Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie (także po rozwodzie i
gdy współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki), którzy chcą ratować swoje sakramentalne małżeństwa
Portal  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  Chat  StowarzyszenieStowarzyszenie
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload  StatystykiStatystyki  PolczatPolczat
 Ogłoszenie 

Poprzedni temat «» Następny temat
Zawód, zdrada i miłość pomimo...
Autor Wiadomość
MichalG
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-13, 19:54   

Mikula,

1. Przesadziłaś i to bardzo…. Wiem, że boli, jak nie ma odpowiedzi na SMSa. A Ty czekasz… Ale może rzeczywiście był zajęty. Nie może Cię przepraszać za to, że pracuje.
2. Super, że zajęłaś się trochę sobą. Tak trzymaj.
3. Masz rację, moja żona „bujała w obłokach”. I chyba było tak, jak mówisz – nie liczyło się nic poza nim. Chciałbym, aby upadek z obłoków Ją mocno zabolał. Aby się obudziła. I niech teraz to udowodni.

Nie wdawaj się w awantury – to do niczego nie doprowadzi.
Trzymaj się.
 
     
EL.
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-13, 19:54   

Mikulo....Twój mąz jest z Toba i z Toba mieszka....On wybrał Ciebie !!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!

Największym naszym wrogiem w sytuacji kryzysu jesteśmy MY SAME i nasze emocje !!!

Głowa do góry Mikulo....jutro nowy dzień !! EL.
 
     
Mikula
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-14, 09:03   

El, wiem-jestem swoim największym wrogiem. Zresztą, widzę to sama -ale trudno czasem tego wroga pokonać. Tym trudniej, że ja naprawdęoddałam się teraz całkowicie domowi, rodzinie, mężowi. Od początku ciąży byłam na L-4, do pracy wracam dopiero we wrześniu. Do tego, to przecieżoczywiste, ze w ciąży i po niej w kobiecie toczy sięistna batalia hormonów. NaprawdędziękujęBogu, ze nie wpadłam w jakąś depresję. Chyba jednak mam wiele siły..

Michale, ja wiem, że on pracuje i dotąd zawsze to szanowałam -dzwonił do mnie kiedy mógł. Ale kiedy flirtował z koleżanką też pracował...
Co do Twojej zony -upadek zawsze boli. Nie ma całkiem złych ludzi, czasami się jedynie gubimy i dajemy kusić złemu.

Smuci mnie jeszcze jedno..Kiedy odkryłam te sms-y, to po wielogodzinnej, bardzo spokojnej rozmowie i wyjaśnieniach męża, doszliśmy do wniosku, ze będziemy starali się uzdrawiać nasz związek. Jak pisałam wcześniej, problemem nie była ta dziewczyna, lecz ucieczka mego męża w swój świat. Po tej rozmowie po raz pierwszy od roku kochaliśmy sięprawdziwie-patrząc sobie w oczy..Następne dwa mąż okazywał mi wiele czułości i zrozumienia, ale czwartego dnia jego cierpliwość sięskończyła. Pewnie wiele w tym mojej winy, bo non stop wylewałam swoje zale. Powiedział, że w takiej atmosferze nie może być miło, że jak mamy sięprzytulać, skoro chwilęwcześniej na siebie krzyczeliśmy...No i teraz jest jak jest. Ja nie mogę już mówić o swoich uczuciach, bo on od razu się złości. I znowu ma puste oczy..

Powiem Wam jeszcze jedno -to refleksje naszych najbliższych znajomych. Mój mąż od dwóch lat pracuje w dość prestizowych firmach. I chyba właśnie to go tak zmiwniło. Wyjazdy służbowe, drogie hotele. Zaczął skupować sobie jakieś gadźety -w stylu drogie zegarki, paski, ciuchy. Całe to ich ( w sensie ludzi z pracy) życie, to ciągłe gadki przez tel, imprezy i szybkie kawy w restauracjach. Mąż wiele razy mówił mi, jacy ci ludzie z pracy są świetni, uśmiechnięci, mili, zyczliwi. Już wtedy mnie to trochę niepokoiło -bo on ich przecież w ogóle nie zna. Widują się raz na dwa miesiące. Odsunął się od naszych przyjaciół -patrzył na nich z krytyką. Brat mężą stwierdził, ze Dominik stał się "ważny". Moja szwagierka zaś mówi, że on wypłynął na szerokie wody, ja przycumowałam kompletnie przy brzegu -wiec przestał się mną interesować, bo dobrze wiedział, że nic mnie z tego brzegu nie porwie. To smutne i nieco okrutne, ale może trochę prawdy w tym jest...

elzd1 napisał/a:
Nie miotaj się, tylko spójrz w lustro. I może zobaczysz tę kobietę, której chce się walczyć o swoją rodzinę.
Uśmiechnij się do niej ( znaczy do swojego odbicia) i powiedz, że warto.
A mężowi - odpuść, niech chociaż dziś będzie miło.


Elzd, czytając wczoraj Twoje słowa (udało mi się jeszcze tu wskoczyć na sekundkę wieczorem) popłakałam się szczerze jak dziecko. Już nie z goryczy..ale z tego jakie to, co napisałaś jest piękne. Dziękuję.

Całuję Was wszystkich cieplutko i zmykam do malca. Miłej soboty.
 
     
Elżbieta
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-14, 09:19   

Mikula napisał/a:
Miotam się, to dobre słowo (mąż też mi to mówi).

Może mówić o sobie, nie o Tobie.
 
     
Mikula
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-17, 11:04   

Mam nadzieję, że jesteście...

Minął weekend. Poszłam na imprezę -jak postanowiłam. Wcale nie bawiłam się dobrze. Obserwowałam ludzi, kobiety, mężczyzn...Tyle zła jest dookoła. Ludzie sami marnują ważne, istotne rzeczy.
Była jedna znajoma para. On tulił się do niej, dbał, pilnował -ona odwracała głowę znudzona jego pieszczotami.. Ja oddałabym teraz wszystko, by mój mąż tak o mnie zabiegał. Widziałam kolegę z liceum- żonaty, dwoje dzieci; biegał za kobietami jak pies. Widziałam mnóstwo par -nigdzie nie widziałam harmonii i szczęścia.
To smutne. Czy naprawdę ludzie nie potrafią zyć razem?

Niedzielę spędziliśmy na działce u znajomych. Niby miły rodzinny dzień..ale dalej pustka między nami. Mnie już nie mozna oszukać. Ja dostrzegam każdą najmniejszą myśl mego męża. Czułam, ze to "ratowanie" nie jest tym, czego tak naprawdę pragnie.
Z powrotem wracałam jego samochodem. Pod siedzeniem (znowu przeczucie..) znalazłam opakowania po zestawie POP-a. Przysięgał, że kupił go wtedy, gdy jeździł bez celu , tamtej soboty, gdy odkryłam te flirciarskie smsy. Zablokowałam mu wtedy jego tel, a chciał mieć jakiś kontakt ze światem. Kupił, ale nigdy nie użył, wyrzucił kartę. Sprawdziłam -ten nr nigdy nie był uzywany. Ale we mnie coś pękło. Mała dziewczynka wyszła z kącika i powiedziała DOSYĆ.
DOSYĆ!
Dosyć...
Już nie płakałam, już nie prosiłam by mnie przytulił...
On mówi, ze nauczył się zyć beze mnie. Zarzucał mi, że jestem nieporadna, że powinnam stanąć na nogi. Przecież ja też potrafię żyć bez niego -żyję tak już od roku. Nie ma go w domu fizycznie -wszystko robię sama. Nie mam jego wsparcia psychicznego. Mało tego -dostawałam jeszcze kłamstwa, krzyki ...Cały bagaż złych emocji. I poradziłam sobie. Donosiłam ciążę, urodziłam zdrowe dziecko, nie załamałam się. To więcej niż żyć bez niego..
Zamiast upajać się szczęściem macierzyństwa, ja cierpiałam, że tracę męża. Pozbawiłam moje upragnione dziecko tylu chwil -bo kłóciłam się, bo płakałam, bo byłam zdenerwowana.
Wczoraj spędziłam pierwszy dzień nie czekając na męża. Poświęciłam się Mikołajowi, cieszyłam się jego istnieniem. Spotkałam się z koleżankąi jej dzieckiem, byłam na spacerze. Zajęłam się zaniedbanym domem. Było mi dobrze -czułam się wolna od cierpienia.
Wieczorem rozmawialiśmy. Powiedział mi, że chce się rozstać. Ze sama widzę, ile zła jest między nami, ile żalu. Że NIE MA CZEGO RATOWAĆ...Byłam spokojna. Powiedziałam, ze nie będę na siłe go zatrzymywać, że szanuję jego decyzję. Spytałam jak sobie to wyobraża i tu mnie totalnie zaskoczył. W skrócie -mieszkamy razem, ale mamy "wolną rękę", jedziemy na weekend ze znajomymi za tydzień, jak było uistalone, oraz na opłacone już wakacje...Zdębiałam..Powiedziałam spokojnie, ze na to się nie godzę. Jeśli chce się rozstać, to musi sięwyprowadzić i nie ma mowy o wspólnych wyjazdach. To przecież jakaś paranoja..Jak ja miałabym to znieść.
Potem poszłam spać, stwierdzając, że już dosyć wrażeń na dzisiaj. Chyba był bardzo zaskoczony moją stanowczością. Nie był na to przygotowany. Spodziewał się płaczów, tulenia..
Dzisiaj rano wyjątkowo późno wyjechał do pracy. Siedzieliśmy przy kawie rozmawiając o Mikołaju, bawiąc się z nim. O nic nie pytałam.bo po co..Wyszedł mówiąc wesoło "naraska".
Dopiero teraz trochę pękłam..popłakałam się przy mamie..Wiem, że nie mam innego wyjścia. To w nim musi zajść zmiana. Musi poczuć, że pragnie mnie i naszej rodziny. Jeśli tego nie poczuje, nic nie da się zrobić.
Nie wiem, co dalej, co będzie jak wróci z pracy i czy w ogóle wróci -ale raczejk tak, bo przecież mieszkamy razem. Ja nie bedę na niego czekać, Idę dzisiaj z Mikusiem spać do szwagrów. Boję się samotnego wieczora. Boję się jego powrotu i tego, że się złamię, ze będę chciała wszystko załagodzić -a wiem, ze to nic nie da. Nie wiem czy robiędobrze, ale tak czuję. A powinnam chyba teraz myśleć przede wszystkim o sobie. Już nie o nas...
To cholernie boli.......................................................
 
     
agdy
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-17, 13:18   Re: Zawód, zdrada i miłość pomimo...

Mikula. 3maj się.
Ostatnio zmieniony przez agdy 2007-04-17, 13:54, w całości zmieniany 1 raz  
 
     
MichalG
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-17, 13:42   

Mikula,

No cóż… pewnie prawie każdy z nas usłyszał albo powiedział kiedyś „chcę się rozstać”… To boli. Wiem.
Ale dobrze, że powiedziałaś swoje zdanie. Oczywiście mieszkanie razem, udawanie dalej przed innymi – to bez sensu. Widzisz, jak pokazałaś, że potrafisz się postawić, to zareagował zdziwieniem. Tak to jest.

Ale nie rozumiem, dlaczego dziś idziesz spać poza domem? Przecież to on ma się wyprowadzić, nie Ty…

Trzymaj się.
 
     
Julka
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-17, 14:38   

Myśle podobnie jak Michał. A co powiesz Mężowi, że dlaczego śpicie poza domem? Bo się boisz kolejnej rozmowy?
Pewnie to strasznie boli ale tyle już przeżyłaś cierpienia, że i to wytrzymasz.

Pamiętaj: co by sie nie działo Pan Bóg nie da Ci zginąć!
 
     
elzd1
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-17, 19:45   

Nie bardzo rozumiem, dlaczego masz spać poza domem? Jak długo chcesz tak uciekać?
Rozmowy i tak nie unikniesz, wcześniej czy później musi do niej dojść.

Zastanawiam się, czy Twoja stanowacza odmowa - że nie godzisz się na taki układ - czy to nie spowoduje wątpliwości u Twojego męża.
Może to być jakiś przełom, facet zacznie zastanawiać się, skąd w Tobie taka moc. I wtedy masz gotową odpowiedź: Tę moc daje Ci sakrament małżeństwa.
Macie malutkie dziecko - więc może warto zawalczyć?
 
     
Mikula
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-18, 12:20   

Kochani, spałam poza domem dla siebie i tylko dla siebie. Nie chciałam być sama. Nie chciałam na niego czekać. Nie chciałam przeżyć czegoś, tego zwyczaju, naszej codzienności -która jest już inna. Czegoś, czego już nie ma. Po prostu uciekłam. Odpoczęłam. Nabrałam sił. Zdystansowałam się.
Przyjechał tam do mnie, rozmawialiśmy. Nie wiem po co..Powtórzył, że za dużo złego jest między nami, by to ratować. Że teraz, w tym momencie on nie potrafi być ze mną. Nie potrafi być takim mężem, jakiego oczekuję i nie chce mnie oszukiwać. Wyprowadzi się (kiedy -nie wiem; wiem, że niczego nie szuka), będzie opłacał wszystko, dawał pieniądze na Mikusia (moja pensja, ma być tylko moja -cóż za łaskawość). Codziennie chce też przyjeżdżać do dziecka.
Pytam więc - na czym polegać będzie to "nie bycie razem?" Chyba tylko na tym, że nie będę miała prawa ingerować w jego życie, że będzie "wolny" (Twierdzi, że nie myśli absolutnie o zadnych innych kobietach, że mnie kocha, jesteśmy małżeństwem -do rozwodu daleka droga).
On wolny ptak, pan łaskawy utrzymujący sobie miłą żonkę i ślicznego synka. Odwiedzający ich w celu zabawy z dzieckiem.
Tak to wg mnie wygląda -wiem, moze i przejaskrawiam, ale NIE WYOBRAŻAM SOBIE TEGO!
Wieczorem mamy porozmawiać o "konkretach". Nie wiem, co mam mu powiedzieć..Tzn wiem, ze zrobiłam już wszystko, by go zatrzymać, uzyłam wszelkich argumentów i teraz pozostaje mi tylko powiedzieć -"Skoro tego chcesz, nie będęCi tego utrudniać." Nie wiem tylko co będzie z tą wyprowadzką, bo jemu się ewidentnie do tego nie pali. Nie wiem, czy jak twierdzą niektórzy, on po prostu się zagalopował w tych swoich postanowieniach, i tak naprawdę wcale nie chce odchodzić, tylko przemawia przez niego dalej złość. Wg nich powinnam "przeczekać" i nie ponaglać go do wyprowadzki. Dzisiaj, kiedy rano wróciłam do domu zastałam w przedpokoju worek ze śmieciami z szafek w kuchni -wiecie, jakieś podeschnięte ciastka, zbędne opakowania. On od kilku miesięcy nawet nie zaglądał do tych szafek, bo w domu nie robił nic, a tu nagle sprząta..Ja go nie rozumiem.
A jeśli powie, że się wyprowadzi, jak coś znajdzie i będzie to trwało w nieskończoność?
Dla mnie strzszne mijać się pod jednycm dachem z człowiekiem, który mówi mi prosto w oczy " Chcę się z Tobą rozstać."
Szwagry uważają, że powinnam mu powiedzieć, że skoro chce się wyprowadzić, to już, teraz od razu -na poczatek do nich, póki nie znajdzie sobie kawalerki.

Julka napisał/a:
Pewnie to strasznie boli ale tyle już przeżyłaś cierpienia, że i to wytrzymasz.


Własnie dzisiaj zastanawiałam się, kiedy ja ostatnio byłam tak szczerze szczęśliwa..Nawet, gdy urodziłam synka nie mogłam się cieszyć w pełni. Czułam, że coś jest nie tak.. Leżałam na sali sama. On pojechał od razu do pracy...Obcy faceci dawali mi wodę..podłaczali telefon. Nie mogłam zobaczyć Mikusia, bo po cesarce nie dają dziecka bez kogoś z rodziny.....................................

Dlaczego ludzie robią sobie takie okrutne rzeczy. Prosiliśmy Boga o dziecko, o owoc naszej miłości. Dał nam go. Dał nam pięknego, zdrowego syna. A my nie dalismy mu ani jednego dnia, ani jednego! w pełnej, szczęśliwej i szczerej rodzinie.
 
     
MichalG
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-18, 15:46   

Mikula,

Przede wszystkim podczas rozmowy o konkretach powiedz mu jasno, że ma się wyprowadzić już. Tak, właśnie już – dziś, jutro, może weekend. Ale nie „kiedyś, jak coś znajdzie”.

Ja wiem, ze można wyjść z domu nagle. Tak zrobiłem, jak żona powiedziała, że nie wierzy, aby nam się udało. Powiedziała to, więc ja spakowałem podręczne rzeczy i wyszedłem. Oczywiście potem czasami przychodziłem, aby wziąć więcej rzeczy, zobaczyć dzieci itp.
A miejsce do spania można znaleźć – u przyjaciela, w hotelu…

Kiedyś przeczytałem zdanie, które dało mi wiele do myślenia: "Gdy kogoś pokochasz, pozwól mu odejść. Jeżeli wróci - jest twój, jeśli nie - nigdy nie był."

Jeśli Twój mąż nadal Cie kocha, a Ty jego, to wrócicie do siebie. A teraz, jak zaszło to tak daleko, to odpocznijcie. Pomyślcie. Wyleczcie się ze złych emocji. Sprawdźcie tą swoją miłość.

Trzymaj się.
 
     
Mikula
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-19, 12:26   

Michale, dziękuję Ci bardzo za kolejne mądre słowa. Im dłużej Cię czytam, tym trudniej mi zrozumieć, dlaczego kobiety porzucają takich rozsądnych i ciepłych facetów. Ale to chyba kwestia tego, że rzadko doceniamy to, co mamy i tak łatwo przychodzi nam dostrzeganie złych stron, dobre rozpływają się gdzieś w szarudze codzienności.

A u mnie zwrot. Żadna w tym moja zasługa. Czekałam na wieczór, jak na wyrok. Wiedziałam, że powiem mu, że nie będę stać mu na drodze. I nawet chciałam zacytować to zdanie przytoczone przez Michała.
Nie musiałam.
Przed jego powrotem przyjechał teść i teściowa (macocha męża). Teść rozmawiał z mężem tego wieczora, kiedy ja spałam u szwagrów. Zaczęli mi mówić, ze zagalopowaliśmy się w tej wojnie, ze padło zbyt wiele bolesnych słów, oskarżeń. Że Dominik czuje się zmęczony, zły, zagubiony -ale na pewno nie chce rozstania. Tzn niby tak mówi, ale nie chce. Po prostu teraz trudno mu się wycofać, tym bardziej, że ja mu cały czas "truję".
Potem przyjechał mąż, ja wyszłam pod pretekstem podgrzania obiadu, a on rozmawiali chwilęz nim.
Kiedy wyszli, wykąpaliśmy wspólnie dziecko, rozmawialiśmy o sprawach codziennych -ale " z pewną dozą nieśmiałości" i lekkim obrażeniem. Ale to chyba lepsze niż rozstanie. Rano wyjechał do pracy też jakby lekko obrażony. Nie pocałował mnie na pożegnanie.
Przed chwilą zadzwonił -pytał o zakupy.
Trochę tak dziwnie, bo nie wiem na czym stoję, ale cieszę się, że nastąpił jakiś spokój. Oczywiście wolałabym, by popatrzył mi w oczy i powiedział " Przepraszam, przesadziliśmy,postarajmy się by już było dobrze". Wiem jednak, ze tego nie usłyszę, i że sama czuję się nienajlepiej. CHyba potrzeba na wszystko po prostu czasu.
Pozdrawiam ciepło wszystkich czytających.
 
     
MichalG
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-19, 13:44   

Mikula,

Tak się cieszę… bo może on po prostu już wrócił :-) . Dałaś mu odejść, a on tak szybko wrócił. Może już „jest Twój”. Tego Wam życzę z całego serca.

To, że jesteście na siebie „jakby obrażeni” to chyba normalka. To po prostu wasza duma… Taka trochę wewnętrzna walka, kto ma kogo przepraszać.
Ale może nie ma co mówić „przepraszam”. Bo czy słowa w tej sytuacji są tak ważne? Ja wiem, że chciałoby się je usłyszeć. Ale czy one coś zmienią? Nie.
Tu potrzebne są czyny. Postawa.

Ale żeby to sprawdzić, potrzebny jest czas. I wytrwałość. I cierpliwość. I konsekwencja.

Trzymajcie się (Ty i mąż)

PS1. Trochę minie czasu, zanim zorientujesz się, na czym stoisz.
PS2. Też nie wiem, dlaczego kobiety porzucają takich facetów, jak ja :-) . Jak chcesz, to mogę Ci dać telefon do mojej żony, to może Ci to wytłumaczy :lol: :lol: :lol: :lol: :lol:
 
     
Julka
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-20, 07:18   

Mikula na pocieszenie (...) powiem Ci, że ja od decyzji Męża o zostaniu z nami czekałam przeszło cztery miesiące na te słowa, które oczywiście Michale nie są najważniejsze, ale chyba jednak potrzebne. W ostatnią sobotę usłyszałam:
Kocham cię, byłem głupi, przepraszam.
Uwierz mi, warto było czekać te kilka krótkich miesięcy (oczywiście wydawało mi sie, że lata mijają...).
Mam nadzieję Mikula, że Ty też to usłyszysz i że nie będziesz musiała zbyt długo na to czekać. I tego Ci/Wam zyczę z całego serca
 
     
Mikula
[Usunięty]

Wysłany: 2007-04-20, 11:48   

Nie wrócił...
Dzisiaj rano przeżyłam piekło. Krzyczał, bardzo. Mówił, że nadal chce się rozstać, ale to nie takie proste znaleźć mieszkanie. Poza tym, osobne mieszkanie, to wydatek -" Chcesz mieć jutro pieniądze na zycie? " Usłyszałam też, że mieszkanie jest tak samo jego jak moje (prawnie jest to mój spadek), i czy "mam cie rozliczyć ze wszystkich pieniedzy jakie tu włożyłem?" I jeszcze czy chce powalczyćo dziecko, bo to nie przesądzone, że ja mam się nim opiekować. Piekło. Bałam się. Nie poznaję go..
W miedzyczasie zadzwonił mu telefon -jakiś facet z firmy. Był miły, radosny i słodki.
Rozdwojenie jaźni...
Powiedziałam stanowczo i spokojnie, ze jeśli chce się rozstać, to ma wyprowadzić się JUŻ (jak radził Michał).
POwiedział " Dobrze, w takim razie jutro się wyprowadzam." Trzasnął drzwiami i wyszedł..................................
Wczoraj rozmawiałam z jego bratem. Dopiero teraz ludzie mówią mi, że od dawna widzieli, że Dominik się zmienił. Wszyscy, rozumiecie -każdy to widział. Ma w oczach pieniadze, mówi tylko o tym, co kupi, albo co kupił, wszystkich dookoła krytykuje.

Mój mąż. Moja pierwsza i jedyna miłość. Ojciec mojego dziecka. Człowiek, który w wieku 15 lat stracił swój dom i odtad zył zyciem mojej rodziny. Który tęsknił za rodzinnym ciepłem. Który marzył, by stworzyć swemu dziecku najcudowniejszy dom.
Nie mogę w to uwierzyć.

Julcia, ja dzisiaj jestem po prostu przerażona jego postawą. Coraz mniej jest we mnie miłości...Chce, by zniknął. Boli, gdy patrzę na niego takiego bezwzględnego. I wolę nie myśleć, ze kiedyś usłyszę od niego takie słowa, jakie Ty usłyszałaś. Niepotrzebna mi teraz taka nadzieja, bo zwariuję. Ale dziękujęCi za ciepłe słowo.

Michale, Tobie też dziękuję. Jak zawsze mądrze mówisz. Jeszcze dzień dwa, i poproszę o ten nr telefonu do zony, bo to wprost nie do uwierzenia.

Pozdrawiam cieplutko.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,04 sekundy. Zapytań do SQL: 9