Celem tego forum jest niesienie pomocy małżonkom przeżywającym kryzys na każdym jego etapie (także po rozwodzie i
gdy współmałżonkowie są uwikłani w niesakramentalne związki), którzy chcą ratować swoje sakramentalne małżeństwa
Portal  FAQFAQ  SzukajSzukaj  UżytkownicyUżytkownicy  GrupyGrupy  Chat  StowarzyszenieStowarzyszenie
RejestracjaRejestracja  ZalogujZaloguj  AlbumAlbum  DownloadDownload  StatystykiStatystyki  PolczatPolczat
 Ogłoszenie 

Poprzedni temat «» Następny temat
Jak się zachować?
Autor Wiadomość
Reniuszek
[Usunięty]

Wysłany: 2007-12-08, 11:33   

[quote="nałóg"]Witajcie............Ado piszesz:"Z tym spotykaniem i nie spotykaniem to mu nie wierz bo facet jest jak małpa: dopóki nie złapie się porządnie drugiej gałęzi nie puści z reki pierwszej". Kręci i łga."


Ado i Nalogu,

Tak, tez uwazam, ze to zbyt wielkie i malo przyjemne dla facetow uogolnienie, niezbyt pasujace do tego forum ;-) Aczkolwiek Ada miala prawo tak zareagowac poprzez swoje obserwacje zyciowe zapewne i moze tez jakies doswiadczenie, ktore dalo jej takie przekonanie o facetach.

Ale nie o tym chcialam...

Mysle, ze wierzyc mezowi trzeba sie starac do konca. Ja wierzylam, wierze i jakos nie zaluje na razie, choc moj maz tego i tak nie docenia. Ale to jego sprawa jego bol.

Wazne, ze ja przed swoim sumieniem jestem w porzadku. I czuje Bozy spokoj, jak mysle o jego ewentualnych "zdradach mnie", kiedy jestesmy osobno. Przezylam i wiem, ze mozna wybaczyc, jesli sie kocha (to warunek)

I powiem Ci Ado tez, ze to co sprawdza sie w Twoim zyciu, mam na mysli ponowne "czarowanie" meza, czu tez jakies "kobiece sposoby" pokazania mu, co traci, mogą odniesz zupelnie odwrotny skutek w czasem bardzo "schorowanje wyobrazni" danego malzonka. Po prostu, doda mu to skrzydel totalnego braku odpowiedzialnosci za zona i przekonania, ze przeciez taka zona latwo sobie znajdzie kogos innego, bo przeciez ladna, ciekawa, zgrabna, powabna, inteloigentna.. a on sie juz calkiem nie musi starzc, bo i po co, skoro tak mu wygodnie. Haslo mojego meza: "tanio sprzedam malo uzywana..."

Wiem z wlasnego doswiadczenia, dlatego zwracam uwage, ale nie zlosliwie, Bron Boze, bo lubie Cie czytac Ado droga

pozdrawiam serdecznie ;-)

[ Dodano: 2007-12-08, 11:35 ]
[quote="nałóg"]Witajcie............Ado piszesz:"Z tym spotykaniem i nie spotykaniem to mu nie wierz bo facet jest jak małpa: dopóki nie złapie się porządnie drugiej gałęzi nie puści z reki pierwszej". Kręci i łga."


Ado i Nalogu, Agnicho tez,

Tak, tez uwazam, ze to zbyt wielkie i malo przyjemne dla facetow uogolnienie, niezbyt pasujace do tego forum ;-) Aczkolwiek Ada miala prawo tak zareagowac poprzez swoje obserwacje zyciowe zapewne i moze tez jakies doswiadczenie, ktore dalo jej takie przekonanie o facetach.

Ale nie o tym chcialam...

Mysle, ze wierzyc mezowi trzeba sie starac do konca. Ja wierzylam, wierze i jakos nie zaluje na razie, choc moj maz tego i tak nie docenia. Ale to jego sprawa jego bol.

Wazne, ze ja przed swoim sumieniem jestem w porzadku. I czuje Bozy spokoj, jak mysle o jego ewentualnych "zdradach mnie", kiedy jestesmy osobno. Przezylam i wiem, ze mozna wybaczyc, jesli sie kocha (to warunek)

I powiem Ci Ado tez, ze to co sprawdza sie w Twoim zyciu, mam na mysli ponowne "czarowanie" meza, czu tez jakies "kobiece sposoby" pokazania mu, co traci, mogą odniesz zupelnie odwrotny skutek w czasem bardzo "schorowanje wyobrazni" danego malzonka. Po prostu, doda mu to skrzydel totalnego braku odpowiedzialnosci za zona i przekonania, ze przeciez taka zona latwo sobie znajdzie kogos innego, bo przeciez ladna, ciekawa, zgrabna, powabna, inteloigentna.. a on sie juz calkiem nie musi starzc, bo i po co, skoro tak mu wygodnie. Haslo mojego meza: "tanio sprzedam malo uzywana..."

Wiem z wlasnego doswiadczenia, dlatego zwracam uwage, ale nie zlosliwie, Bron Boze, bo lubie Cie czytac Ado droga

pozdrawiam serdecznie ;-)
 
     
Ada
[Usunięty]

Wysłany: 2007-12-08, 12:17   

Nałogu czy Ty zdradziłeś ? (nie można innych nałogów przyrównywać do zdrady).
Facet gdy zdradzi nie od razu porzuca kobietę długo przygotowuje sie do odejścia natomiast kobieta gdy zdradzi i gdy pokocha mężczyznę potrafi zostawić od razu rodzinę (dzieci, męża) i idzie za głosem serca. Nie myśli czy jej będzie z tą drugą miłością dobrze czy źle.
Pisząc mam tu na myśli kobiety, które nie są wierne i o mężczyznach tego samego pokroju.
W tych czasach niestety czyha ogrom niebezpieczeństw po drodze każdego z nas do dotrzymania słowa przysięgi małżeńskiej.
Trzeba mieć mocny kręgosłup moralny aby oprzeć się pokusom.

Reniuszku to forum jest katolickie to fakt ale nie można być hipokrytami i pisać o rzeczach nie z życia wziętych.

Wierzyć można człowiekowi , który nie dał Ci powodów. Zdrada małżeńska to ewidentny powód aby ograniczyć zaufanie .

Ja sama sobie nie wierze natomiast całym sercem wierze BOGU , że mnie nie opuści.

Jak kogoś obraziłam moim śmiałym określeniem to trudno jest takie mądre przysłowie:- ach nie powiem bo znowu odezwą się Ci , którzy lubią oszukiwać i lubią być oszukiwani.

[ Dodano: 2007-12-08, 13:31 ]
Reniuszku nie czarowałam nigdy męża . Byłam i jestem zawsze naturalna a że lubię pięknie wyglądać i dbać o siebie robie to jedynie dla siebie.

Moje rady pomogły już nie jednemu nie tylko kobietom ale i mężczyznom. Wiem o tym bo dostaje setki emalii z podziękowaniami i nie tylko - wiele osób mnie odwiedza i są szczęśliwe. Udało mi sie wyciągnąć z niemocy i bezsilności niejednego nieszczęśnika.
Nie musisz brać dosłownie tego co radzę bo każdy z nas jest indywidualistą ale przemyśl niektóre rady.

Dziękuje też tu niektórym Kochanym Forumowiczom , które były ze mną gdy tego potrzebowałam. Dzięki Wam dużo zrozumiałam i jestem już inną osobą. Osobą, która znowu cieszy się życiem. Długa to była droga, ale czy jest tu ktoś kto nie potyka się nawet i na prostej drodze?.
życzę miłego wykendu

Ada

[ Dodano: 2007-12-08, 13:36 ]
Kod:
Dziękuje też tu niektórym Kochanym Forumowiczom , [b]którzy byli[/b]  ze mną gdy tego potrzebowałam. Dzięki Wam dużo zrozumiałam i jestem już inną osobą. Osobą, która znowu cieszy się życiem. Długa to była droga, ale czy jest tu ktoś kto nie potyka się nawet i na prostej drodze?.
życzę miłego wykendu
 
     
Reniuszek
[Usunięty]

Wysłany: 2007-12-09, 12:11   

"Reniuszku to forum jest katolickie to fakt ale nie można być hipokrytami i pisać o rzeczach nie z życia wziętych"

Ado,
tez tak uwazam, ze nie mozna byc, szczegolnie na katolickim forum, hipokryta, ale nie mozna tez nie szanowac godnosci facetow, chocby i takich co zdradzili... facet to tez CZLOWIEK , a nie malpa co sie chwyta galezi ;-) Przepraszam, ale z zycia wziete jest podejscie do faceta, jakie masz, z zycia, nie z serca, nie z milosci do blizniego ;-)

Zdrada malzenska to faktycznie po ludzku paskudnie ewidentny powod (jesli wiem na pewno, ze byla zdrada) ograniczyć zaufanie, ale nie zeby go w ogole wycofac ze slownika na wieki wiekow.

Przebaczenie chrzecijanskie (katolickie) mowi co innego, co wcale nie znaczy, ze jest łatwe i szybkie, bo nie jest...

Piszesz: ''Ja sama sobie nie wierze natomiast całym sercem wierze BOGU , że mnie nie opuści".

Co do Boga mam oczywiscie podobne zdanie, ale co do wierzenia sobie...hm...jak moge nie wierzyc sobie, skoro to Bog mi dal mi mnie na wlasnosc, powierzyl niejako mnie samej moje zycie. Nie wierzac sobie (kwestia mojej wartosci) podwazalabym w pewnien sposob, mam wrazenie, jakas madrosc i zaufanie Boga do mnie, ze wiedzial co robi, jak mnie stwarzal, ze nie dal mi tego zycia tutaj na darmo i po nic..

Pewnie, ze TYLKO BOG mnie nigdy nie opusci, nie moge tego wymagac od nikogo innego, od Boga moge (ale nie musze), bo i tak mnie nie opusci. W to wierze.

Moze Tobie chodzi o ograniczenie zaufania do wlasnych mysli, nastrojow- z tym sie zgodze, ale w drodze do Boga do zaufania sobie, a glownie swojemu sercu, zachecam, bo to moze byc fajna przygoda. Wiem z doswiadczenia. Jesli nie wierze sobie, nie slucham swojego serca to najczesciej wtedy jest mi zle, ulegam nastrojom, zlym myslom...

Jestem przekonana, ze Bog pragnie miec przy sobie mnie, ktora wierzy Jemu ale tez sobie.
Ze Bog widzi we mnie taka wartosc, ktora chce abym i ja sama zobaczyla Jego oczami, nie oczami meza czy kogokolwiek innego, ale wlasnie swoimi ;-)

Nie sadze zebys kogokolwiek tu obrazila, to nie te kategorie przezywania...

Wiecej niektorzy z nas tutaj przeszli i sie nie obrazili ;-) , zeby sie teraz obrazac z powodu Twoich mysli.
Po prostu sobie dyskutujemy i jest fajnie, a przy okazji korzystamy z wlasnych mysli, prawda? ;-)

Piszesz Ado
" ..nie czarowałam nigdy męża. Byłam i jestem zawsze naturalna a że lubię pięknie wyglądać i dbać o siebie robie to jedynie dla siebie:
i chwala Ci za to, tylko dlaczego radzisz to innym, mam na mysli wlasnie, mam wrazenie, troche na sile "oczarowywanie meza" ?

Rzeczywiscie dbanie o siebie jest jak najbardziej pozadane i kobieta, ktora jest kochana i kocha, robi to jakby naturalnie, pieknieje "dla" samego bycia piekna.

Ale wez pod uwage, ze warunkach kryzysu ciezko przyjmuje sie takie porady: badz, piekna, zrob kolacje, ubierz, sie umaluj, badz zalotna, staraj sie, moze zauwazy...itd"
Mysle, ze to nie tak. To trzeba poczuc, samo sie nie zrobi, wiesz?

Ciesze sie, ze Twoje rady pomogly juz niejednemu, fajnie sie Ciebie czyta, ale moze czasem trzeba moze bardziej dostosowywac te porady do poszczegolnych osob bardzo indywidualnie. Tylko tyle.
Oczywiscie ja tez je mocno przemysliwuje, jak widzisz, stad to moje pisanie.

Na prawde, Ado, nie mam niz zlego na mysli, i nie chce Cie jakos ocenic. Wyrazam tylko swoj poglad, to co czuje, jak Ciebie czytam

pozdrawiam serdecznie
 
     
Ada
[Usunięty]

Wysłany: 2007-12-09, 12:30   

Masz dużo racji Reniuszku, ale muszę Ci powiedzieć z własnej obserwacji, że jak dawano mi rady te, które dalej przekazuje myślałam podobnie jak Ty.
W tym czasie nie miałam siły dbać o siebie zrobiłam to z wielkim bólem ale zrobiłam i sama siebie zaskoczyłam , że jednak wartało słuchać innych.
Wiadomo , że to są rady zbyt prozaiczne ale nasze życie składa się z samych prozaicznych epizodów, które tylko jak przeżywamy coś smutnego urastają do wielkich rozmiarów.
pozdrawiam
Ada
 
     
agnicha
[Usunięty]

Wysłany: 2007-12-09, 23:10   

JUŻ nie mogę.......

W piątek Tomek wyjechał na weekend w góry...wylądował na Mazurach...
Godzinę temu napisał" Agnieszko nie chcę wracać do domu...nie martw się ale jeszcze tu zostanę...wrócę nad ranem" Nie wytrzymałam...zadzwoniłam, spytałam gdzie jest, powiedziałam, że sie martwię o niego i ma wracać, bo muszę normalnie wyspać się przed jutrzejszym , bardzo trudnym dniem pracy...
Powiedział tylko, żebym się nie martwiła, jemu tam jest dobrze samemu...

Nie daję rady...w jednym momencie wydaje mi się, że już wiem na pewno, że nie chcę być z tym człowiekiem, że dotarło do mnie że juz nie ma dla mnie szans a za chwilę chcę walczyć o niego...o nas....wszystko we mnie aż krzyczy, że nie wolno mi sie poddać...za moment nie mam już siły żyć w takim poniżaniu...tak on mnie niszczy psychicznie...wie gdzie uderzyć aby zabolało najmocniej....

Najgorsze jest to, że mu wierzę...gdy mówi, że jest tam sam, to wierzę, że rzeczywiście jest...a przecież wiem, że Klaudia ma domek na Mazurach...
Gdy mówi, ze nie rozchodzimy się ze względu na Klaudię, tylko po prostu nic juz do mnie nie czuje, to wiem, ze tak jest rzeczywiście....
A wszyscy dookoła powtarzają: "nie wierz w to...on na pewno jest tam z nią...przecież nie przyzna Ci się..."

Jestem rozchwiana...
Coraz mniej mi motywacji...
Rodzice proszą żebym wróciła do domu...
Teściowa płacze, że przecież nie mogę się tak męczyć, bo on robi mi na złość i dobija psychicznie.

Ale przychodzą takie chwile, że gdzieś głęboko w sobie znajduję ten dziwny spokój, który wypełnia mnie siłą i mówi robisz dobrze, nie poddawaj się...
Ale może to tylka jakaś forma samoobrony przed dostrzeżeniem gołej prawdy...on mnie mnie kocha i nie pokocha...widocznie nie zasługuję na miłość...
Jak odczytać które natchnienia są dobre, a które złe?
Kiedy powinnam powiedzieć dosyć, juz dłużej tego nie zniosę....
Kiedy dać za wygraną?

Tomek twierdził, że podczas tego wyjazdu chce sobie wszystko przemyśleć, ułożyć...
Powiedział, że nie zmieni zdania - chce rozwodu, ale musi sobie przemyśleć jak to wszystko załatwimy...coś w końcu postanowic konkretnego....myślę, że nie myślał...że stchórzył...

Wczoraj jego siostra wylała mi kubeł zimnej wody na głowę: "wiesz Aga, jestem pewna, że już nic nigdy z tego nie bedzie..."
Czy naprawdę nie da sie nic już uratować?
Gdybym wiedziała, co on naprawdę czuje...czy chodzi o Klaudię ( mimo, że mówi ze się już z nią od 3 tygodni nie spotyka), czy może naprawdę już nic do mnie nie czuje....może wtedy wiedziałabym co zrobić...
Nie wiem....
Ale ból jest nie do zniesienia...
I jeszcze zaczęłam palić....

Jutro czeka mnie ciężki dzień w pracy i nie wiem jak dam radę...a mam dopiero umowę na okres próbny....
Proszę pamiętajcie o mnie w modlitwie.
Agnieszka

[ Dodano: 2007-12-11, 22:41 ]
Witam wszystkich...

Dlaczego nie piszecie???!!!???
Potrzebuję Waszego wsparcia....

Wczoraj Tomek powiedział, że chce rozwodu i w tym tygodniu złoży wniosek do sądu...
Powiedział, że nie kocha mnie i nie kochał nigdy...że nawet przed ślubem
bal sie po prostu powiedzieć mi o tym...
że teraz jest bardziej pewny tego, że mnie nie kocha i nie chce być ze mną juz nigdy niż tego, że chce sie ze mną ożenić stojąc przed ołtarzem....
Powiedział mi, ze juz od roku nie chce ze mną być i jest tego pewny...ale nie miał odwagi mi tego powiedzieć wcześniej...poza tym byłam w końcu na jego utrzymaniu....
Twierdzi, że nawet przed ślubem nie był pewny czy tego chce, ale: "myślał, ze go już nic lepszego nie spotka"- to dosłowny cytat...
Stwierdził, ze nigdy nie mówił co czuje, bo bał sie mojej reakcji..bał się mnie...

Cały rok walczył z soba, ale wiedział, że mnie nie kocha...nic do mnie nie czuje...nawet nie jestem jego przyjacielem...

Był na Mazurach...powiedział, że nie myślał o mnie wcale i nawet nie czuł potrzeby, zeby o mnie pomyśleć, czy zadzwonić...i było mu z tym dobrze....
W sumie to nawet nie wymagałam tego od niego...wiedziałam, że nie tęskni i nie narzucalam sie

I wiecie ja czuję gdzieś w środku, ze on jest pewny tego i nareszcie mówi szczerze...nareszcie mówi to, co naprawdę czuje...
Wczoraj pierwszy raz od dnia ślubu zdjął obrączke...i juz jej nie założy :'-(

Co mam robić w tej sytuacji?
On juz rozpisał wszystko czym mamy sie podzielić i kazał mi sobie wybrac co chę...

A ja nie wiem co robić?
Czy jest sens nie zgadzać się na rozwód?
Czy powinnam jeszcze zostać tutaj - w domu?
Jeśli tak to jak to wszystko przeżyć??? Jak przetrwać nadchodzące Świeta?
Czuje że powinnam sie wyprowadzić, ale z drugiej strony coś mi jeszcze mówi: "zostań...trwaj..."
Tylko co? Naiwność? Głupota? Niespełniona miłość? MIŁOŚĆ?

Co ja powinnam zrobić?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?!?
Nie chcę aby ostatnie nasze wspomnienia były koszmarem...

Jak, zyć ze świadomością, że nigdy nie było sie kochanym? Że ukochana osoba, której się zaufa ło, której oddało sie życie mówi że zawsze udawała...że po prostu bała sie postawić????
Jak żyć?
A może mnie nie da sie kochac?

Prosze pomóżcie...poradźcie...tyle juz doświadczyliście....

Agnieszka
 
     
Ada
[Usunięty]

Wysłany: 2007-12-12, 09:59   

Agnieszko

On tak mówi i tak się zachowuje jak facet, który znalazł sobie już nową kobietę. To , ze Ci mówi , ze już się nie spotyka z Klaudią to nie wierz mu. On zdradził poczuł znowu "motylki" a , że spotkał dziewczynę , która z facetem żonatym nie chce sie spotykać szybko chce się dla niej rozwieść. Przeczekaj to jego zawirowanie. Nie daj mu rozwodu.
Jeżeli go kochasz i wiesz , że do momentu zdrady był dobrym człowiekiem to ratuj swój związek.

On Ciebie kochał ale nie potrafił to uczucie w sobie pielęgnować zawsze będzie spotykał w życiu coraz to ładniejsze coraz to młodsze kobiety i zawsze będzie to dla niego jak widać z jego zachowania wyzwaniem. Ma bardzo słaby kręgosłup moralny.

Kategorycznie powiedz mu , że go kochasz i nie zgadzasz się na rozwód.
To nieprawda , ze jesteś kobietą, którą nie powinno sie kochać.

Niewiele doświadczeń w życiu może się równać z ogromem bólu i cierpienia, jakie wywołuje męska zdrada. Sprawia ona, że kobieta czuje się niekochana, zaniedbana, nieatrakcyjna, niepożądana, bezwartościowa i bezradna.

Powiedz mu , ze musisz to wszystko przemyśleć ale na pewno nie zgodzisz się tak szybko na rozwód a nawet jeżeli to tylko z jego winy bo Ciebie zdradził.

Nie bój się niczego niech wie , ze ma kobietę z charakterem, która wie co to jest sakrament małżeństwa.

A nawet gdy dojdzie do rozwodu w sądzie poproś aby mąż z Tobą zgłosił się na terapię małżeńską bo wiesz, ze Ciebie kochał a Ty nadal go kochasz i jest Ci z tym źle.


Nie rezygnuj tak szybko z małżeństwa.

Przytulam Cię mocno do serca
Ada
 
     
atama
[Usunięty]

Wysłany: 2007-12-12, 12:51   

Agnicha

Proszę...nie pozwalaj się dręczyć psychicznie..może to doprowadzić do tragedii.
Twój mąż będzie w nieskończoność zastanawiał się czy chce być z Tobą, a Ty możesz nie wytrzymać tego czekania...
Sama jestem w podobnej sytuacji....kochanka czy ja...? na kogo wypadnie na tego benc :shock:
Zupełnie inaczej się czuję od momentu kiedy wyznaczyłam granice tego czekania...oczywiście ze względu na moje zdrowie psychiczne...i dzieci..
Ma czas do czwartku...a w całości dwa tygodnie od momentu kiedy zdrada wyszła na jaw...to w zupełności wystarczy...
A ponieważ zdradzał mnie przez 1,5 roku i nie były to przypadkowe związki...ale świadome budowanie związku z inną kobietą...a jeszcze w międzyczasie ta kobieta potrafiła się rozwieżć dla mojego męża....koszmar......więc musi przyjąć jeszcze kilka twardych warunków...
A jeżeli nawet te warunki przyjmie i tak nie ma gwarancji, że kiedykolwiek dam mu się dotknąć....

Jeszcze coś...po tej rozmowie o warunkach zauważyłam u męża zmianę....przeprosił za swoje zachowanie podczas rozmowy....i odczułam jego większy szacunek wobec mnie..

Agnicha najgorsze jest zawieszenie...nie daj wciągnąć się w tę grę..tylko dlatego, że mąż się waha....to on musi ponosić konsekwencję zdrady...
i nawet jak odejdzie świat się nie kończy....
Pan czuwa nad nami...w każdej sytuacji....
 
     
wioletka
[Usunięty]

Wysłany: 2007-12-15, 17:28   

Droga Agnicho, bardzo cię rozumiem, mój mąż też zdradzał, też mówił różne okrutne raniące mnie do głębi rzeczy. A ja też niestety popełniłam ten błąd, że wpadłam w rolę bezradnej ofiary, też się dołowałam, że jestem gorsza od jakiejś tam, że nie zasługuję na miłość, też długo nie potrafiłam złapać dystansu do tego, co robił i mówił mój mąż.
Nie pozwalaj sobie na czarne myśli na własny temat, to odbiera ci siłę i możliwość trzeźwej oceny rzeczywistości, a nie stać cię teraz na słabość i użalanie. Albo ustal sobie określony limit czasu na płacz i rozpaczanie, jeśli już nie umiesz wytrzymać. Może brzmi śmiesznie, ale - uwierz- pomaga. Zaopiekuj się sobą z miłością, jak małym dzieckiem, bo jesteś wartościową osobą, bo masz prawo do miłości, nie musisz na nią zasługiwać. Zobaczysz, że i mąż spojrzy na ciebie inaczej, kiedy stanie przed nim świadoma swojej wartości i zdecydowana kobieta. Wiem, że to koszmarnie trudne, ale warte wysiłku.
Jeśli chcesz ratować małżeństwo, musisz podjąć własną decyzję- czego ty chcesz, co dla ciebie jest najważniejsze, i konsekwentnie przy niej trwać, nie zrażając się tym, co mówi w swoim zaślepieniu twój mąż. Nie bierz do siebie jego negatywnych komunikatów, na ich miejsce buduj swoje- pozytywne. Nie pozwól złamać się psychicznie, to jeszcze bardziej zniechęci twojego męża. Tak, jak pisze Atama- najgorsze jest zawieszenie. Ale nie to, które funduje ci małżonek, tylko to, w które sama wpadłaś pozwalając zrobić z siebie ofiarę. Nie możesz uzależniać trwania waszego związku tylko od widzimisię twojego męża. Dlatego mówię o twojej własnej, samodzielnej decyzji. Chodzi o to, żebyś poczuła, że to również zależy od ciebie. Jeśli będziesz pewna swego- Ten na gorze podsunie ci z pewnością jakieś rozwiązanie.
Serdecznie cię pozdrawiam i życzę odwagi w zmienianiu siebie i swojego świata.
 
     
agnicha
[Usunięty]

Wysłany: 2007-12-16, 01:06   

Nie umiem dziękować Ci Panie,
Bo małe są moje słowa
Zechciej przyjąć moje milczenie
I naucz mnie życiem dziękować.....


Znowu weekend w samotności...dużo pracy zabranej do domu i niedokończonej jak zawsze....

Nachodzą mnie naprawdę przygnębiające myśli...nie chce mi się żyć....nie mam racji bytu....gdyby nie rodzice i rodzeństwo, którym nie mogę tego zrobić, to chyba nałykałabym sie jakichś prochów i usnęła na zawsze....
Może jeszcze zostało we mnie resztę poczucia, że tylko do Boga należy prawo dawania i odbierania życia....
I w gruncie rzeczy nie chcę aby Tomek musiał mieć do końca życia poczucie winy z tego powodu....ja go kocham.....

Nie mam jeszcze odwagi myśleć o tym co mam zrobić, a przecież mieszkanie z nim pod wspólnym dachem jest dla mnie takie trudne....
Cały czas dopadają mnie różne zupełnie sprzeczne uczucia...w końcu tyle różnych wersji na ten temat od niego usłyszałam....najpierw, że Klaudia jest mu bliższa niz ja....potem, że nie jest nikim ważnym, a wręcz cytuję " to pierwsza lepsza dziewczyna...jak nie ona to mogła być każda inna..." a problem polega na tym że mnie już nie kocha i nawet przed ślubem miał wątpliwości, tylko bał sie mi o tym powiedzieć....
Czy całe moje dotychczasowe życie było kłamstwem???

Juz nawet swojej mamie powiedział, że może być sam, nie wiązać sie z nikim, byleby tylko nie być ze mną....

Nie umiem sie już modlić....
Zaczęłam palić.....
Nie che mi się żyć....
Dla kogo? W imię czego? Dlaczego nie walczył? Dlaczego tak się poddał?
Czy naprawdę tak bardzo sie zmienił? Czy można sie tak zmienić w tak krótkim czasie? On nawet na rodziców wrzeszczy...nie interesuje go jak się czuje jego matka.... Ma wszystko gdzieś....

Jest mi tak bardzo źle...i tak bardzo nie umiem go zrozumieć....

KOCHAM GO...ale ta miłość go osacza i przytłacza...widzę to i nawet nie musi tego głośno mówić...
Już chyba pogodziłam się z tym, że nie będziemy razem....może nie tyle pogodziłam się ile przyjęłam to do wiadomości...
Wiem, że muszę się wyprowadzić...tylko nie wiem jeszcze gdzie....
Wiem też, ze nie spędzę z nim Świąt..bo nie chcę mu sie narzucać....pojadę do rodziców, którzy mieszkają 3 km dalej i tam zanocuję przez Święta....

Ale jak, skoro Boże Narodzenie to czas który powinniśmy spędzać z najbliższymi.... a przecież to ON jest mi najbliższy...i jeszcze długo będzie....

Czy na pewno dobrze robię?

Tyle Pytań...gdzie znaleźć odpowiedzi???
 
     
nałóg
[Usunięty]

Wysłany: 2007-12-16, 14:10   

agnicha............

"Tyle Pytań...gdzie znaleźć odpowiedzi???".....................
Czas,czas..............daj czas czasowi,powierz ten czas Bogu.odpuść,nie walcz ze soba,ze swoim poczuciem winy......to co było juz mineło,wczoraj nie bedzie jutrem.Dziś,tu i teraz.
Cholerne gówniarstwo............odkochał sie,nie kocha,ozenił sie a nie chciał sie żenic.ozenił sie nie kochając..............gówniarz..............
 
     
s-a-m-o-t-n-a
[Usunięty]

Wysłany: 2007-12-19, 18:12   

Agnicha!
Dlaczego to Ty masz się wyprowadzić? Wiem, to mieszkanie Twoich teściów, ale jaki jest ich stosunek do tej całej sprawy? Jeśli kibicują Tobie, chcą aby Wasze małżeństwo przetrwało, dobrze Ci życzą i nie trzymają strony swojego syna, to nie wyprowadzaj się. Ja bym została dopóki nie zostanie orzeczony rozwód. Do tego czasu jesteś żoną i jesteś we właściwym miejscu, trwasz cierpliwie aż małżonek otrząśnie się z tego amoku i już. Jeśli on nie chce z Tobą już teraz mieszkać to niech sam się wyprowadza, organizuje sobie jakieś tymczasowe mieszkanie, skoro robi w Waszym życiu rewolucje, niech robi ją do końca i ponosi za to konsekwencje. Jeśli wyprowadzisz się, zejdziesz mu z oczu to on poczuje, że Ty też przykładasz do tego rękę, że może też czujesz, że tak jest lepiej, zrobi mu się lepiej na sumieniu. Do rozwodu daleko i może wszystko się zmienić.
Przeczytaj koniecznie Dobsona, mnie bardzo pomógł, postawiłam wszystko na jedną kartę i u mnie jest teraz lepiej.
Jeszcze niedawno byłam w takiej sytuacji jak Ty. Mój małżonek zaangażował się emocjonalnie w związek z osiemnastoletnią dziewczyną. Nagle okazało się, że mnie nie kocha i to już od dawna, na spotkaniu w poradni małżeńskiej usłyszałam, że prawdopodobnie jak wstępował w związek małżeński był raczej niedojrzały i wtedy też mnie nie kochał tylko mu się tak wydawało. Całe małżeństwo to dla niego męka, nie ma dobrych wspomnień, wszystko kojarzy mu się źle. A w mojej głowie? Szczęśliwe chwile, nasze szaleństwa, wielka miłość.... zupełnie dwa przeciwstawne obrazy.
Nigdy nie przyznawał się, że wychodzi się z nią spotkać choć dokładnie wiedziałam kiedy to jest. Cały czas się wypierał, że już się nie spotyka, że nie mam go posądzać, że chodzi o nią. Nagle zaczął powtarzać, że musi się wyprowadzić, że nie chodzi o nią tylko chce być SAM! Musi sobie przemyśleć i poukładać wszystko na nowo, choć dokładnie było wiadomo, że chce się wyprowadzić aby spotykać się z nią, aby w domu się nie tłumaczyć bo chyba głupio mu było mimo wszystko. Oczywiście to, że nie jesteśmy dopasowani charakterami, że nie dawałam mu uczuć, nie okazywałam mu miłości to było normą w jego tłumaczeniu. Nagle nie chciał być ze mną, wykrzyczał że denerwuję go całą sobą, nie chce być ze mną dłużej pod jednym dachem bo go męczę itd. Chyba wszyscy zdradzacze czytają ten sam poradnik :-D
A ja płakałam, prosiłam o jeszcze jedną szansę, próbowałam go przekonywać, że nasze małżeństwo było fajne, tylko on teraz tego nie chce pamiętać.
Wszystko się zmieniło jak pewnego dnia powiedziałam spokojnie, że go kocham, ale jak chce mieszkać sam bo jest ze mną nieszczęśliwy to ja to przyjmuję to do wiadomości, droga wolna, niech się spotyka z nią, załatwia wszelkie sprawy związane z separacją lub rozwodem, ja tu palcem nie kiwnę, ale z drugiej strony jeśli chce zostać ze mną to też musi się starać, przestać mnie okłamywać, prowadzić podwójne życie itd. No i nie dałam mu gwarancji, że jeśli się wyprowadzi a potem zrozumie i będzie chciał wrócić, że przyjmę go z powrotem bo może mnie też spodoba się życie samej, albo może spotkam kogoś miłego na mojej drodze. Dopytywał się jeszcze czy będzie mógł wpadać do mieszkania np. na obiadek, albo kawkę.... uśmiechnęłam się tylko i odpowiedziałam, że owszem, ale ja wtedy zawsze wyjdę gdyż nie będę chciała się z nim spotykać. Będę starała się o nim jak najszybciej zapomnieć i układać sobie życie na nowo. To go chyba najbardziej zabolało, bo jest wielkim zazdrośnikiem :)
Od tego momentu Mąż zaczął się zmieniać, ale widział też najpierw moją przemianę, od jakiegoś czasu zajęłam się sobą, udawałam że mam nagle bardzo bogate życie towarzyskie, uśmiechałam się do siebie i do niego, byłam dla niego miła ale raczej służbowa, kupiłam sobie demonstracyjnie bukiet kwiatów.Poczuł się zagrożony, nie zabiegałam już o niego, zaczęłam stawiać warunki, zażądałam szacunku, jednocześnie powtarzałam, że ma wreszcie zadecydować co dalej, albo kiedy się wyprowadza, albo jak było na randce, dopytywałam się czy ta jego dziewczyna będzie umiała mu pomagać w firmie tak jak ja, czy sobie poradzi, analizowałam na chłodno jak poradzimy sobie organizacyjnie w początkowym okresie jak on się wyprowadzi. Wszystko na spokojnie, rzeczowo. Chyba wtedy do niego zaczęło docierać, że ja już jestem pogodzona, spokojna, pewna siebie i że za chwilę to ja też nie będę chciała z nim być. Oczywiście w środku byłam jak galareta, cała się trzęsłam. Ale widziałam, że to pomaga, że zaczyna się wahać, zaczyna małymi kroczkami zbliżać się do mnie. Pojawiły się pierwsze ciepłe smsy, potem ciepłe gesty, czułe słowa.
Teraz jesteśmy razem, strasznie się teraz spieramy o każdą bzdurę, kłócimy i godzimy, śmiejemy się, tańczymy po pokoju i wygłupiamy a za chwilę znowu się o coś posprzeczamy. Ale te kłótnie to jakby nowe docieranie się, ja to tak czuję, każdy chce stawiać na swoim.I ja się już nie daję, mocno tupię nogami! Potem znowu są wygłupy i czułości. Nie wiem czy mój Mąż wytrwa w swoim postanowieniu. Chodzi teraz sam na terapię, jak skończy mamy postanowienie aby iść razem.
Chcę wierzyć, że przetrwamy. Ty też musisz wierzyć! Do samego końca, dopóki będziesz jego żoną, nawet jeśli wydaje Ci się że już jest koniec. Ale pamiętaj, dopóki małżeństwo jeszcze trwa to nie jest koniec!
Zostań w domu, dbaj o niego, o teściów. Zadbaj o siebie, o swoje samopoczucie, zacznij robić to na co dawno miałaś ochotę a nie miałaś czasu.
Jeśli teście są po Twojej stronie Wigilię spędzałabym razem z nimi.

Wiem, że są tu bardziej doświadczone osoby ale ja właśnie tak bym zrobiła.
 
     
agnicha
[Usunięty]

Wysłany: 2007-12-21, 21:54   

Samotna,

Twoja historia jest rzeczywiście podobna do mojej...z ta tylko rożnicą, ze to mój mąż sam prosi mnie zebym nie patrzyła na niego tylko zaczela sobie układać życie....
Teściowie ( raczej teściowa, bo teść ma wszystko gdzieś ) niby jest po mojej stronie ale tak naprawdę nie jest....potrafi mi powiedzieć w twarz " wiesz Agnieszko ja wiem że Tomek szybko sobie kogoś znajdzie i pewnie będzie szczęśliwy...bo zezywiście znam mnóstwo przypadków gdzie ludzie są tak szczęśliwi..." Dlatego mówię, ze w rzeczywistości tościowa nie jest po mojej stronie....a nawet uważam że nie jest po stronie "syneczka", bo czy naprawdę ona wierzy, ze Tomek będzie szczęśliwy przeskakując z kwiatka na kwiatek? Gdzie tu jeszcze jest dojrzałość, Bóg, człowieczeństwo?

Ja już straciłam nadzieję....
Naprawdę....
Nie wiem co mnie jeszcze tu trzyma, ale gdzieś głęboko w sercu czuję, że nie powinnam się wyprowadzać... a może to po prostu fakt, że tylko tutaj czuje się bezpieczna....

Wigilii nie spędzę z Tomkiem....
z rodzicami też nie....
chyba po prostu zafunduję sobie rekolekcje..................................... w samotności ciszy...czekając na narodziny Dziecięcia.....

Na narodziny pokoju w mojej duszy i sercu.....
 
     
Reniuszek
[Usunięty]

Wysłany: 2007-12-23, 10:11   

agnicha napisał/a:
KOCHAM GO...ale ta miłość go osacza i przytłacza...widzę to i nawet nie musi tego głośno mówić...


Agnicha, Tobie i wszystkim , ktorzy chca zrozumie zrodla swej "niekochanje milosci"

Na te rekolekcje w ciszy, o ktorych piszesz, oprocz ciszy i Slowa Bozego polecam bardzo goraco ksiazke: Kobiety, ktore kochaja za bardzo"Robin Norword.

Sama teraz przerabiam, planuje tez przerabiac w "samotne" bo skupieniowo-duchowe Swieta Bozego Narodzenia.

I co takiego sie stanie, ze swieta spedze samotnie? ze bez rodziny? Coz..dla mnie tez jak dla wielu z nas, najblizszą rodzina mial byc moj maz.. Ale nie chcial/nie chce.

Czyli wracam do swoich narodzin (do zrodla), ktore we mnie bije, aby narodzic sie ponownie, aby narodzil sie we mnie Chrystu- Bog- czlowiek, ktos, kto mnie zapragnal i ukochal Miloscia nieodwracalną i niezmienna, stale tą samą i taką samą, o ktora nie musze żebrac, ktora po prostu MAM!

Moje imie po łac. to RE-NATUS (na nowo narodzony/a, odrodzony), prawda, ze ładnie ? ;-)
 
     
agnicha
[Usunięty]

Wysłany: 2007-12-26, 19:57   

Witajcie,

Nie dałam rady...nie pojechałam na rekolekcje...samotność mnie przerosła...
Święta spędziłam w domu rodzinnym z rodzicami i ogromną ilością rodzinki....
Nie mogę sobie znaleźć miejsca...cały czas ryczę i chodzę z kąta w kąt...ten czas był czasem naprawdę zmarnowanym....

Nie mogę już wytrzymać tej presji...psychicznie, ale ostatnio także dają o sobie znać objawy fizyczne... kłuje i piecze mnie serce a żołądek mam ściśnięty jakby ktoś mi go związal z całej siły...

Nie wrócę dziś do domu...mimo, że mój mąż dał mi łaskawie przyzwolenie że mogę wrócić dziś wieczorem...całe Święta spędziłam w domu u rodziców...
Już nie mam siły....
Nawet łez już brakuje...
Tylko ten tępy rozdzierający serce ból.....
 
     
elzd1
[Usunięty]

Wysłany: 2007-12-26, 20:36   

Agnicha. Przytulam Cię bardzo mocno.
 
     
Wyświetl posty z ostatnich:   
Odpowiedz do tematu
Nie możesz pisać nowych tematów
Nie możesz odpowiadać w tematach
Nie możesz zmieniać swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów
Nie możesz głosować w ankietach
Nie możesz załączać plików na tym forum
Możesz ściągać załączniki na tym forum
Dodaj temat do Ulubionych
Wersja do druku

Skocz do:  
Powered by phpBB modified by Przemo © 2003 phpBB Group
Strona wygenerowana w 0,09 sekundy. Zapytań do SQL: 8