Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie (także po rozwodzie i
gdy współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki), którzy chcą ratować swoje sakramentalne małżeństwa
Portal  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  Chat  StowarzyszenieStowarzyszenie
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload  StatystykiStatystyki  PolczatPolczat
 Ogłoszenie 

Poprzedni temat «» Następny temat
Mówiąc "była żona/mąż" obrażam Boga i wiernych mał
Autor Wiadomość
petrus
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-13, 17:32   

Dzwonienie do księży raczej odpada. Raz zadzwoniłem do Sądu Metropolitalnego to tylko sobie biedy napykałem - ksiądz (personalia są mi znane) sporządził tajną notatkę, która posłużyła jako kolejny dowód mojej domniemanej psychicznej niezdolnośći do podjęcia obowiązków małżeńskich (mam tę notatkę w pliku jpg - mogę wysłać na prywatną pocztę). Tutaj trzeba jakiejś zorganizowanej inicjatywy. Muszą być podejmowane adekwatne środki do tego zjawiska z jakim mamy do czynienia. Np. zorganizujmy konferencję pt. "Czy mentalność rozwodowa zagraża sądownictwu kościelnemu w Polsce?". Bardzo chętnie się włącze, mam dużo zasobów, materiałów i doświadczeń.
 
     
Desdemona
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-13, 21:14   

Petrusie liczba uniewaznień wzrasta, bo po pierwsze obecnie większa jest liczba rozwodów a po drugie większa jest świadomość religijna ludzi. Kiedyś po prostu o czymś takim jak stwierdzenie nieważności małżeństwa nie wiedzieli. Jest różnica między człowiekiem, który zdradził, porzucił współmazonka i chce unieważnienia, a czlowiekiem, który został w jakiś sposób oszukany przez współmałżonka, głęboko poraniony odszedł albo został porzucony i też chce unieważnienia. Ostateczny rozrachunek nalezy do Boga...a czyż on nie wybaczał celnikom??Pamiętasz przypowieść o tym komu odpuscił grzechy?? czy temu, który powiedział Boże jestem bez grzechu?? czy temu, który się przyznał do grzechów i nawet nie obiecał poprawy?!rozumiem, że jesteś rozgorycznony, ale nie uogólniaj i nie wrzucaj wszystkich do jednego worka.


Benedykt XVI o parach niesakramentalnych
Radio Watykańskie/J

O Bogu, o Kościele, o współczesnej ludzkości – 10 pytań i 10 odpowiedzi padło 24 lipca br., na wakacyjnym spotkaniu Benedykta XVI z duchowieństwem diecezji Belluno-Feltre i Treviso. Powracając do poruszonej tam problematyki prezentujemy za Radiem Watykańskim papieską odpowiedź na pytanie o pary niesakramentalne.

Jesteśmy świadkami szybkiego narastania grupy ludzi rozwiedzionych, którzy wstępują w kolejne związki i często proszą nas, księży, o duchową pomoc. Często noszą w sobie bolesne pytanie o możliwość przystępowania do sakramentów. To są sytuacje wymagające od nas konfrontacji, ale i współczucia cierpieniu, które niosą. Ojcze Święty, jakimi postawami ludzkimi, duchowymi i duszpasterskimi można łączyć miłosierdzie z prawdą?

"Tak, to jest problem bolesny i prostej recepty na jego rozwiązanie z pewnością nie ma. Wszyscy cierpimy z jego powodu, gdyż wszyscy mamy wokół siebie ludzi przeżywających takie sytuacje. Wiemy, że dla nich są one powodem bólu i cierpienia, gdyż chcą być w pełnej jedności z Kościołem. Węzeł poprzedniego małżeństwa jest węzłem ograniczającym ich uczestnictwo w życiu Kościoła. Co robić? Powiedziałbym, że pierwszym krokiem byłaby oczywiście prewencja, na ile to możliwe. Przygotowanie do małżeństwa coraz bardziej staje się więc niezbędne i potrzebne. Prawo kanoniczne zakłada, że człowiek jako taki, nawet bez wielkiego przygotowania, zamierza wchodzić w związek małżeński zgodnie z naturą ludzką, jak wskazują pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju. A człowiek ma ludzką naturę, więc wie czym jest małżeństwo. Zamierza czynić to, co mu podpowiada ludzka natura. Z tego założenia wychodzi prawo kanoniczne. To jest czymś, co narzuca się samo przez się: człowiek jest człowiekiem, jego natura jest taka i to mu podpowiada. Dziś jednak ten aksjomat, według którego człowiek zamierza czynić to, co leży w jego naturze, zawrzeć jedno małżeństwo, wierne, przekształca się w nieco inny aksjomat: „Volunt contrahere matrimonium sicut ceteri homines”. Nie przemawia już po prostu natura, ale „ceteri homines” – to, co robią wszyscy. A to, co dzisiaj robią wszyscy, nie jest już normalnym, naturalnym małżeństwem, zgodnie z zamysłem Stwórcy, z porządkiem stworzenia. Dzisiaj „ceteri homines” pobierają się z myślą, że kiedyś małżeństwo może się rozpaść i że można będzie zawrzeć drugie, trzecie, czy czwarte małżeństwo. I ten model „jak robią wszyscy” staje się przez to modelem sprzecznym z naturą. W ten sposób czymś normalnym stają się wchodzenie w związek małżeński, rozwody, ponowne śluby... I nikt nie myśli, że jest to rzecz niezgodna z ludzką naturą, a przynajmniej trudno znaleźć ludzi tak myślących. Dlatego aby pomóc prawdziwie dojść do małżeństwa, nie tylko w rozumieniu Kościoła, ale Stwórcy, musimy naprawić zdolność słuchania natury. Wróćmy do pierwszej kwestii. Poza tym, co robią wszyscy trzeba odkryć to, co podpowiada nam sama natura, która przemawia w odmienny sposób niż to współczesne przyzwyczajenie. Faktycznie, skłania nas do małżeństwa na całe życie, do wierności na całe życie, także z cierpieniem wspólnego wzrastania w miłości. Tak więc te kursy przygotowujące do małżeństwa powinny być przywracaniem w nas głosu natury, Stwórcy, odkrywaniem ponad tym co robią wszyscy „ceteri homines” – inni ludzie, tego co wewnętrznie nam podpowiada samo nasze istnienie. A zatem w tej sytuacji pomiędzy tym, co robią wszyscy i tym, co mówi nam nasze istnienie, kursy przedmałżeńskie winny być drogą odkrywania i przyswajania sobie tego, co mówi nam nasze istnienie; winny być pomocą w dojrzewaniu decyzji na małżeństwo zgodnie z wolą Stwórcy i Odkupiciela. Kursy przedmałżeńskie ukierunkowane na to by „nauczyć się siebie”, nauczyć się prawdziwej woli małżeńskiej, mają wielkie znaczenie".

"Jednak samo przygotowanie nie wystarczy. Prawdziwe kryzysy przychodzą później. Bardzo ważne jest zatem ustawiczne towarzyszenie, przynajmniej w pierwszych 10 latach. Dlatego w parafiach należy nie tylko dbać o kursy przedmałżeńskie, ale i o wspólnotę drogi, która następuje potem, aby wzajemnie sobie towarzyszyć i pomagać. Aby księża, a nawet nie tylko oni, ale i rodziny, które już mają za sobą te doświadczenia, które znają ten ból i te pokusy, obecni byli w chwilach kryzysu. Istotne jest stworzenie sieci rodzin, które się wspomagają. Tu wielki wkład mogą wnieść różne ruchy".

"Pierwsza część mojej odpowiedzi związana jest z zapobieganiem: nie tylko w sensie przygotowania, ale i towarzyszenia, obecności sieci rodzin, która pomogłaby zaradzić współczesnej sytuacji, gdzie wszystko przemawia przeciw wierności na całe życie. Trzeba pomagać odnaleźć tę wierność i uczyć się jej nawet z bólem. Jednak w sytuacji upadku, to znaczy gdy małżonkowie okazują się niezdolni do trwania w pierwotnej woli, zawsze pozostaje pytanie czy rzeczywiście była to wola w sensie sakramentu. I tu ewentualnie zostaje proces orzeczenia nieważności. Jeśli zawarte było prawdziwe małżeństwo, w wyniku czego ci ludzie nie mogą ponownie wstąpić w związek małżeński, stała obecność Kościoła pomaga tym osobom stawić czoła innemu cierpieniu. W pierwszym przypadku mamy cierpienie przezwyciężania kryzysu, cierpliwego uczenia się dojrzałej wierności. W drugim mamy cierpienie trwania w nowym związku, który nie jest sakramentalny i dlatego nie zezwala na pełną komunię w sakramentach Kościoła. W tym przypadku trzeba by nauczać i uczyć się żyć z tym cierpieniem. W naszym pokoleniu, w naszej kulturze, ogólnie mówiąc, musimy odkrywać wartość cierpienia, uczyć się, że cierpienie może stanowić rzeczywistość bardzo pozytywną, pomagającą nam dojrzewać, stawać się bardziej sobą i zbliżać się do Pana, który cierpiał za nas i nadal z nami cierpi. Również w tej drugiej sytuacji obecność księdza, rodzin, ruchów, komunia osobista i wspólnotowa w takich sytuacjach ma zatem ogromną wagę. Myślę, że tylko odczuwanie tej miłości Kościoła, która realizuje się poprzez różnorakie towarzyszenie, jest w stanie pomóc tym osobom, aby poczuły się przez Chrystusa kochane, by poczuły się członkami Kościoła, nawet będącymi w trudnej sytuacji, i tak żyły wiarą".
 
     
maria0987
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-13, 21:39   

Witajcie- myślę że to ważny temat ta dyskusja. Tak na prawdę dla katolika nie ma innej alternatywy. Dla niego istnieje tak na prawdę małżeństwo sakramentalne a jeśli jest inaczej to wskazuje na to w jakim zeświedczałym społeczeństwie żyjemy. Wg ewangeli związek który nie jest sakramentalny jest cudzołóstwem- i tyle. Bez sentymentów.
W Kościele nie ma unieważnienia małżeństwa- ponieważ nikt w Kościele nie ma takiej mocy- zgodnie ze słowami- co Bóg związał, człowiek niech nie rozdziela. To co zostało ustanowione przez Chrystusa nie może zostać zmienione nawet przez papieża!
W kościele istnieje stwierdzenie nieważności małżeństwa- to znaczy że nie zostały spełnione warunki aby ono zaistniało- czyli sakrament nie został nigdy zawarty np. wtedy gdy ktoś świadomie zataił prawdę o swojej bezpłodności, czy chorobie alkoholowej tzn zataił w istotny sposób prawdę do której druga strona miała prawo w chwili wypowiadania przysięgi małżeńskiej.
Prawda jest też taka że papieże i JPII i Benedykt XVI w przemówieniach do Roty Rzymskiej nawołują do większej wnikliwości i ostrożności w przeprowadzaniu procesów o stwierdzenie nieważności. Zachęcają aby dązyć do uważniania związków nieważnych. Ale praktyka pokazuje niestety jak słuchamy papieża i nauczania Kościoła.I jak bardzo mentalność świecka zawładnęła nawet środowisko księży.
Myślę więc jak Andrzej, że używanie sformułownia- była żona, były mąż- sprzyja rozszerzaniu mentalności prorozwodowej - bo rozwody dopuszcza de fakto tylko prawo świeckie!
Takie zamieszanie myślę też wprowadza słownictwo - np używanie w kościele w stosunku do związków niesakramentalnych- określenia- małżeństwo.
Dla katolika- taki związek świecki nie jest małżeństwem- mimo że takiego sformułownia używa prawo cywilne.
Potrzeba abyśmy pozbyli się kompleksów i podnieśli głowy!- nie dlatego że jesteśmy lepsi - ale dlatego że wiemy na czym stoimy. Niech się wstydzą i rumienią Ci którzy złamali przysięgę i weszli w nowy związek- dlaczego ułatwieć im sprawę .
;-)
I to jest mój głos w dyskusji.
Nie chcę też aby on był oceną związków niesakramentalnych ale myślę że ich problem polega na czym innym. Duszpasterstwo ich jest towarzyszenie Kościoła z miłością - tym którzy znaleźli się w trudnej, złożonej sytuacji i próbą znalezienia drogi do Boga. Ale nie jest to alternatywa- wobec małżeństwa czy związku sakramentalnego- a wyjściem na przeciw tym którzy znaleźli się w szczególnej sytuacji.Aby i oni nie stracili nadziei.
Ale nie można również zapomnieć że pierwszy męczęnnik Ewangelii- Jan Chrzciciel stracił życie - bo stanął w obronie prawowitego małżeństwa- wymawiająć Herodowi jego związek z żoną brata - Herodiadą!
Poznacie prawdę - a prawda was wyzwoli!
 
     
Desdemona
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-13, 21:55   

maria0987 napisał/a:

Ale nie można również zapomnieć że pierwszy męczęnnik Ewangelii- Jan Chrzciciel stracił życie - bo stanął w obronie prawowitego małżeństwa- wymawiająć Herodowi jego związek z żoną brata - Herodiadą!
Poznacie prawdę - a prawda was wyzwoli!


do jego śmierci doprowadziła Herodiada...



Św. Marek umieszcza perykopę o ścięciu Jana Chrzciciela między relacjami o wysłaniu Dwunastu i ich powrotem do Jezusa. Dygresja ta służy podstawowemu dla Ewangelii Markowej zagadnieniu rozpoznania - lub ściślej: niemożności rozpoznania, aż po Jego krzyż - kim jest Jezus.

Elżbieta Adamiak /2005-12-04


Jedną z odpowiedzi, którą dają ludzie widzący dzieła Jezusa, jest: “To Jan Chrzciciel powstał z martwych...” (Mk 6, 14). Ta interpretacja, relacjonuje Marek, przekonuje Heroda Antypasa, tetrarchę Galilei, który wcześniej kazał ściąć Jana (Mk 6, 16). Autor najkrótszej z Ewangelii poświęca temu epizodowi najwięcej miejsca, wyraźnie przedstawiając stosunek władcy do proroka oraz Herodiady do jej córki (por. Mk 6, 14-29 z Mt 14,1-12; Łukasz jest jeszcze oszczędniejszy w słowach i nie wspomina w ogóle o udziale kobiet, por. Łk 9, 7-9).

Marek opisuje relację Heroda do Jana Chrzciciela w następujących słowach: “Herod bał się Jana, wiedząc, że jest on człowiekiem sprawiedliwym i świętym.

I chronił go. Kiedy go słuchał, bywał zakłopotany, ale słuchał go chętnie” (Mk 6, 20). Według Marka był to zatem stosunek zdecydowanie pozytywny, co zdumiewa zwłaszcza, gdy weźmie się pod uwagę, że Jan krytykował go ze względu na jego małżeństwo: “Jan zaś mówił Herodowi: »Nie wolno ci trzymać przy sobie żony twego brata«” (Mk 6, 18). Stało się to powodem uwięzienia Jana, lecz Marek przedstawia tę decyzję Heroda niemal jak sposób ochrony Chrzciciela przed zakusami jego małżonki: “A Herodiada czyhała na niego [Jana] i chciała go zabić, ale nie mogła” (Mk 6, 19). Tu wersja Marka różni się wyraźnie od Mateusza, który chęć zabicia Jana Chrzciciela przypisuje Herodowi, natomiast okoliczności wydania tego wyroku tłumaczy jego lękiem przed tłumem, który uznawał Jana za proroka (por. Mt 14, 5). Dla historii opowiedzianej przez Marka różnica ta ma jedną podstawową konsekwencję: Herodiada staje się jej główną postacią.

Warto zaznaczyć, że sam fakt, iż poznajemy imię Herodiady, jest czymś wyjątkowym. Marek wymienia z imienia tylko osoby o wysokim statusie społecznym czy powszechnym uznaniu. Często - jak w tej perykopie - służy to krytyce panujących. Nie ulega bowiem wątpliwości, że to Herodiadę przedstawia się jako winną śmierci Jana Chrzciciela, choć wyrok pochodzi od jej męża (por. Mk 6, 27).

Oto Herod wyprawia swe urodziny “dla urzędników i wojskowych. A kiedy weszła córka Herodiady i zatańczyła, spodobała się Herodowi i współbiesiadnikom” (Mk 6, 21n). Imienia córki nie poznajemy. Ukazana została zresztą przy czynności nielicującej z jej pozycją: na ucztach tańczyły zazwyczaj tancerki, będące też prostytutkami. To kolejny element krytyki Marka rozpustnego życia rządzących. Córka Herodiady widziana jest przy tym z typowo męskiej perspektywy: podziwiane jest jej piękne ciało. Z zachwytu nad nim rodzi się deklaracja, która brzmi jak motyw z bajki: “»Proś mnie, o co chcesz, a dam tobie« - powiedział król do dziewczyny. I przysiągł jej: »O cokolwiek mnie poprosisz, dam tobie, nawet połowę mego królestwa«” (Mk 6, 22n).

Córka radzi się matki: “Ona [córka Herodiady] wyszła i zapytała matkę: »O co mam prosić?«. Ta powiedziała: »O głowę Jana Chrzciciela«” (Mk 6, 24). Postępowanie córki jest dla nas psychologicznie zrozumiałe. Staje zapewne przed największą z szans w swoim życiu. Czy kiedykolwiek powtórzy się taka propozycja? Z kolei decyzja matki budzi nasz sprzeciw i to nie tylko ze względu na śmierć sprawiedliwego. Herodiada jawi się jako matka, która stawia własne intrygi polityczne ponad dobro dziecka. Aspektem dodatkowo budzącym nasze emocje są dokładnie (bajkowo?) opisane szczegóły życzenia córki Herodiady: “Chcę, żebyś w tej chwili dał mi głowę Jana Chrzciciela na półmisku!” (Mk 6, 25). Herod wydaje rozkaz zasmucony, nie potrafi jednak odmówić. Żołnierz przynosi głowę Jana na półmisku. “I podał ją dziewczynie, a dziewczyna dała ją swojej matce” (Mk 6, 28)...

Śmierć Jana pokazuje, co dzieje się z człowiekiem, który wpada w ręce możnych, nawet jeśli odnoszą się oni do niego z sympatią. Św. Marek w wizji teologicznej wskazuje zarazem na mękę i śmierć Jezusa. Zresztą zwolennicy Heroda planują też Jego zgładzenie (por. Mk 3, 6). Uwięzienie Jana i Jezusa zostaje opisane tym samym słownictwem (gr. krateo i deo; por. Mk 6, 17 z 14, 44-49 i 15, 1); roli Heroda odpowiada rola Piłata, też wykazującego sympatię dla Jezusa (por. Mk 15, 1-15); wpływowi Herodiady odpowiada działanie arcykapłanów; instrumentem jej intryg jest córka, ich - tłum (por. Mk 15, 3-11). Zachowanie Herodiady i jej córki znajduje jednak przeciwwagę: matka i córka doprowadzają do ścięcia głowy Jana, tymczasem głowę Jezusa namaszcza w Betanii bezimienna kobieta (por. Mk 14, 3-9).
 
     
elzd1
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-13, 22:01   

To wszystko jest bardzo smutne. Nie wiem, może tylko ja tak odbieram, ale czuję zbyt wielką wyrozumiałość dla tych, którzy świadomie wchodzą w niesakramentalne związki, a później występują o stwierdzenie nieważności sakramentalnego małżenstwa. Troskę Kościoła o to, by nie czuli się odrzuceni, by odczuwali wciąż miłość Kościoła. by wciąż czuli się członkami Kościoła.
Ja to rozumiem, tacy potrzebują wsparcia, zwłaszcza jeśli są prawdziwie wierzący. Ale, czy słuszne jest, żeby w imię ich cierpień duchowych i rozterek, tak łatwo orzekać stwierdzenie nieważności?

"Jednak w sytuacji upadku, to znaczy gdy małżonkowie okazują się niezdolni do trwania w pierwotnej woli,....."
Cóż to znaczy?
Przemoc fizyczna i psychiczna, alkoholizm, inne uzależnienia, aborcja dokonana przed ślubem, nie są wystarczającym powodem do stwierdzenia nieważności. Zdrada również nie jest. Ale już wstąpienie w nowy związek cywilny daje takie podstawy?
Przecież większość tych procesów zakłada się dopiero wtedy, gdy jedna ze stron zwiąże się z kimś innym, wtedy nagle po kilku - kilkunastu latach stwierdza, że sakramentalny związek to była "pomyłka".
"Niedojrzałość emocjonalna" - dla mnie to najgłupszy powód jaki może być. Śmieszny, a jednocześnie tak groźny dla wszystkich. Bo przecież nikt nie jest w stanie udowodnić, że osoba jest teraz bardziej dojrzała niż kilka lat temu. No wiem, są szczególne przypadki, ale tych rzeczywiście niedojrzałych jest niewielka ilość.
Albo wszyscy, bo przecież w wieku dwudziestu kilku lat, mieszkając " u mamusi" - jest się w pewnym sensie niedojrzałym i uzależnionym od rodziców.

Zastanawiam się, dlaczego przed zawarciem małżenstwa wymagany jest okres narzeczeństwa, przymusowe nauki ( różnie prowadzone ) , a jednocześnie nic nie robi się gdy dochodzi do rozpadu? Czy wtedy nie należałoby również kierować takich kandydatów na przymusowe nauki, wspólną terapię i konsultacje z mądrym księdzem? Wtedy jasne by się stało, że małżeństwo to nie umowa cywilno-prawna, ale sakrament, tak samo ważny jak chrzest, jak kapłaństwo. Oczywiste by było, że zakładanie związku to poważna decyzja, nie zabawa w miłość.
Najłatwiej jest rozpocząć proces i stwierdzieć nieważność. I wcale nie pociesza mnie fakt, że czyni się tak w trosce o życie duchowe tych ludzi, niejako wychodząc naprzeciw ich potrzebom.
Tłumaczenie, że rośnie świadomość ludzi - cóż to za świadomość, skoro rośnie ilość spraw w Sądach Biskupich? To według mnie kpina z przysięgi składanej w Kościele.

I jakoś zabrakło mi w obu tekstach ( dzięki serdeczne za podane linki ) - zabrakło troski o nas - porzuconych, zdradzonych. Tak, jakby decyzja o stwierdzeniu nieważności dotyczyła tylko jednej osoby. Jakby nie było nas, naszych uczuć w tych procesach.
 
     
maria0987
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-14, 08:33   

Szczerze mówiąć Desdemono nie ma dla mnie znaczenia co powiedziała pani Adamiak na ten temat- i jak to zinterpretowała- przynajmniej w tej kwestii- dla mnie moim prywatnym odkryciem było to że pierwszym męczennikiem był Jan , którego bezpośrednią przyczyną śmierci był fakt stawania w obronie małżeństwa! ,,…Herod kazał pochwycić Jana i związanego trzymał w więzieniu z powody Herodiady, żony brata swego Filipa, którą wziął za żonę. Jan bowiem napominał Heroda „Nie wolno ci mieć żony twego brata”.A Herodiada zawzięła się na niego i chciała go zgładzić , lecz nie mogła….” Mk.6,17.

A teraz słowa Papieża JPII :
Działalność duszpasterska musi wspierać i głosić nierozerwalność. (…).Kiedy para małżeńska przeżywa trudności , pasterze powinni okazywać jej zrozumienie, ale także jasno i stanowczo przypominać, że drogą do pozytywnego rozwiązania kryzysu jest miłość małżeńska. Właśnie dlatego że Bóg połączył ich nierozerwalnym węzłem, mąż i żona , z dobrą wolą wykorzystując wszystkie środki ludzkie, ale przede wszystkim ufając w pomoc łaski Bożej, mogą i powinni przezwyciężyć momenty zagubienia, odnowieni i wzmocnieni.”(…)

„Gdy rozpatruje się rolę prawa w kryzysach małżeńskich, zbyt często bierze się pod uwagę niemal wyłącznie procesy , które sankcjonują nieważność małżeństwa lub rozwiązanie węzła. Taki sposób myślenia przyjmuje się czasami również w odniesieniu do prawa kanonicznego, tak iż jawi się ono jako droga, na której można znaleźć rozwiązanie problemów sumienia związanych z małżeństwem wiernych.(…)Sami małżonkowie pierwsi muszą zrozumież, że tylko lojalne poszukiwanie prawdy prowadzi do ich rzeczywistego dobra, bez wykluczenia a priori możliwości uważnienia związku, który choć nie jest jeszcze małżeński, zawiera dla nich samych i dla ich potomstwa elementy dobra, które należy uważnie ocenić w sumieniu, zanim podejmie się decyzję zmierzającą w innym kierunku.
(…)W konsekwencji niesprawiedliwe orzeczenie nieważności, sprzeczne z zasadami prawa lub niezgodne z rzeczywistością , jest szczególnie poważne, gdyż jego oficjalne powiązanie z Kościołem sprzyja szerzeniu się postaw, w których nierozerwalność znajduje poparcie w słowach, ale nie ma odzwierciedlenia w życiu.
Kościół i każdy chrześcijanin mają być światłem świata.(…)Te słowa Jezusa w sposób szczególny odnoszą się dzisiaj do nierozerwalnej natury małżeństwa. Mogłoby się bowiem wydawać, iż rozwód jest tak zakorzeniony w pewnych środowiskach społecznych, że niemal nie warto nadal z nim walczyć poprzez rozpowszechnianie mentalności, obyczajów społecznych i ustawodawstwa cywilnego przychylnego nierozerwalności małżeństwa. A jednak warto! W rzeczywistości to dobro stoi u podstaw całego społeczeństwa, jako konieczny warunek istnienia rodziny….” (JPII do pracowników Trybunału Roty Rzymskiej 28.01 02). :idea:
--------------------------------------------------------------------------------------------------------

To prawda co piszesz Elżbieto- ja też tak czuję –że jest w tym jakiś kosmiczny błąd, paranoiczne myślenie – i dlatego ważny jest Twój i mój głos, Twoje i moje doświadczenie- aby ta sytuacja mogła ulec zmianie. Nie przechodziłam procesu o nieważność- ale mam za sobą doświadczenie rozwodu cywilnego. Często słyszałam pytanie ,, o co Ty walczysz? Czułam się winna , że staję na przekór pragnieniom mojego męża, czułam się oszołomem że dla mnie to małżeństwo trwa podczas gdy dla wszystkich – a szczególnie mojego męża stało się przeszłością , że nie zrezygnowałam tam gdzie wszyscy widzieli ruinę i jakieś obłąkańcze pragnienia z mojej strony. Nie walczyłam – ale szukałam prawdy. O sobie, o moim mężu, naszym małżeństwie i cieszę się z tej drogi. Bo dzięki niej odkryłam miłość Boga i moc sakramentu. I nadzieję , która przerasta wszystko.I zrozumiałam że miłość to nie tylko uczucie. Mogę naprawdę z godnością nosić obrączkę- bo jest ona czysta, mogę uczciwie mówić mój mąż – bo dla mnie jest naprawdę moim mężem.

A troska Benedykta wyrażona we fragmencie( tym pierwszym) przytoczonym przez Ciebie Destemono jest troską Kościoła o tych „[b]w sytuacji upadku”. I jestem Bogu wdzięczna za to że nie rezygnuje z nikogo- też przez taką posługę! Bo to pokazuje że zawsze i dla wszystkich jest nadzieja.Też dla mnie i mojego męża.
:->
 
     
Elżbieta
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-14, 09:08   

Stwierdzenie nieważności zawartego małżeństwa - czy może uwolnić od czegokolwiek
skoro jedynie i tylko od czegokolwiek uwalnia nas na tym świecie Pan Jezus?

Małżeństwo zostanie "ogłoszone" nieważnie zawarte, ale tak naprawdę
dopóki Pan Jezus nie uzdrowi naszej pamięci,
marne będą starania - a potem efekt tych starań - o to sprawdzanie.

Ważne jest pytanie: po co mi to?

Jeśli po to, żeby od czegoś się uwolnić, to jedynie Chrystus i tak może to zrobić.
Więc czy ważnie zawarte, czy mniej ważnie zawarte czy nawet nieważnie zawarte - wszystko będzie zawsze udręką
dopóki
nie ujrzy się Pana Jezusa, który to uwalnia od wszelkich trosk, zmartwień
oraz demonów przeszłości, ale też przyszłości.

Tak więc jest to walka z niewidzialnym wrogiem, który nazywa się - nasza świadomość .
 
     
maria0987
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-14, 09:30   

Nie mogę się z Tobą zgodzić Elżbieto bo oznaczałoby to że bez znaczenia jest fakt ważności małżeństwa- skoro i tak nadrzędna jest w tym psychologia. Są myślę różne sytuacje i na prawdę fakt stwierdzenia nieważności może uwolnić od wielkiego brzemienia, jakim jest życie w grzechu ( choć przecież czasem nie uświadomionym) co pociąga za sobą konsekwencje zarówno duchowe- jak i wszystkie inne.
I chociaż Jezus przychodzi ze swoim uzdrowieniem do każdej sytuacji - to jakościowo- są to różne sytuacje!
;-)
A tak wogóle Bogu dziękuję za to forum- że mogę wyrażać swoje poglądy,w nadziei że znajdą one zrozumienie. Że mogę poznawać Wasze doświadczenie- widzieć Waszą walkę, zapoznać się z Waszym głosem, dzielić doświedczeniem. To bardzo umacnia. A jednocześnie pokazuje że istnieje rzeczywistość o której nikt głośno nie mówi, którą się zakłamuje,którą zdawało mi się że przeżywam sama. A tu okazuje się że jest nas tak wielu!
Niech Bóg przez nas objawi swoją Chwałę!

To już armia.
Pozdrawiam wszystkich
m
 
     
Elżbieta
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-14, 10:00   

maria0987 napisał/a:
fakt stwierdzenia nieważności może uwolnić od wielkiego brzemienia, jakim jest życie w grzechu ( choć przecież czasem nie uświadomionym) co pociąga za sobą konsekwencje zarówno duchowe- jak i wszystkie inne.

Musisz wytłumaczyć o jaki grzech Tobie chodzi, żebym dobrze Cię zrozumiała.
 
     
elzd1
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-14, 16:25   

Mnie Elu chodziło o to, że skoro jest tak wielka ilość spraw o stwierdzenie nieważności, to powstaje paradoks. Znaczy jakaś dziwna moralność: występujący chcą żyć zgodnie z nauką Jezusa, nie chcą być w związkach niesakramentalnych, to składają papiery do Sądu Biskupiego, by unieważnić pierwsze małżenstwo.
Gdzieś tutaj jest brak logiki, w majestacie prawa kościelnego łamie się przykazania. No, może nie łamie, ale nagina do potrzeb - żeby tylko nie stracić tych "zagubionych" dusz?
Nie wiem czy oni ( znaczy małżonkowie) myślą takimi kategoriami: że i tak od wszystkiego uwalnia Chrystus.
Tak naprawdę to zupełnie nie rozumiem Twojej wypowiedzi, cóż według Ciebie oznacza to uzdrowienie pamięci? Że występujący pozbędzie się wszelkich wątpliwości, uzna, iż czyni dobrze? Czy też my, porzuceni - przyjmiemy werdykt Sądu bez zastrzeżeń?
Oni - zdradzacze - raczej wątpiwości nie mają, występując do Sądu. A my - czy nas to uleczy, czy będziemy lepiej się czuli mając w ręku papierek, o który walczą nasi małżonkowie?
Trudne jest to wszystko. I ja również się cieszę, że nie jestem sama ze swoimi myślami, że jest grupa ludzi, dla których małżenstwo jest tak ważne.

[ Dodano: 2007-08-14, 19:23 ]
Coś do poczytania:
http://www.raznazawsze.pl/content/view/10/13/

http://www.raznazawsze.pl/content/view/22/9/
 
     
Elżbieta
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-14, 21:27   

elzd1 napisał/a:
Oni - zdradzacze - raczej wątpiwości nie mają, występując do Sądu. A my - czy nas to uleczy, czy będziemy lepiej się czuli mając w ręku papierek, o który walczą nasi małżonkowie?

Wydaje mi się, że ten, który porzuca nie może składać papierów w Sądzie Duchownym.
Z tej przyczyny, że przecież to on jest winny "rozpadu" małżeństwa.
 
     
wabona
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-14, 22:01   

A jeśli udowodni, że porzucił, bo musiał, bo nie dał rady żyć z żoną?
 
     
elzd1
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-14, 22:48   

Elu, ja nie wiem jak jest. Ale czytam na różnych stronach, czytam świeckie fora dotyczące małżenstwa i rodziny, tam jest opisanych dużo takich przypadków: zdrada, kochanka w ciąży, facet występuje do Sądu Biskupiego - bo zawierał związek małżenski w bardzo młodym wieku, nie zdawał sobie sprawy z tego co robi, bo "został zmuszony" : ciąża, presja środowiska i podobne bzdury.Piszą przede wszystkim kochanki, mają swoje strony, tak samo jak my, piszą o tym, że "misio dostał rozwód kościelny". One marzą o białej sukni, kilkumetrowym welonie i całej tej oprawie, uważają że przecież im się to należy. A niejedna właśnie rozbiła małżeństwo swojego kochanka, później już męża. Męża, który już raz zawarł ślub kościelny.
Ogłaszają światu, jakie są szczęśliwe, bo ich ukochany wreszcie jest wolny.
Internet jest anonimowy, ludzie piszą o sobie dużo, tak samo jak tutaj, nie sądzę żeby ktoś pisał dla samego pisania. Czytam również strony katolicke, gdzie porzuceni małżonkowie opisują, jak zostały zmienione fakty w sprawach o stwierdzenie nieważności, jak zostali oni sami przedstawieni przed Sądem.
Elu, mam przyjaciółkę, jest już na emeryturze. Miała taką sprawę kilka lat temu, ma dorosłego syna, wnuki. Mąż wystąpił do Sądu Biskupiego, uzasadnienie: "niedojrzałość emocjonalna". Oczywiście jego niedojrzałość. Po prawie trzydziestu latach małżenstwa! Na dodatek facet od lat uzależniony od alkoholu, a ona do dziś jest w terapii.
Wiesz, mój "szanowny" również kiedyś rzucił teks, że w zasadzie, to on nie wie, czy nasze małżenstwo jest ważne, bo on "był młody i nie przemyślał do końca".
Znaliśmy się przed ślubem cztery lata, był już po wojsku, nie został zmuszony ciążą. Facet pięćdziesięcioletni gada takie bzdury. Kretyn, nie uważasz?
Oni motywują tym, że dopiero teraz wiedzą, czym jest małżenstwo, dopiero teraz są w pełni dojrzali i odpowiedzialni. I chyba Sąd to "łyka", sądząc po ilości orzeczeń.

Wan, każde tłumaczenie jest dobre, jeżeli przynosi oczekiwane skutki. Jesteśmy tego przykładem.
 
     
MKJ
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-15, 01:11   

Cytat:
Wydaje mi się, że ten, który porzuca nie może składać papierów w Sądzie Duchownym.
Z tej przyczyny, że przecież to on jest winny "rozpadu" małżeństwa.


Elżbieto! Obie Ele!

Niestety nie jest tak prosto " z tej przyczyny, ze to on jest winny " rozpadu"małżeństwa. Samo porzucenie nie jest dowodem an winę. Może prawnie porzucenie ma taki sens. Ale odejście w separację - odbywać się może na podstawie własnego sumienia. I koniec!

A jak rozróżnicie porzucenie od świadomej i dowolnej separacji?????

Nie wiem czy nie narobiłem zamieszania ale to przerabiam na sobie. A oboje wierzący niby jesteśmy. :-(
 
     
maria0987
[Usunięty]

Wysłany: 2007-08-15, 09:31   

Myślę, że nie można wszystkiego i wszystkich wsadzać do jednego wora. Są różne sytuacje- na które jeżeli będziemy patrzyli tylko przez pryzmat własnych zranień nigdy nie osiągniemy prawdy . To prawda, że jest wiele nadużyć. Że mentalność stała się bardzo laicka. Że Pan Bóg jest wykorzystywany do tego aby można było uspokoić swoje sumienie. Tak było tak jest i tak będzi!. Wojska Hitlera też niosły hasło „Bóg jest z nami”. Sobie nawzajem możemy zamydlić oczy- ale Bóg widzi co jest w sercu .

A Jezus pozostawił obietnicę że Kościoła "bramy piekielne nie przemogą". To wielka obietnica- w sensie ogólnym- ale też prywatnym, osobistym. Nawet jeśli droga prowadzi nas przez śmierć ( niekoniecznie fizyczną).Bo chrześcijanin zawsze żyje w perspektywie zmartwychwstania( nie tylko tego ostatecznego) - jest człowiekiem nadziei.

Papież JPII powiedział „Kronika życia codziennego dostarcza niestety licznych dowodów na to że takie naruszanie zasad prawa bosko- naturalnego prowadzi do opłakanych konsekwencji. Wydaje się wręcz, że w naszych czasach znów zaistniała sytuacja, o jakiej mówi św. Paweł Apostoł w Liście do Rzymian(…) „A ponieważ nie uznali za słuszne zachować prawdziwe poznanie Boga, wydał ich Bóg na pastwę nic niezdatnego rozumu, tak że czynili to co się nie godzi”(1,28). (w Miłość małżeńska-do pracowników i adwokatów Roty Rz-21.01.99 -Polecam lekturę tych przemówień.). I nie przestał głosić prawdy o małżeństwie, jego wartości- nie uległ naciskom przeciwko nierozerwalności- wręcz przeciwnie takiej wykładni czym jest małżeństwo nie było dotychczas w Kościele.
Myślę że nie można zakładać że sądy kościelne działają nieuczciwie, i prorozwodowo że wszyscy, którzy się tam zgłaszają to ci, którzy chcą uwolnić swoje sumienie od przeszłości a de fakto uzyskać rozwód w kościele.
Odpowiadając Ci Elu na pytanie –„o jaki grzech chodzi”- odpowiem Ci przykładem (takim, który przyszedł mi właśnie do głowy)-dziewczyny, która była w domu dziecka- została zgwałcona przez swojego trenera i podporządkowana mu psychicznie, Uzyskała pełnoletność, zaszła w ciążę .Została przymuszona do małżeństwa. Żyła pod wielką presją przymusu psychicznego i fizycznej przemocy. Doszło do ślubu , który od samych podstaw był nie ważny- bo nie było w tym jej wolnej zgody. Facet ją zostawił. Ona poznała kogoś. Zawarła związek cywilny. Żyła przez wiele lat z brzemieniem grzechu. W rozpaczy. Dopiero ksiądz na kolędzie poddał jej myśl aby zbadał jej sprawę sąd kościelny. I tu orzeczenie nieważności nie musi tu być niesprawiedliwym wyrokiem, ani plastrem na niczyje sumienie. Co nie znaczy że nie uwolni od ciężaru. Nie otworzy nowej drogi.

Ja Bogu dziękuję że nie musiałam wkraczać na tę drogę i współczuję tym którzy – nie z własnej winy,na niej się znaleźli. Ale myślę że są tacy , którzy w wyniku procesu, mimo starań uzyskali potwierdzenie, że ich małżeństwo jest ważne! Bo to że ktoś się o coś stara nie znaczy że uzyska.
Nie wiem Elu czy wystarczająco odpowiedziałam na Twoje pytanie.
Pozdrawiam serdecznie
m
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,04 sekundy. Zapytań do SQL: 9