata spędziłam z rodzicami.
W ubiegłym roku mąż złamał nogę, a ja chcąc mu pomóc wzięłam go pod swoje skrzydła. W tym czasie znów okazało się, że mnie kocha – kupił mi samochód, piękny dom i zamieszkaliśmy w nim razem. Sielanka trwała dwa miesiące...
I znów słyszę, że wszystko jest jego (zarabia dużo więcej ode mnie), że nie będzie dzieci, bo nie jestem godna być matką JEGO dzieci, bo nie byłam dziewicą. Że sobie bez niego nie poradzę, bo nic nie mam i jestem nikim i kto by zechciał taką jak ja. Znów koledzy – bo nie byłam dziewicą. Bo on dał mi wszystko, a ja jemu nie dałam nic, a szczególnie tego, co mu się należało ode mnie. Bo on dał dom, samochód i inne dobra, a ja jemu niczego nie dałam, niczego, czego by inni ode mnie nie dostali. I ma rację. To prawda. Tylko moim zdaniem nie to jest w życiu ważne. On tej opinii jednak nie podziela.

Chodził przez chwilę na terapię (dwie wizyty) – żeby wykazać dobrą wolę – ale pani psycholog go nie przekonała. Jako warunek postawił mi wyznanie wszystkiego w najdrobniejszych szczegółach, tak dokładnie, że aż mi się od tego niedobrze zrobiło. Być może nawet postarałabym się na część z nich odpowiedzieć, ale ja już tego nie pamiętam. I nie chcę sobie tego przypominać.

Wiem, że najprościej byłoby odejść. I oświadczyłam mu to. Powiedziałam, że się rozwodzimy.
Wiem, że on się tego bardzo boi (skandal w jego rodzinie) i powiedział, że może jeszcze spróbować jakiejś terapii. Ale jednocześnie nadal mnie dręczy i mówi, że do końca życia mi nie wybaczy, że nie byłam dziewicą. I nigdy nie będzie mnie szanował. Ja nadal twardo oświadczam, że się z nim rozwodzę, ale NIE CHCĘ wybrać tej drogi. Bo to dla mnie największe poczucie klęski – że się nie udało. Poza tym dla mnie ważna jest też przysięga, jaką złożyłam w kościele – że w zdrowiu i w chorobie, na dobre i na złe. No i na własne nieszczęście mój mózg pamięta te dobre chwile spędzone razem, a serce podpowiada, że jeszcze we mnie jest uczucie do niego. Ale jest też i żal...
On jest chory – wiem to. Dlatego szukam pomocy, jak przekonać go, że nie jestem człowiekiem gorszej kategorii… Jak uleczyć nasz związek?...
 
     
nałóg
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-13, 08:34   

Tygrys.A Ty byłas jego pierwszą kobietą?Zapytaj go.Widziały gały co brały!!!!!!!Facetowi jest potrzebna porządna terapia i rozliczenie sie ze swojej przeszłości chyba.A od strony prawnej.......jak nie macie rozdzielności majatkowej to wszystkie rzeczy nabyte w trakcie małżeństwa sa wspólnościa majatkową.wynika to z prawa.Ale jeszcze z innej beczki.....piszesz że Twoi rodzice byli alkoholikami(ja jestm nałogiem) ,a nie uważasz że Tobie przydało by się troche terapi???Jesteś DDA wiec moze parę mityngów DDA bys zaliczyła?To nie tylko Twój maz jest chory,chora jestes tez Ty(współuzaleznienie).
Może warto zacząć od siebie Tygrysie!!!!!!!
 
     
tygrys
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-13, 09:02   

Nie byłam jego pierwszą kobietą, co więcej był również uprzejmy mnie kilka razy zdradzić. I faktycznie - widziały gały co brały. Ale gały wierzyły, że będzie dobrze...
Niestety mąż całe zło, które mi wyrządza tłumaczy jednym - wszystko dlatego, że nie byłam dziewicą. Ja ze swoją przeszłością jestem w miarę rozliczona - jestem aktywnym DDA. Ale niestety żadna MOJA terapia nie pomaga na argumenty męża.
 
     
weronika
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-13, 10:23   

Wiesz,mnie się wydaje,że tu tylko Twój mąż jest chory,i to bardzo.Potrzebuje specjalisty,bo to on nie potrafi pogodzić się z tym co było,to jemu siedzi to w głowie,a nie powinno,bo przecież było to przed ślubem(tak zrozumiałam z Twojego postu).
Radziłabym Ci spotkać się z psychologiem,ja spotkałam takiego,który mi pomógł,musisz próbować,musisz porozmawiać z tym psychologiem,przedstawić całą sprawę,sytuację,na pewno Ci pomoże.
Mnie się wydaje,że problem nie leży w Tobie,tylko w Twoim mężu.
 
     
amelka00
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-13, 10:23   

Tygrysku Twój mąż jest na pewno chory i to co robi to na pewno znęcanie . Twoja nieczystość jest tylko pretekstem do kłótni , a nie przyczyną.Nie można dać sie tak traktować. To że pochodzisz z takiej a nie innej rodziny , też nie jest powodem żebyś nie była szanowana. Zresztą Twój mąż wiedział o wszystkim przed ślubem , więc pretensje może mieć tylko do siebie. Odseparuj się od niego jak naszybciej, bo nikt nie może na nikogo podnosić ręki.Czy Twój mąz ma problem z alkocholem?????? Jeśli tak to tez może się przyczynia ć do jego zachowania.
 
     
tygrys
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-13, 10:44   

Serdecznie dziękuję za wszystkie wypowiedzi.
Zdaję sobie w pełni sprawę z tego co napisałyście. Ale nadal nie wiem co mam zrobić... Odejść? Zerwać dane przed Bogiem słowo?
 
     
Julka
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-13, 11:02   

tygrysku

Bardzo Ci współczuję! Nie wyobrażam sobie jak wytrzymujesz to wszystko!
To nie jest łatwa decyzja, a rozwód to raczej ostateczność, ale nie możesz tak dłużej żyć. Może z nim porozmawiaj, powiedz że nie wytrzymujesz takiego traktowania, może się zgodzi na jakąś terapię...
Jak nie, to chyba lepiej rzeczywiście rozstać się, może wtedy Twój Mąż zrozumie swoje błędy...
A co do majątku to nie jest przeciez tak, że Ty nic nie masz, bo jak pisał nałóg jest przecież coś takiego jak wspólnota majątkowa.
 
     
tygrys
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-13, 12:38   

Powiedziałam mu co czuję, gdy się tak do mnie odnosi. Powiedział, że sama jestem sobie winna - bo nie byłam dziewicą.
Powiedziałam, że odejdę - on powiedział, że to też będzie moja wina, bo... nie byłam dziewicą...
Kółko się zamknęło. Niestety moje argumenty absolutnie do niego nie trafiają. Winna zawsze jestem ja, bo nie byłam dziewicą. To, że dla niego ja nie byłam tą pierwszą i że potem mnie zdradzał nie ma tu żadnego znaczenia, bo on jest facetem, a ja kobietą. Kobieta daje, a mężczyzna bierze. Ja oddałam innemu co miałam wg niego najcenniejszego. Dla niego nie zostało nic... A moja dotychczasowa miłość, wierność i uczciwość nie ma dla niego żadnego, absolutnie żadnego znaczenia...
 
     
Małgosia
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-13, 13:31   

Kochana, to Twoj mąż jest chory. Nie martw się - niezaleznie od tego, jaka byla Twoja przeszłość, on i tak by sie źle do Ciebie odnosił. Zawsze znalazłby pretekst do wymowek i krzyków. Tak jak ktos napisał - to nie powód, to tylko pretekst.
To jego defekt, wada osobowości, z którą bardzo trudno walczyć. Musiałby sam zobaczyc, ze ma problem - a na razie wszelką odpowiedzialność zrzuca na Ciebie. Na pewno pomocna byłaby porządna psychoterapia.
Pokaż mu, że sie na to nie zgadzasz.
I zadbaj o siebie, o swoj spokój, o swoje zdrowie, bo takie ciągle obwinianie wpływa na Ciebie destrukcyjnie.
Sama musisz stac sie mocniejsza i potem zdecydować, co dalej.
Na pewno przed Toba długa droga, bo wasz problem jest trudny i zlozony, i sam się nie rozwiąże.
Pozdrawiam i pisz do nas.
 
     
Desdemona
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-13, 17:28   

gdybys była dziewica to by znalazł coś innego...jest po prostu chory i powinien się leczyc po pierwsze od uzależenienia alkoholu....absolutnie nie daj sobą pomiatać, bo nie masz się czego wstydzić...errare humanum est....
 
     
elzd1
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-13, 17:41   

Tygrysku.
Twój mąż to prymit, bardzo zły czlowiek, który na Ciebie chce zrzucić odpowiedzialność za swoją niedojrzałość i brak przyzwoitości.
Piszesz:
"Mąż pochodzi ze znanej i szanowanej, bardzo katolickiej rodziny. "
Na moje wyczucie, to jest bardzo chora rodzina, gdzie kobieta jest tylko podnóżkiem dla szanownego pana. Czy przypadkiem Twoi teściowie nie żyją w taki właśnie sposób: Pan Mąż i Władca oraz reszta : czyli żona, traktowana jak służąca, dla której Mąż nie ma w ogóle szacunku?

Dlaczego tak myślę?
Bo przecież Twój mąż już od dnia ślubu okazał się zwyczajnym draniem, który nie liczy się z drugim człowiekiem.
Skąd czerpie takie wzorce? Przecież sam tego nie wymyślił, musiał gdzieś musiał się tego nauczyć.

Może ślub był mu potrzebny, bo wiek już odpowiedni? Bo "tak się należy"?
A może chciał poczuć się jak Pan i Władca, który ma prawo tylko wymagać, ranić, oskarżać?
Bo jakoś miłości od dnia ślubu ja tu nie widzę.

Jesteś w terapii dla DDA, to bardzo dobrze.
Myślę, że tam wielokrotnie mówiono Ci, że JESTEŚ WARTOŚCIOWYM CZŁOWIEKIEM, masz prawo oczekiwać szacunku, zwłaszcza od męża.

Skoro mąż wiedział o Twojej przeszłości - tym bardziej masz prawo wymagać, by traktował Cię z godnością. Nie jesteś ścierką, o którą on może wycierać swoje buty. MASZ PRAWO DO GODNOŚCI.

On jest bardzo chory, tylko zupełnie tego nie widzi. Jest jak alkoholik, narkoman, czy inny uzależniony - nie widzi SWOJEGO problemu - za niepowodzenia oskarża innych.
I jeszcze jedno: wydaje mi się, że Twój mąż jest bardzo zakompleksiony i brak mu wiary w siebie. A nadrabia takim właśnie zachowaniem: słabeusz, który na słabszych chce się odegrać.

Czy trwać w tym małżenstwie, ja nie wiem. ALe na pewno Twojemu mężowi potrzebny jest kubeł zimnej wody, wstrząs, który sprawi, że facet zacznie myśleć.
Może jednak separacja?
Bo coś mi się wydaje, że on bardzo boi się skandalu, jakim jest ew. Twoje odejście.

Przytulam Cię bardzo mocno.
 
     
wabona
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-13, 17:43   

Tygrysku....Chyba zrobiłaś błąd, wyznając kiedyś mężowi całą prawdę. Mogłaś łagodniej, bez szczegółów. Ale już za późno na takie umoralnianie, więc przepraszam, jeśli uraziłam.
Twój mąż chyba się w tym zapętlił - bo kochał (kocha) Cię, ale nie mógł się z Twoją przeszłością pogodzić. Może gdzieś tam w duszy miał jakiś ideał kobiety, dla której miał być pierwszym mężczyzną. I cóż, zakochał się w Tobie .

Wg mnie nie powinnaś mówić o rozwodzie. Ja na Twoim miejscu spróbowałabym separacji - formalnej czy nieformalnej. Powiedział, że nigdy już nie będzie Cię szanował...Wytrzymasz to? Nie sądzę. Do tego wgoni Cię w poczucie winy - nic nie jesteś warta, bo nie byłaś....A jesteś warta - jak każdy człowiek.

On chyba musi dostać porządnego kopa, może gdybyś się wyprowadziła, coś by przemyślał, zrozumiał... On nie jest w porządku wobec Ciebie - odpłaca "pięlnym za nadobne" - zdrady, alkohol, uważa, że ma do tego prawo. Tak nie można. Chyba Twój mąż czuje się trochę jak pan i władca, któremu wszystko można, bo Ty....
Tygrysku, wyciągnij wnioski z naszych wypowiedzi.............
 
     
amelka00
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-13, 20:53   

tygrysek "obietnica dana Bogu "- to dać się poniewierać. Uwierz mi na dobre i na złe, w zdrowiu i w chorobie. Bóg na pewno by tego nie chciał.
 
     
Maria Anna
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-14, 06:23   

Tygrysku, Twoje dziewictwo to tylko "temat" dla niego po to, aby poprostu przyczepić się do Ciebie i miec na swoje złe uczynki usprawiedliwienie. Przepraszam, ale on dla mnie jest niedojrzałym człowiekiem. I nie daj sobie wmówić, ze to Ty i Twoje utracone wczesniej dziewictwo jest powodem jego ZŁEGO zachowania.
 
     
bajka
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-14, 07:56   

Tygrysku - powiedziałaś mu o wszystkim przed ślubem. Jesteś w porządku, nie ukrywałaś tego. On powinien był rozważyć, czy da radę unieść taki bagaż (niełatwy bagaż, wiem bo mam męża z podobnym garbem bezeceństw :-P ). Anie teraz czepiać się, że nie dostał TEGO, co powinno być dla niego. Nie musiał się żenić, nie ? Jego problem...
Więc nie temacie Twego postu rzecz - uwierz. Twój małzonek ma jakiś poważniejszy problem z osobowością (pewnie z domu wyniesiony). Jeśli nie to - czepiłby się czegoś innego.
Moze ma kompleksy ? może brak mu wiary w siebie ? może nie czuł się kochany ? może to był taki zimny, pusty dom, w którym liczyła się otoczka, a rodzice zamiast kochaniem dzieci zajmowali się "istnieniem" ? Nie wiem... Ale należy mu się psycholog... Pewnie będzie się wstydził, bo jak to ? osoba z TAKIEGO domu ?
A przy okazji - znam takiego synalka z bardzo znanej katolickiej rodziny (zdziwilibyście się!)
i co ? Chla na umór a zona boryka się z wychowaniem trójki dzieci... Ale taka rodzina... nie unoszą biedaki ciężaru pochodzenia z TAKIEJ rodziny...
Tygrysku - nie daj sobą pomiatać... życie wystarczająco mocno się po Tobie przejechało...
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,03 sekundy. Zapytań do SQL: 9